„Po 30 latach małżeństwa dowiedziałam się, że nie byłam dla męża tą jedyną. Szkoda, że wypalił z tym dopiero dzisiaj” G02
„Zacisnęłam pięści tak mocno, że aż paznokcie wbiły się w skórę. Chciałam wejść i rzucić mu w twarz całą prawdę. Że to on był tym, który nigdy nie próbował. Który siedział obok, ale nie był obecny. Który wymagał, ale nie dawał. Weszłam”.

Mam jedną córkę, męża, z którym właśnie mijają nam trzy dekady małżeństwa, i dom, w którym od dawna czuję się tylko lokatorką. Czasem budzę się rano i próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz śmiałam się tak szczerze, że aż bolał mnie brzuch. Kiedy Marek ostatni raz spojrzał na mnie inaczej niż jakby patrzył przez szybę. Zawsze był raczej oszczędny w emocjach, ale przez lata wmawiałam sobie, że to „jego sposób bycia”. Że po prostu taki jest.
Wychowałam Olę praktycznie sama, bo Marek był wiecznie „zajęty”. Praca, obowiązki, zmęczenie — wszystko było ważniejsze. A ja? Ja byłam tą, co ogarnia. Co wie, co zrobić z gorączką dziecka, co nie zapomni o rocznicy ślubu (choć on zapominał), co zawsze postawi gorącą zupę na stole. Często mówiłam sobie, że to właśnie jest miłość — bycie dla kogoś, nawet jeśli on nie potrafi być dla ciebie.
Z perspektywy czasu widzę, że byłam dla wszystkich, tylko nie dla siebie. Czekałam, aż Marek mnie dostrzeże. Aż powie: „dziękuję”, „potrzebuję cię”, „kocham cię”. Nigdy nie powiedział. A ja przestałam już o to pytać. Zbudowałam sobie życie z ciszy, kompromisów i cichych łez w łazience. Nie sądziłam, że kiedy Ola się wyprowadzi, a dom opustoszeje, cisza stanie się nie do zniesienia. I wtedy właśnie Marek wypowiedział słowa, które rozbiły wszystko, co jeszcze trzymało mnie w całości.
Głowa mi pulsowała
Był zwykły, spokojny wieczór. Taki jak wiele innych. Zapiekanka na kolację, wiadomości w tle, Marek z gazetą. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy stole, jak co dzień — cicho, poprawni, jak dwie obce sobie osoby, które przypadkiem dzielą przestrzeń. Przez chwilę zastanawiałam się, czy on w ogóle jeszcze mnie zauważa.
— Wiesz, Anno… — odezwał się nagle, odkładając widelec. — Po tych wszystkich latach muszę ci coś powiedzieć.
— Słucham? — Zdziwiłam się, że w ogóle ma ochotę na rozmowę.
— Ty… nigdy nie byłaś kobietą, jakiej pragnąłem.
Patrzyłam na niego, nie rozumiejąc.
— Co masz na myśli? — zapytałam cicho.
Marek wzruszył ramionami, jakby mówił o pogodzie.
— Nie wiem… Myślałem, że z czasem się to zmieni. Że coś się we mnie obudzi. Ale to się nigdy nie stało. Zawsze brakowało mi… pasji. Namiętności. Czegoś wspólnego. Z tobą wszystko było zawsze... poprawne. Ciche. Spokojne. A ja chyba nie tego chciałem.
Słowa spadały na mnie jak kamienie. Nawet nie podniósł głosu. Mówił to, jakby relacjonował stan techniczny lodówki. Nie odpowiedziałam. Głowa mi pulsowała. Chciałam coś powiedzieć, zapytać, krzyknąć, ale nie umiałam. Jakby ktoś nagle zadał mi pytanie w języku, którego nigdy się nie nauczyłam.
„Po tylu latach? Właśnie teraz? Kiedy już wszystko oddałam?” — krzyczało we mnie. Ale na zewnątrz tylko kiwałam głową, jakbym go rozumiała. Patrzył na mnie z tą swoją zimną, spokojną twarzą. Jakby mu ulżyło. Zebrałam talerze i poszłam do kuchni. Bo przecież ktoś musiał to posprzątać.
Ola przygryzła wargę
Pojechałam do Oli następnego dnia. Bez umawiania się. Po prostu wsiadłam w tramwaj i pojechałam. Siedziała na kanapie w legginsach, z kubkiem kawy, zaskoczona moim nagłym najściem.
— Mamo, coś się stało? — zapytała, odkładając laptopa.
— Twój ojciec powiedział mi wczoraj… że nigdy nie byłam kobietą, jakiej pragnął — rzuciłam to od razu. Nie chciałam budować napięcia. Chciałam tylko powiedzieć to na głos. Upewnić się, że to się naprawdę wydarzyło.
Ola spojrzała na mnie z marszczonym czołem.
— Powiedział tak dosłownie?
— Tak. Siedzieliśmy przy stole. I po prostu... to powiedział. Że brakowało mu pasji, namiętności. Że nigdy tego we mnie nie było.
Ola przygryzła wargę i spuściła wzrok.
— Mama… Może on tak się czuł przez wiele lat. Ale może ty też nie byłaś szczęśliwa? Może po prostu... już dawno powinniście to zakończyć?
— Czyli to ja teraz mam się tłumaczyć? — prychnęłam. — Ja, która całe życie dbałam o to, żeby jemu niczego nie brakowało? Żeby miał dom, ciepły obiad, spokój?
— Mamo, nie atakuj mnie — powiedziała cicho. — Po prostu staram się spojrzeć na to z boku.
Z boku. Tak, z boku wszystko wygląda inaczej. Z boku nie widać, jak się zaciska zęby w łazience, żeby nie zapłakać do lustra. Z boku widać tylko obrazek: małżeństwo jakich wiele. Córka, która nie chce wybierać stron. Poczułam się wtedy samotna. Niezrozumiana. Nawet przez własne dziecko. Jakby moje cierpienie było niewygodne. Przesadzone. Niewygodna matka z rozczarowaniem na twarzy.
— W porządku — powiedziałam sztywno. — Nie powinnam była przychodzić.
Wyszłam, zanim Ola zdążyła cokolwiek odpowiedzieć. W windzie wcisnęłam twarz w szalik, żeby nikt nie widział łez.
Wyszłam z pokoju
Była noc, kiedy usłyszałam, że Marek rozmawia przez telefon. Myślał, że śpię. Siedział w salonie, drzwi były lekko uchylone. Słyszałam jego głos: cichy, zmęczony, ale wyraźny. Zamarłam przy ścianie, nie oddychając.
— Nie, ja jej nie zdradziłem — powiedział. — To nie o to chodzi. Po prostu… czuję, że zmarnowałem życie. Związałem się z kimś, kto był tylko obok. Nigdy nie poczułem się naprawdę kochany.
Zacisnęłam pięści tak mocno, że aż paznokcie wbiły się w skórę. Chciałam wejść i rzucić mu w twarz całą prawdę. Że to on był tym, który nigdy nie próbował. Który siedział obok, ale nie był obecny. Który wymagał, ale nie dawał. Weszłam.
— Wiesz, co jest najgorsze? — zapytałam, opierając się o framugę.
Marek podniósł na mnie wzrok. Milczał. Telefon zsunął mu się z ramienia.
— Że ja naprawdę cię kochałam — powiedziałam. — Nawet wtedy, kiedy byłeś dla mnie tylko cieniem. Nawet wtedy, gdy czekałam tygodniami na jedno ciepłe słowo. A ty… ty myślałeś, że cię nie kocham?
Zamilkł. Patrzył na mnie bez słowa. Bez żadnego ruchu, jakby nie wiedział, co powiedzieć.
— Nawet teraz nie zaprzeczysz? — zapytałam cicho. — Nie powiesz, że się mylę?
— Nie wiem, co mam powiedzieć — odparł po długiej chwili.
— To może pierwszy raz w życiu, Marek, powinieneś po prostu posłuchać.
Wyszłam z pokoju i zatrzasnęłam drzwi. Nie dlatego, że to był koniec. Ale dlatego, że nie mogłam już dłużej udawać, że cokolwiek między nami jeszcze istnieje.
Basia westchnęła
W niedzielę poszłam do Basi. Nie musiałam jej nic mówić — wystarczyło, że na mnie spojrzała.
— O Jezu, Anka… Kto ci to zrobił?
— Życie — zaśmiałam się gorzko, zdejmując płaszcz. — A konkretnie mój własny mąż.
Basia nalała herbaty do kubków, bez pytań. Zawsze wiedziała, kiedy poczekać.
— Powiedział mi, że nigdy nie byłam kobietą, której pragnął — rzuciłam, jakby to był jakiś żart.
Basia spojrzała na mnie poważnie.
— A ty?
— Co ja?
— Czy ty go pragnęłaś? Kochałaś?
Zamilkłam. Bo odpowiedź nie była prosta. Przez tyle lat kochałam obraz, który miałam w głowie. Kogoś, kim mógłby być. Nie tego człowieka, który zamykał się w sobie i patrzył przez okno, jakby za szybą było jego prawdziwe życie.
— Chciałam być tą, którą pokocha. Chciałam na to zasłużyć — powiedziałam w końcu.
Basia westchnęła i usiadła obok.
— A może to właśnie teraz masz szansę na nowe życie? Już nie musisz być dla niego „wystarczająca”.
— Tylko co ja mam teraz? — szepnęłam. — Nie wiem, kim jestem bez niego…
Zamilkłyśmy. Basia wzięła moją dłoń, ścisnęła lekko. A potem wyszłam. Nie chciałam wracać do domu. Szłam bez celu przez miasto, patrzyłam na ludzi, jakby każdy z nich wiedział, gdzie zmierza. Mnie świat się właśnie rozpadł. Ale nikt o to nie pytał. Zatrzymałam się przy przystanku i usiadłam na ławce. I wtedy poczułam: rozpacz. Nie ból. Nie wściekłość. Czystą, nagą rozpacz. Jakbym nagle była nikim. Tylko pustą skorupą.
Nie obejrzałam się
Pojechałam do mamy. Do domu opieki, w którym mieszkała od dwóch lat. Nie widziałyśmy się od kilku miesięcy. Nasz kontakt był... poprawny. Żadna z nas nie była dobra w bliskości. Ona zawsze milcząca, wyniosła, zatopiona w swoich żalach. A ja? Przez całe życie starałam się być „grzeczną córką”, która nie sprawia kłopotów. Tak mnie wychowano. Tak żyłam.
Siedziała przy oknie, owinięta w ciepły koc, jak zawsze. Na dźwięk moich kroków odwróciła głowę.
— Ania — powiedziała zaskoczona. — Coś się stało?
Usiadłam naprzeciwko. Przez chwilę tylko patrzyłam na jej twarz. Zmarszczki głębsze niż ostatnio. Oczy nadal chłodne, ale gdzieś w nich... coś drgnęło.
— Marek mi powiedział, że nigdy mnie nie kochał — powiedziałam bez ogródek. — Że nie spełniłam jego oczekiwań.
Mama nie zareagowała od razu. Poprawiła koc na kolanach, westchnęła cicho.
— My wszystkie tak żyłyśmy, Aniu. Nikt nas nie pytał, czego chcemy. Tylko żebyśmy były ciche, skromne, lojalne.
Patrzyłam na nią, jakby mówiła w końcu z jakiegoś miejsca głębiej niż zazwyczaj.
— Ale ja już tak nie chcę — powiedziałam.
— W takim razie... przestań.
— Co?
— Przestań czekać, aż ktoś ci pozwoli żyć po swojemu.
Wstałam z fotela. W jej oczach zobaczyłam coś, czego nie znałam: smutek i coś na kształt uznania. Jakby przez moment była... dumna.
— Wracaj do siebie — powiedziała. — Ale nie do niego. Do siebie. Do tej, którą zgubiłaś.
Kiedy wychodziłam, nie obejrzałam się. W tamtej chwili wiedziałam jedno — że nie wiem nic. Ale pierwszy raz od dawna chciałam coś zmienić.
Anna, 55 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mój mąż biegał na kolacyjki do matki, a ja marzłam sama w domu. Okazało się, że to jednak nie mamusia go dokarmia”
- „Pouczałam synową, bo uznałam, że wszystko robi nie tak. Za rady z dobrego serca zrobiła ze mnie jędzę”
- „Mój szef chciał, bym w pracy złamała swoje zasady. Miałam zaszkodzić przyjaciółce, a on chciał mnie za to wynagrodzić”

