„Po 40 latach na balu karnawałowym dla seniorów spotkałam swoją dawną miłość. Wciąż patrzył na mnie tak samo czule”
„Zniknął, jakby zapadł się pod ziemię. Kiedyś myślałam, że umarł. Potem – że mnie nigdy nie kochał. Najgorsze było to, że przez te wszystkie lata wciąż od czasu do czasu o nim śniłam”.

Kiedy umarł mój mąż Stanisław, w moim życiu zrobiło się cicho. Najpierw przestałam słyszeć muzykę – tę codzienną, domową: śmiech z telewizora, dźwięk wrzątku w czajniku, jego kroki po korytarzu. Potem zamilkły rozmowy – najpierw nasze, potem moje z ludźmi. Zostały tylko monologi, wypowiadane w myślach do pustych ścian. Byłam nauczycielką języka polskiego przez czterdzieści lat. Przez całe życie uczyłam innych mówić. A teraz sama nie miałam do kogo.
– Lidziu, zrobisz z siebie żywego trupa! – grzmiała Helena, moja najwierniejsza przyjaciółka. – Idziesz ze mną na bal. Nie przyjmuję odmowy.
– Helenko, błagam cię, ja nie mam sukienki... ani nastroju. – Usiłowałam się wymigać, jak co roku.
– To nie bal debiutantek! Będzie muzyka, będzie winko. Może jakiś dziad się za tobą obejrzy? – żartowała.
Westchnęłam ciężko. W lustrze widziałam siebie z młodości. Zanim odmówiłam, przypomniałam sobie jedno spojrzenie. Sprzed lat. Wiktor. I jego oczy, których nigdy nie zapomniałam. Czasem człowiek udaje, że coś umarło, tylko po to, by przeżyć jeszcze jedno tchnienie.
A to niespodzianka
Bal odbywał się w świetlicy osiedlowej. Z głośników płynęły stare piosenki, a na parkiecie starsze panie w błyszczących bluzkach tańczyły z panami w zbyt szerokich marynarkach. Helena natychmiast zaprowadziła mnie do stołu, gdzie już czekały chipsy, śledzik i dwie lampki wina.
– No widzisz? Nie boli! – śmiała się, zadowolona jak nauczycielka, której uczennica wreszcie przeczytała lekturę.
Nie bolało. Ale czułam się nie na miejscu, jakby ktoś mnie wkleił w to towarzystwo. Obok ktoś krzyczał o emeryturze, ktoś inny chwalił się wnukami. Ja nie miałam o czym mówić. Do momentu, gdy drzwi się otworzyły. Wszedł starszy mężczyzna. Prosty płaszcz, szalik w kratę. Miał siwe włosy, ale jego spojrzenie... serce mi stanęło. Wiktor.
Nie widziałam go od ponad 40 lat, ale poznałam go natychmiast. Jakby czas niczego w nim nie zatarł. Albo może tylko ja wciąż go widziałam takiego, jak wtedy, gdy całował mnie po raz ostatni. Albo – prawie ostatni, bo nigdy się nie pożegnał.
Nasze spojrzenia się spotkały. Zamarłam. On również przystanął. A potem ruszył w moją stronę, powoli, z ostrożnością, jakby nie chciał mnie spłoszyć.
– Lidka... – jego głos był głęboki, cichszy niż go zapamiętałam. – Nic się nie zmieniłaś. Poznałbym cię wszędzie.
Otworzyłam usta, ale nie wiedziałam, co powiedzieć. Czułam tylko, jak świat mi wiruje. A on wyciągnął rękę.
– Zatańczysz ze mną?
Miałam ochotę uciec, ale zostałam.
Miałam mętlik w głowie
Wróciłam z balu roztrzęsiona. Helena trajkotała całą drogę o jakimś starszym kawalerze z Klubu Seniora, który ponoć do niej puszczał oczko, ale ja jej nie słuchałam. W głowie wciąż miałam jego spojrzenie. I dotyk jego dłoni na mojej. Tańczyliśmy tylko jeden utwór – powolny, kołyszący, zbyt krótki, a jednocześnie dłuższy niż wszystko, co się między nami wydarzyło.
– Zadzwoń do mnie – powiedział cicho, kiedy się żegnaliśmy. – Napijemy się kiedyś herbaty. Pogadamy.
Nie wiedziałam, czy to był żart. Nie wiedziałam nic. W nocy nie spałam. Leżałam w łóżku i patrzyłam w ciemność. Czułam się tak, jakbym nagle znów miała dwadzieścia lat. Ale to było złudzenie. Mam 64. Mam blizny, których nie było w młodości. I pytania, które przez pół życia nie miały odpowiedzi.
Dlaczego odszedł? Nie pożegnał się. Nie napisał. Nie wrócił. Zniknął, jakby zapadł się pod ziemię. Kiedyś myślałam, że umarł. Potem – że mnie nigdy nie kochał. Najgorsze było to, że przez te wszystkie lata wciąż od czasu do czasu o nim śniłam. Jak o kimś, kto zginął, ale nigdy nie został opłakany.
Zadzwoniłam do niego następnego dnia.
– Dzień dobry, tu Lidia. Z balu.
– Witaj – jego głos nie drżał. – Myślałem o tobie.
– Wiktor... Nie chcę udawać, że nic się nie stało. Jeśli mamy się spotkać... chcę odpowiedzi.
– I dobrze – odpowiedział. – Odpowiem ci. Przyjdź jutro. Podam ci adres.
Chciałam znać prawdę
Wiktor mieszkał sam. Drzwi otworzył powoli, jakby nie był pewien, czy naprawdę przyjdę. Ale ja tam byłam. Z szalikiem ciasno zawiązanym pod szyją, z sercem bijącym jak głupie.
W środku pachniało kurzem, kawą i... czymś znajomym. Książkami. Na półkach – stary Miłosz, pożółkły Sienkiewicz, nawet „Kamienie na szaniec”, ten sam egzemplarz, który kiedyś mu pożyczyłam.
– Zostawiłeś go – powiedziałam, wskazując okładkę.
– Nigdy nie chciałem oddać.
Usiedliśmy naprzeciwko siebie. Herbata parowała między nami. Chwilę milczeliśmy. W końcu odezwał się pierwszy.
– Lidko, popełniłem wtedy błąd. Największy w życiu. Byłem tchórzem.
– Nie bądź taki wyrozumiały dla siebie – warknęłam. – Nie byłeś tchórzem. Byłeś draniem.
– Może i tak. Mój ojciec przyszedł któregoś wieczoru do pokoju. Powiedział: Maria jest w ciąży. Jutro ślub. Nie było dyskusji. A ja... miałem dwadzieścia dwa lata. I w sobie mniej siły niż dziś.
Zamilkłam.
– A ja czekałam – powiedziałam po chwili. – Czekałam, że zadzwonisz. Że wytłumaczysz. Nic. Przez lata nie wiedziałam, czy cię przeklinać, czy opłakiwać.
Wiktor spojrzał na mnie z ciężkim wzrokiem. W jego oczach błyszczały łzy.
– Maria... Zmarła pięć lat temu. Byliśmy razem długo. Dobrze. Ale... nigdy nie przestałem o tobie myśleć. Nigdy.
– Ja też – powiedziałam. – Nigdy nie przestałam. Ale nienawidziłam się za to. Bo żyłam z innym człowiekiem. Dobrym. Uczciwym. I kochałam go, ale nie tak jak ciebie.
Wiktor wstał. Podszedł do mnie. Uklęknął i położył głowę na moich kolanach. A ja... zaczęłam płakać.
Miałam mnóstwo wspomnień
Po powrocie do domu długo siedziałam w fotelu, z kubkiem zimnej herbaty w dłoniach. Obok – pudełko po butach, zakurzone, ukryte przez lata na dnie szafy. Otworzyłam je powoli, jakby w środku coś mogło mnie ugryźć. W środku – listy. Napisane, nigdy nie wysłane. Wszystkie do niego.
„Wiktorze, nie wiem, co się stało, ale boli mnie to bardziej niż złamana ręka.”
„Wiktorze, minęło pięć lat. Wciąż śni mi się twój uśmiech.”
„Wiktorze, dziś urodziła się moja córka. Ma oczy, które mnie pytają, dlaczego nie jestem szczęśliwa.”
Czytałam po kolei, po cichu, jakbym odczytywała testament własnej młodości. A potem spojrzałam na zdjęcie Stanisława. Stało na komodzie, jak zawsze. Mój mąż. Mój towarzysz życia. Nie był Wiktorem. I nigdy nie próbował nim być.
– Przepraszam – wyszeptałam do ciszy. – Może nie byłam wobec ciebie szczera. Nie całkiem. Ale starałam się. Kochałam cię. Po swojemu. Z wdzięcznością. Z szacunkiem. Ale jedno miejsce w sercu było zawsze... zamknięte. Dla kogoś, kto odszedł.
Przymknęłam oczy. Poczułam dziwny spokój. I lęk. Bo co jeśli teraz znów dam się porwać czemuś, co mnie kiedyś złamało? Może nie powinnam otwierać tych drzwi. Może trzeba było zostawić je zamknięte, jak to pudło z listami. Ale przecież już były otwarte.
Chyba jesteśmy za starzy
Spotkaliśmy się tydzień później. W parku, gdzie kiedyś chodziliśmy jako dzieciaki – wtedy trzymaliśmy się za ręce po kryjomu, dziś – zupełnie jawnie, choć z drżeniem w palcach. Szliśmy powoli, mijając dzieci na sankach, młode matki z kawą w papierowych kubkach i psy, które szczekały na siebie. Świat się nie zatrzymał, mimo że mój – kręcił się jak szalony.
– Myślisz, że to jeszcze ma sens? – zapytałam w końcu, nie patrząc mu w oczy.
– Nie wiem. Ale wiem, że mamy jeszcze trochę czasu. I że nie chcę go już tracić – odpowiedział cicho.
Zatrzymałam się. On stanął obok.
– Może nie jestem już tą dziewczyną, którą znałeś.
Uśmiechnął się smutno.
– Ale ja nadal jestem tym chłopakiem, który się w niej zakochał.
Westchnęłam. Spojrzałam w niebo, jakby tam była odpowiedź. Nie było. Było tylko to, co tu, teraz. Jego dłoń, gotowa, by ją chwycić. I moje serce, które biło niepokojąco mocno.
Nie powiedziałam „tak”. Nie powiedziałam „nie”. Po prostu ruszyliśmy dalej, milcząc. Nie wiem, gdzie nas to zaprowadzi.
Lidia, 64 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W styczniu zabrakło nam na rachunki, bo córka miała studniówkę. Ta impreza wyczyściła nam portfel”
- „Myślałam, że miłość po 50-tce nie istnieje i miałam rację. Samotni faceci w moim wieku mają już swoje za uszami”
- „Uciekłam do Zakopanego, żeby poszaleć na stoku. Zamiast na nartach skończyłam w objęciach przystojnego instruktora”

