„Planowałem walentynki jak z komedii romantycznej, a ona wolała być sama. Nie rozumiałem tego aż do jednej chwili”
„Wracałem do domu ciężkim krokiem. Kiedy zobaczyłem Lenę w kuchni uśmiechniętą do czegoś na ekranie telefonu, poczułem ukłucie, którego nie potrafiłem nazwać. – Wzięłaś wolne na piątek? – zapytałem bez wstępu”.

Bliskość zawsze wydawała mi się czymś oczywistym, niewymagającym ciągłych potwierdzeń. Byliśmy razem długo, wystarczająco długo, żeby nie trzeba było wszystkiego omawiać. Walentynki też należały do tej kategorii – po prostu były nasze. W głowie miałem gotowy scenariusz, spokojny i znany. Dopiero później dotarło do mnie, że Lena od dawna była gdzie indziej, a ja uparcie nie chciałem tego zobaczyć.
Brałem to za pewnik
Wspomniałem o walentynkach tak, jak wspomina się o rachunku do zapłacenia albo o tym, że jutro jest poniedziałek. Między jednym a drugim kęsem kolacji, bez większego znaczenia.
– W piątek moglibyśmy wyjść gdzieś wcześniej – rzuciłem. – Może ta knajpa przy rynku? Ta co zawsze.
Lena uniosła wzrok znad telefonu. Przez chwilę patrzyła na mnie tak, jakby sprawdzała, czy dobrze usłyszała.
– W piątek? – powtórzyła.
– No. Czternasty – doprecyzowałem, jakby chodziło o oczywistość, która nie wymaga dalszych wyjaśnień.
Kiwnęła głową. Jeden, krótki ruch. Wróciła wzrokiem do ekranu.
– Zobaczymy – powiedziała po chwili.
„Zobaczymy” zawsze brzmiało dla mnie jak „tak”. Nie drążyłem. Przecież byliśmy razem od lat, wiedziałem, jak to działa. A przynajmniej tak mi się wydawało. Cisza między nami była znajoma, oswojona. Nie pomyślałem, że tym razem jest inna.
Wieczorem usiadła dalej niż zwykle. Gdy przypadkiem dotknąłem jej dłoni, nie cofnęła jej, ale też nie ścisnęła mojej. Zauważyłem to. Zarejestrowałem. Natychmiast znalazłem wytłumaczenie: zmęczenie, praca, gorszy dzień.
– Wszystko w porządku? – zapytałem, bardziej z obowiązku niż z potrzeby.
– Tak – odpowiedziała szybko. – Po prostu myślę.
Nie zapytałem o czym. Uznałem, że jeśli będzie chciała, sama powie. Zawsze tak uważałem – rozmowy są ważne, ale nie trzeba ich prowadzić bez przerwy. Bliskość miała załatwiać resztę.
Kiedy zgasiła lampkę nocną wcześniej niż zwykle i odwróciła się plecami, poczułem ukłucie niepokoju. Leżałem jeszcze chwilę, wsłuchując się w jej oddech. Chciałem coś dodać, doprecyzować, zapytać. Zamiast tego zamknąłem oczy. Przecież wszystko było ustalone. A jeśli nie było, to przecież by mi powiedziała. Prawda?
Miała inne plany
Dowiedziałem się przypadkiem. Takie informacje zawsze przychodzą bokiem, nigdy wprost. Stałem przy ekspresie w pracy, kiedy Oskar przeglądał grafik na telefonie. Mruknął coś pod nosem, po czym zerknął na mnie z lekkim zdziwieniem.
– Ty, Kamil… twoja Lena wzięła wolne w piątek?
Zamarłem na moment, jakby pytanie dotyczyło kogoś obcego.
– Jakie wolne? – zapytałem, choć ton miałem zbyt ostry jak na zwykłą ciekawość.
– No czternastego. Widziałem w systemie. Myślałem, że może coś wspólnego planujecie, skoro walentynki i w ogóle.
Skinąłem głową, udając, że to oczywiste.
– Tak, coś tam planujemy – rzuciłem. – Jeszcze nie wiem dokładnie.
Oskar wzruszył ramionami, a rozmowa się urwała. Zostałem z kubkiem kawy, która nagle przestała mieć smak. Wolne? Bez słowa. Bez wzmianki. Przewinąłem w głowie naszą rozmowę sprzed kilku dni, jej „zobaczymy”, jej obojętny ton. Coś mi się nie zgadzało.
Przez resztę dnia byłem rozdrażniony. Każdy mail irytował bardziej niż zwykle. W końcu nie wytrzymałem.
– Stary – zacząłem, gdy Oskar znów usiadł obok. – Myślisz, że to normalne? Brać wolne w walentynki i nic nie powiedzieć partnerowi?
Spojrzał na mnie uważnie.
– A zapytałeś ją, co ona planuje?
To pytanie uderzyło mnie mocniej, niż powinno.
– No… wspominałem o piątku – odpowiedziałem wymijająco.
– Wspominałeś czy zapytałeś? – dopytał spokojnie.
Nie odpowiedziałem od razu. W głowie miałem jedną myśl, której nie chciałem dopuścić: że coś dzieje się poza mną. Pojawiła się zazdrość, chociaż nie miałem żadnych powodów. Potem złość – bardziej na nią niż na siebie. Przecież byliśmy razem. Powinna była mi powiedzieć.
Wracałem do domu ciężkim krokiem. Kiedy zobaczyłem Lenę w kuchni uśmiechniętą do czegoś na ekranie telefonu, poczułem ukłucie, którego nie potrafiłem nazwać.
– Wzięłaś wolne w piątek? – zapytałem bez wstępu.
Odwróciła się powoli.
– Tak.
– Dlaczego nic nie powiedziałaś?
Wzruszyła ramionami.
– Bo nie zapytałeś.
Jej odpowiedź była spokojna, prawie obojętna. A ja po raz pierwszy poczułem, że grunt pod moimi założeniami zaczyna się kruszyć.
Podobno chciała być sama
Rozmowa, jeśli w ogóle można ją tak nazwać, zaczęła się od ciszy. Stałem w progu kuchni, ona odkładała talerze do zmywarki, jakby każde naczynie było ważniejsze od tego, co wisiało między nami.
– To są jakieś tajne plany? – zapytałem w końcu, próbując zabrzmieć żartobliwie.
Nie spojrzała na mnie od razu.
– Nie – odpowiedziała. – Po prostu moje.
To „moje” zawisło w powietrzu. Niby zwykłe słowo, a jednak poczułem, jak coś się we mnie napina.
– Walentynki są nasze – powiedziałem. – Zawsze były.
Odwróciła się wtedy. Oparła dłonie o blat i spojrzała na mnie uważnie, bez złości, bez ciepła.
– Właśnie w tym problem – odparła cicho. – Zawsze były „nasze”, bo ty tak zakładałeś.
Chciałem odpowiedzieć, zaprzeczyć, ale nie potrafiłem. Milczenie, które zapadło, było ciężkie. Nie było w nim krzyków ani pretensji, tylko zmęczenie.
– Chcę spędzić ten dzień sama – powiedziała po chwili.
– Sama? – powtórzyłem, jakbym nie rozumiał znaczenia słowa. – Czyli… jak to?
– Sama – powtórzyła. – Nie z kimś innym. Nie z tobą. Sama.
Te słowa zabolały bardziej, niż się spodziewałem. Nie było w nich oskarżenia, raczej prośba o przestrzeń. A ja poczułem coś, czego nie znałem – strach, że tracę grunt, na którym stałem od lat.
– Czy ja coś zrobiłem źle? – zapytałem w końcu.
– Nie o to chodzi – odpowiedziała. – Po prostu od dawna mam wrażenie, że w tym związku jest więcej twoich pewników niż moich myśli.
Chciałem ją przekonać, że przesadza. Zamiast tego skinąłem tylko głową. Nie wiedziałem, co powiedzieć, żeby nie zabrzmiało jak kolejna obietnica bez pokrycia.
Tej nocy długo nie mogłem zasnąć. Leżałem obok niej, słuchając ciszy. Po raz pierwszy dotarło do mnie, że brak kłótni nie zawsze oznacza spokój. Czasem oznacza coś znacznie gorszego.
Zacząłem się bać prawdy
Dowiedziałem się dwa dni później. Nie od niej. Siedziałem na kanapie, udając, że oglądam coś w tle, kiedy zadzwonił jej telefon. Była w łazience, zostawiła go na stole. Ekran rozświetlił się imieniem, którego nie znałem. Nina. Chciałem odwrócić wzrok, ale zobaczyłem fragment wiadomości.
„Pociąg o siódmej. Spakowałaś już wszystko?”. Serce zabiło mi szybciej. Kiedy wyszła, nie zdążyłem się nawet zastanowić, czy powinienem zapytać.
– Wyjeżdżasz? – powiedziałem.
Zatrzymała się w pół kroku. Westchnęła, jakby spodziewała się tej rozmowy, tylko nie teraz.
– Tak.
– Dokąd?
– Nieważne – odpowiedziała spokojnie. – Chcę pobyć sama. Daleko stąd.
– W walentynki? – zapytałem żałośnie.
Usiadła naprzeciwko mnie. Po raz pierwszy od dawna spojrzała mi prosto w oczy.
– Tu nie chodzi o ten dzień, Kamil. Chodzi o to, że od dawna nie pytasz mnie, czego chcę. Ty zakładasz, że ja się dostosowuję. A ja potem znikam po kawałku.
– Myślałem, że jesteśmy… stabilni – wyszeptałem.
– Stabilni dla ciebie – odparła. – Dla mnie jest coraz ciaśniej.
Te słowa uderzyły we mnie z całą mocą. Zrozumiałem nagle, że przez cały czas bałem się rozmów, bo burzyły mój spokój. Milczenie było wygodne. Nie widziałem, że dla niej było ciężarem.
– Nie uciekam do nikogo – dodała po chwili. – Uciekam od bycia niewidzialną.
Nie potrafiłem jej zatrzymać. Poczułem, że nie mam do tego prawa. Kiedy zaczęła pakować rzeczy, siedziałem bez ruchu, próbując poukładać w głowie myśl, że to wszystko wydarzyło się nie dlatego, że coś zrobiła, ale dlatego, że ja zbyt długo nic nie robiłem.
To ja musiałem się zmienić
Czternastego lutego obudziłem się w ciszy, która nie była już tylko chwilowa. Mieszkanie wydawało się większe, jakby jej nieobecność rozszerzyła ściany. Na stole leżała kartka. Krótka, bez emocji. „Wracam w niedzielę. Potrzebuję tego czasu”. Nie było serduszek. Nie było zapewnień.
Spędziłem ten dzień tak, jak zawsze myślałem, że nigdy go nie spędzę – sam. Bez kolacji, bez planu, bez powtarzalnego schematu, który dawał mi złudne poczucie bezpieczeństwa. Przez kilka godzin krążyłem po mieszkaniu, dotykając przedmiotów, które wcześniej były „nasze”, a teraz były po prostu rzeczami.
Dopiero wieczorem usiadłem na kanapie i po raz pierwszy od dawna naprawdę się zatrzymałem. Zrozumiałem, że miłość nie polega na tym, że coś się „należy”. Bliskość bez rozmowy powoli zamienia się w jednostronne oczekiwanie. Pytanie, nawet niewygodne, jest czasem jedynym sposobem, by kogoś nie zgubić.
Nie wiedziałem, czy kiedy wróci, będziemy jeszcze razem. Wiedziałem tylko, że jeśli miałem cokolwiek odbudować, musiałem nauczyć się pytać, zamiast zakładać.
Kamil, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Znalazłam drogi prezent walentynkowy od męża i się ucieszyłam. 14 lutego okazało się, że wcale nie był nie dla mnie”
- „To miały być romantyczne ferie w górach, a mąż powiedział, że mnie zdradził. Szybko zadbałam o to, byśmy byli kwita”
- „Zaplanowałem zimowe zaręczyny. Wystarczyło 1 słowo ukochanej, by wizja wspólnej starości stopniała jak śnieg w kwietniu”

