Reklama

Przyjechałam tam z walizką, która była lżejsza niż moje myśli. Miałam nadzieję, że w tym miejscu ktoś zajmie się moim kręgosłupem, a reszta jakoś się ułoży sama. Nie liczyłam na rozmowy ani na bliskość. Po latach samotności nauczyłam się nie oczekiwać niczego, bo brak oczekiwań najmniej boli. A jednak od pierwszego dnia czułam, że to nie będzie zwykły pobyt w sanatorium.

Tam każdy wszystko wiedział

W dniu przyjazdu sanatorium pachniało detergentem i czymś ziołowym, co miało kojarzyć się ze zdrowiem. Stałam w kolejce do recepcji, opierając się o walizkę, i miałam wrażenie, że nikt mnie nie widzi. Ludzie mijali mnie spojrzeniami, które zatrzymywały się tuż obok, jakby moja sylwetka była tylko tłem. Pomyślałam wtedy, że może to właśnie jest starość – moment, w którym przestajesz być punktem odniesienia, a stajesz się elementem krajobrazu.

Pokój dzieliłam z Danutą. Była drobna, nienagannie uczesana, z tym szczególnym uśmiechem, który pojawia się szybciej niż słowa.

– Pani pierwszy raz? – zapytała od razu, zanim zdążyłam postawić walizkę.

– Tak – odpowiedziałam krótko.

– Ja już trzeci. Tu się wszystko wie – dodała znacząco i poprawiła narzutę na swoim łóżku.

Już pierwszego wieczoru wiedziałam, że Danuta obserwuje. Pytała, jakie mam zabiegi, o której jem kolację, czy długo zamierzam spacerować po parku. Mówiła to pogodnym tonem, niemal serdecznie, ale wyczułam jej ciekawość, która nie miała nic wspólnego z troską.

Sanatorium żyło własnym rytmem. Kolejki na zabiegi, równe szeregi ludzi w szlafrokach, rozmowy prowadzone półgłosem, które milkły, gdy ktoś nowy podchodził bliżej. Szybko zorientowałam się, że każdy gest był tu zauważany i zapamiętywany. Kto z kim siedział przy stole. Kto spóźnił się na ćwiczenia. Kto spacerował sam.

Wieczorami siadałam na ławce w parku i patrzyłam na okna budynku, w których zapalały się światła. Czułam wtedy dziwną ulgę, że nikt mnie nie szuka, nie woła, nie pyta, dlaczego jestem sama. Samotność była mi znana, oswojona, choć ciężka jak kamień noszony w kieszeni.

Tu trzeba uważać – rzuciła któregoś dnia Danuta, gdy wracałyśmy z kolacji. – Ludzie lubią sobie dopowiadać.

Skinęłam głową, nie pytając, co miała na myśli. Jeszcze nie wiedziałam, jak szybko te słowa przestaną być tylko ostrzeżeniem, a staną się codziennością.

Czułam się zauważona

Leona poznałam w sali, w której odbywały się zajęcia. Stał pod ścianą, trochę z boku, jakby nie chciał zajmować zbyt wiele miejsca. Pracownik sanatorium wyczytywał nazwiska, a ja, zapatrzona w podłogę, usłyszałam ciche:

– Pani Irena?

Podniosłam wzrok. Leon wskazał wolne miejsce obok siebie, bez uśmiechu, bez nachalności. Usiadłam, wdzięczna za ten drobny gest, choć nie potrafiłam powiedzieć dlaczego. Ćwiczyliśmy w milczeniu. Tylko czasem nasze spojrzenia spotykały się na sekundę dłużej, niż wypada. Nie było w tym ciekawości ani oceny. Raczej coś w rodzaju rozpoznania. Jakbyśmy oboje wiedzieli, że każde z nas przyszło tu nie tylko po ulgę dla ciała.

Spotykaliśmy się potem na spacerach. Najpierw przypadkiem, przy tej samej alejce w parku.

– Te drzewa wyglądają lepiej, gdy nie trzeba na nie patrzeć w pośpiechu – powiedział kiedyś.

– Albo gdy ma się powód, żeby się zatrzymać – odpowiedziałam, zaskoczona własną odwagą.

Zaczęliśmy chodzić razem. Bez umawiania się, bez deklaracji. Rozmawialiśmy o sprawach prostych: o porannej mgle, o herbacie, która zawsze była za słaba, o muzyce, której oboje słuchaliśmy kiedyś częściej niż teraz. O przeszłości mówiliśmy mało. Jakby każde z nas miało tam coś, do czego nie chciało wracać.

Zauważyłam, że zaczęłam czekać na te spacery. Że szybciej zbierałam się z zabiegów. Łapałam się na tym, że prostuję plecy nie tylko z powodu ćwiczeń. W środku pojawiło się coś niepokojącego, a jednocześnie lekkiego. Uczucie, o którym myślałam, że jest nie na miejscu, jakby nie było już dla mnie.

Dobrze się z panią milczy – powiedział pewnego popołudnia.

Nie odpowiedziałam od razu. Bałam się, że jeśli otworzę usta, zdradzę zbyt wiele. Po raz pierwszy od dawna czułam się zauważona. Nie oceniana. Nie przezroczysta. I właśnie to zaczęło mnie przerażać najbardziej.

Zaczęłam wierzyć w plotki

Zaczęło się od drobnych rzeczy. Najpierw zauważyłam, że rozmowy przy stole cichną, gdy z Leonem siadaliśmy obok siebie. Ktoś przestawał jeść, ktoś inny nagle przypominał sobie o herbacie. Mówiłam sobie, że to przypadek, że przesadzam. Przecież nikt nie miał powodu się nami interesować. A jednak spojrzenia zaczęły ciążyć.

Na korytarzu mijałam Halinę. Zawsze była tam, gdzie działo się coś więcej niż zwykle. Stała oparta o poręcz, z głową lekko przechyloną, jakby już wszystko wiedziała.

– O, pani Irena… spacery służą – rzuciła z uśmiechem, który nie sięgał oczu.

– Staram się ruszać – odpowiedziałam cicho.

– Zawsze we dwoje raźniej – dodała i minęła mnie powoli.

Tego wieczoru Danuta usiadła na swoim łóżku i zaczęła składać ręczniki, choć wcześniej zrobiła to już dwa razy.

– Wiesz, ludzie tu różnie patrzą – zaczęła niby od niechcenia. – Jedni przyjeżdżają się leczyć, inni… szukają wrażeń.

Poczułam, że cała się spięłam.

Chodzę tylko na spacery. To wszystko – powiedziałam.

– Ja nic nie mówię – odparła szybko. – Tylko ostrzegam. Halina już pytała, czy wy się znacie sprzed przyjazdu.

Plotki miały własne tempo. Szeptane w windzie, dopowiadane w kolejce na zabiegi, podawane dalej z troską udawaną tak dobrze, że niemal w nią wierzyłam. Zaczęłam analizować każdy gest. Czy za długo patrzyłam? Czy ktoś to widział? Czy śmiałam się zbyt głośno? Leon zauważył zmianę.

– Coś się stało? – zapytał, gdy kolejnego dnia skróciłam spacer.

– Jestem zmęczona – skłamałam.

Nie powiedział nic, tylko skinął głową. Widziałam jednak, że się cofnął, jakby nie chciał narzucać się bardziej, niż już mu przypisywano. A ja po raz pierwszy poczułam wstyd. Nie z powodu plotek. Z powodu tego, że zaczęłam w nie wierzyć.

Czułam się osaczona i rozdarta

Noce stały się najgorsze. Leżałam w łóżku, słuchając oddechu Danuty, i wpatrywałam się w sufit, jakby miał mi coś podpowiedzieć. W głowie odtwarzałam rozmowy z całego dnia, wyłapując każde spojrzenie, każdy uśmiech, który mógł zostać źle odczytany. Zaczęłam się pilnować. Swoich rąk, swojego głosu. Tego, jak długo stoję obok Leona.

– Może dziś nie pójdę – powiedziałam sobie rano, patrząc w lustro. – Może lepiej będzie, jak będę sama.

Znikałam więc powoli. Najpierw skracałam rozmowy. Potem wybierałam inne godziny spacerów. Leon próbował nadążyć, ale robił to ostrożnie, jak ktoś, kto czuje, że grunt pod stopami przestaje być pewny.

– Jeśli coś robię nie tak, powiedz – odezwał się któregoś dnia, gdy szliśmy w ciszy.

To nie o ciebie chodzi – odpowiedziałam zbyt szybko.

– Właśnie że wygląda, jakby chodziło – powiedział spokojnie.

Nie umiałam mu wytłumaczyć, że boję się cudzych słów bardziej niż własnej samotności. Że każdy szept brzmi w mojej głowie głośniej niż jego obecność. Że czuję się, jakbym musiała wybierać między spokojem a czymś, co daje mi sens.

Danuta przestała udawać obojętność.

– Ja bym na twoim miejscu uważała – powiedziała, zaplatając włosy przed lustrem. – Ludzie nie są tacy głupi, jak się wydaje.

Te słowa we mnie zostały. Zaczęłam wierzyć, że robię coś niewłaściwego. Że w moim wieku nie wypada. Że powinnam być wdzięczna za ciszę i nie domagać się niczego więcej. Radość, która jeszcze niedawno była lekka, stała się ciężarem noszonym ukradkiem.

Leon patrzył na mnie inaczej. Z troską pomieszaną z bezradnością. A ja czułam, że jeśli czegoś nie zrobię, rozpadnę się między tym, kim byłam, a kim odważyłam się na chwilę stać.

Zabrakło mi odwagi

Do wszystkiego doszło w jadalni. Miejscu, gdzie tajemnice nie miały prawa bytu. Stałam w kolejce po obiad, gdy Halina odwróciła się do kobiety obok i powiedziała na tyle głośno, by nie było wątpliwości, że to dla mnie:

– Jedni przyjeżdżają się leczyć, a inni zachowują się jak na wakacjach od rozumu.

Ktoś zachichotał, ktoś spuścił wzrok. Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Leon stał kilka metrów dalej. Widziałam jego napięte ramiona, jakby chciał podejść, coś powiedzieć. Wtedy dotarło do mnie, że jeśli pozwolę mu stanąć w mojej obronie, plotki dostaną nowy materiał. Nowe życie. Usiadłam przy stole sama.

Po południu zapukałam do jego drzwi. Otworzył niemal od razu.

Musimy przestać – powiedziałam, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.

– Przestać co? – zapytał cicho.

– Spotykać się. Rozmawiać. Dawać im powody.

Patrzył na mnie długo, ale bez gniewu. To było najgorsze.

– A ty? – zapytał w końcu. – Ty też chcesz przestać?

Nie potrafiłam odpowiedzieć szczerze. Skinęłam tylko głową. Odsunął się, robiąc mi miejsce, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale ja już odchodziłam. Bałam się, że jeśli zostanę sekundę dłużej, nie dam rady.

Wyjechałam kilka dni później. Kręgosłup bolał mniej. Lekarze byli zadowoleni. Danuta życzyła mi zdrowia z tym samym uśmiechem co zawsze. W pociągu patrzyłam przez okno i myślałam o tym, jak łatwo oddałam coś, co było tylko moje. Jak pozwoliłam obcym ludziom zdecydować, ile wolno mi czuć.

Do dziś nie wiem, co jest cięższe. Samotność, do której wróciłam bez walki, czy myśl, że zabrakło mi odwagi, by zostać przy własnym szczęściu.

Irena, 60 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama