Reklama

Stałem tam jak posąg, czując, że mróz powoli przenika przez podeszwy moich eleganckich butów, a w dłoni ściskałem bukiet, który kosztował mnie fortunę, ale był warty każdego grosza, bo przecież to jej ulubione kwiaty. To miał być wieczór, który naprawi wszystko, co ostatnio psuło się między nami, magiczna data, która wymaże tygodnie chłodu i milczenia. Zamiast tego, w jednej sekundzie, dźwięk wibracji w kieszeni płaszcza zburzył mój świat, a ja zostałem sam na środku chodnika, z sercem pękającym na pół i pytaniem, na które bałem się poznać odpowiedź.

Miałem przygotowaną mowę

Planowałem ten wieczór od miesiąca. Dosłownie. W kalendarzu w moim telefonie miałem ustawione przypomnienia o rezerwacji stolika, o zamówieniu kwiatów, a nawet o wizycie u fryzjera. Chciałem, żeby te walentynki były inne niż wszystkie. Ostatnio między mną a Kamilą nie układało się najlepiej. Czułem to w sposobie, w jaki na mnie patrzyła, a raczej w sposobie, w jaki unikała mojego wzroku. Była obecna ciałem, ale duchem błądziła gdzieś daleko, w miejscach, do których nie miałem dostępu. Tłumaczyłem sobie, że to stres w pracy, że to zmęczenie, że po prostu potrzebujemy czasu tylko dla nas. I ten wieczór miał być właśnie tym czasem.

Wybrałem jej ulubione tulipany. Nie czerwone róże, które uważała za banalne i pretensjonalne, ale wielki, pękaty bukiet herbacianych tulipanów. Pachniały wiosną, mimo że luty w tym roku był wyjątkowo mroźny i nieprzyjemny. W drugiej kieszeni płaszcza, tej bliżej serca, miałem małe, aksamitne pudełeczko. Nie, to nie był pierścionek zaręczynowy — na to było jeszcze za wcześnie, ale delikatny srebrny wisiorek, o którym wspominała mimochodem trzy miesiące temu, kiedy przechodziliśmy obok witryny jubilera. Zapamiętałem to. Zawsze zapamiętywałem takie drobiazgi. Wydawało mi się, że na tym polega miłość: na kolekcjonowaniu tych małych okruchów informacji i budowaniu z nich czegoś trwałego.

Szedłem w stronę jej bloku krokiem pełnym nadziei. Mróz szczypał mnie w policzki, ale w środku czułem przyjemne ciepło. Wyobrażałem sobie jej uśmiech, kiedy otworzy drzwi. Wyobrażałem sobie, jak jej oczy — te niezwykłe, piwne oczy, w których zakochałem się dwa lata temu. Prawie widziałem, jak rozszerzają się ze zdziwienia na widok kwiatów. Miałem przygotowaną mowę. Prostą, szczerą, bez zbędnych metafor. Chciałem jej powiedzieć, że mi zależy, że widzę, że jest jej ciężko, i że jestem tu, by ją wspierać.

Mijając piekarnię na rogu, zerknąłem na zegarek. Dziewiętnasta zero zero. Byłem punktualnie, co do sekundy. Zawsze byłem punktualny. To była jedna z tych cech, które Kamila na początku uwielbiała, a ostatnio zaczęła nazywać „przewidywalną nudą”. Ale dziś, myślałem, dziś ta punktualność będzie atutem.

Byłem naiwny

Gdy zbliżałem się do domofonu, w mojej głowie zaczęły przewijać się obrazy z ostatnich tygodni, jak film puszczony w przyspieszonym tempie. Z perspektywy czasu, stojąc na tym zimnym chodniku, widziałem wszystko wyraźniej, ale wtedy, w ferworze walki o naszą relację, byłem ślepy.

Pamiętam ten wieczór, kiedy próbowałem ją przytulić podczas oglądania filmu. Zesztywniała. To był ułamek sekundy, ledwo zauważalny ruch mięśni, jakby moje dotknięcie parzyło. Odsunęła się, udając, że poprawia poduszkę, a potem usiadła w drugim rogu kanapy, owijając się kocem jak pancerzem. Zapytałem wtedy, czy wszystko w porządku. Odpowiedziała, że po prostu boli ją głowa. Uwierzyłem, bo chciałem wierzyć.

A potem były telefony. Kiedyś jej telefon leżał byle gdzie, często zapominała, gdzie go położyła. Ostatnio stał się przedłużeniem jej ręki. Zawsze ekranem do dołu. Zawsze wyciszony. Kiedy przychodziła wiadomość, a ekran rozbłyskał, jej wzrok wędrował tam błyskawicznie, z mieszanką lęku i ekscytacji, której nie potrafiłem zdefiniować. Raz zapytałem, kto pisze o dwudziestej drugiej.

— To tylko koleżanka z działu księgowości, mają jakiś problem z fakturami — rzuciła szybko. Zbyt szybko.

Byłem naiwny. Wierzyłem w uczciwość, w to, że ludzie, którzy dzielą ze sobą życie, łóżko i plany na przyszłość, po prostu ze sobą rozmawiają, jeśli coś jest nie tak. Mój przyjaciel, Piotr, ostrzegał mnie. Tydzień temu, przy kawie, powiedział mi wprost:

— Stary, ona się oddala. Nie widzisz tego? Nie inwestuj w te walentynki jak w wesele, bo możesz się przejechać.

Zbyłem go śmiechem. Powiedziałem, że Piotr jest cynikiem, któremu nie wyszło z ostatnią dziewczyną, więc teraz wszędzie widzi zdrady i rozstania. Teraz, stojąc pod szarym, betonowym blokiem, czułem, jak słowa Piotra wracają do mnie z siłą uderzenia młota.

To musi być pomyłka

Zatrzymałem się przed klatką schodową. Wyjąłem rękę z kieszeni, żeby wpisać kod do domofonu. 12-45-kluczyk. Znałem ten kod lepiej niż PIN do własnej karty. I wtedy to się stało. Telefon w mojej kieszeni zawibrował. Raz, krótko. Potem drugi raz. To nie było połączenie, a wiadomość. Uśmiechnąłem się odruchowo. Pewnie pisze: „Już czekam” albo „Otwarte, wchodź”. Przełożyłem ciężki bukiet do lewej ręki, prawą sięgnąłem po smartfon.

Ekran rozjaśnił mrok zimowego wieczoru. Powiadomienie z komunikatora. Nadawca: „Moja Kami <3”. Serce zabiło mi mocniej. Przesunąłem palcem, żeby odblokować.

Wiadomość była krótka. Nie było emotikonów. Nie było wstępu: „Bartek, nie wchodź na górę. Proszę. Nie mogę tego dłużej ciągnąć. To koniec. Nie pasujemy do siebie. Przepraszam, że w ten sposób, ale nie mam odwagi powiedzieć ci tego w twarz. Zostawmy to. Nie dzwoń”.

Stałem tam i czytałem te słowa raz, drugi, trzeci. Litery zdawały się tańczyć przed moimi oczami, nie chcąc ułożyć się w sensowną całość. To musi być pomyłka. Może to jakiś żart? Może ktoś ukradł jej telefon? Przecież… przecież mam kwiaty. Mam rezerwację. Mam ten cholerny wisiorek w kieszeni. Mój kciuk zawisł nad ikoną zielonej słuchawki. Zadzwonić? Zażądać wyjaśnień? Krzyczeć?

Ale ona napisała „nie dzwoń”. Wpatrywałem się w te słowa: „nie mam odwagi”. Kobieta, z którą planowałem wakacje w lipcu, kobieta, która znała moje najgłębsze lęki, nie miała odwagi spojrzeć mi w oczy. Zerwała ze mną przez SMS-a. W walentynki. Dwie minuty przed spotkaniem. Poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy. Nogi stały się jak z waty. Oparłem się plecami o zimną ścianę bloku. Bukiet tulipanów nagle stał się nieznośnie ciężki, jakby ważył tonę. Płatki, które jeszcze przed chwilą wydawały mi się symbolem wiosny i nadziei, teraz wyglądały żałośnie.

Nie zrobiłem tego

Podniosłem wzrok. Trzecie piętro. Jej okno. Zawsze witało mnie ciepłym, żółtym światłem. Teraz rolety były zaciągnięte. Szczelnie. Nie było widać nawet najmniejszej szpary światła. Wiedziała, że tu jestem. Musiała wiedzieć. Może nawet stała teraz za tą roletą, patrząc w dół, na moją małą, skurczoną postać na chodniku, i czekała, aż sobie pójdę. W mojej głowie rozpętała się burza. Gniew mieszał się z rozpaczą. Chciałem wcisnąć ten cholerny kod domofonu, wbiec na górę, walić w drzwi, dopóki nie otworzy. Chciałem rzucić jej tymi kwiatami pod nogi i zapytać: „Dlaczego?”. Dlaczego pozwoliła mi się tak starać? Dlaczego pozwoliła mi wierzyć, że wszystko jest dobrze, skoro od dawna planowała ucieczkę?

Ale nie zrobiłem tego. Coś mnie powstrzymało. Może resztki godności, które mi zostały. Jeśli ona nie miała szacunku do mnie, by porozmawiać twarzą w twarz, to czy ja powinienem pozbawiać się szacunku do samego siebie, robiąc sceny pod jej drzwiami? Wtedy drzwi klatki schodowej otworzyły się z piskiem. Drgnąłem, mając przez ułamek sekundy szaloną nadzieję, że to ona. Że wybiegnie, rzuci mi się na szyję i powie, że to był głupi test, pomyłka, cokolwiek.

Z klatki wyszła starsza kobieta z małym, trzęsącym się jamnikiem. To była pani Jadwiga, sąsiadka Kamili z parteru. Znała mnie. Często przytrzymywałem jej drzwi, gdy szła z zakupami.

— O, pan Bartek! — zawołała radośnie, choć jej głos drżał od zimna. — Jaki piękny bukiet! Kamila to ma szczęście.

Zamarłem. Nie byłem w stanie wydusić słowa.

Pani Jadwiga poprawiła szalik i spojrzała na mnie uważniej, mrużąc oczy za grubymi szkłami okularów.

— A pan nie wchodzi? Zimno okrutnie — dodała z troską. — Chociaż… wie pan co? Nie wiem, czy ona jest w domu. Widziałam ją jakąś godzinę temu, jak wychodziła. Taka wystrojona, z walizką. Myślałam, że gdzieś wyjeżdżacie razem.

Świat zawirował. Z walizką? Wystrojona?

— Z walizką? — powtórzyłem mechanicznie, mój głos brzmiał obco, jakby należał do kogoś innego.

— No tak, taką małą, podręczną. Wsiadła do takiego srebrnego samochodu. Myślałam, że to pana auto, ale potem skojarzyłam, że pan ma granatowe. Może taksówka? — zastanawiała się głośno staruszka, nieświadoma, że każdym słowem wbija mi nóż w serce.

Więc to nie była tylko ucieczka przed rozmową. To była ucieczka dosłowna. I nie była sama. Srebrny samochód. Nie taksówka. Wiedziałem to instynktownie. Kamila nienawidziła taksówek, uważała, że są za drogie i niehigieniczne.

— Dziękuję, pani Jadwigo — powiedziałem cicho. — Chyba… chyba pomyliłem daty.

— Pomylił pan daty? W walentynki? — zdziwiła się, ale jamnik pociągnął ją w stronę trawnika, więc tylko pomachała mi ręką i odeszła.

To był impuls

Zostałem sam. Informacja o walizce i srebrnym samochodzie paradoksalnie mnie uspokoiła. To był ten brakujący element układanki. To nie nagła decyzja. Istniał cały plan. Podczas gdy ja wybierałem tulipany i rezerwowałem stolik, ona pakowała rzeczy. Podczas gdy ja pisałem w głowie scenariusze romantycznego wieczoru, ona pisała scenariusz swojego nowego życia — beze mnie.

Spojrzałem na bukiet. Był piękny. Naprawdę piękny. Szkoda było go wyrzucać do śmietnika. Nie zasłużył na to. Kwiaty nie były winne temu, że ofiarowałem je niewłaściwej osobie. Rozejrzałem się. Ulica była pusta, tylko w oddali mrugały światła miasta. Zacząłem iść przed siebie, bez konkretnego celu. Nie chciałem wracać do pustego mieszkania, gdzie na stole pewnie wciąż leżał paragon za ten nieszczęsny wisiorek.

Szedłem tak przez dziesięć minut, aż dotarłem do małego skweru. Na ławce, mimo mrozu, siedziała samotna postać. Kobieta, na oko koło pięćdziesiątki, w zniszczonej kurtce. Paliła papierosa, wpatrując się w czubki swoich butów. Wyglądała na nieskończenie smutną. Zatrzymałem się. To był impuls.

— Przepraszam — powiedziałem.

Kobieta podniosła głowę gwałtownie, przestraszona.

— Nie, nie, proszę się nie bać — dodałem szybko, unosząc ręce (w jednej wciąż dzierżąc bukiet). — Ja po prostu… Mam te kwiaty. Są świeże, piękne. Nie są mi już potrzebne. Czy… czy chciałaby je pani przyjąć?

Patrzyła na mnie podejrzliwie, potem jej wzrok przeniósł się na tulipany.

— Dla mnie? — zapytała chrapliwym głosem. — A co to, jakaś ukryta kamera?

— Nie. — Uśmiechnąłem się smutno. — Po prostu dziewczyna, dla której były przeznaczone, okazała się ich niewarta. A szkoda, żeby zmarzły.

Kobieta zawahała się, po czym wyciągnęła rękę. Wzięła bukiet ostrożnie, jakby był ze szkła. Powąchała go. Na jej zmęczonej twarzy pojawił się delikatny uśmiech, który na chwilę odjął jej lat.

— Piękne są — szepnęła. — Nikt mi nigdy nie dał takich kwiatów. Nawet mój stary, jak żył, to tylko goździka na Dzień Kobiet przyniósł, i to jak był trzeźwy. Dziękuję, synku.

— Nie ma za co — odpowiedziałem i poczułem, jak wielki ciężar spada mi z ramion. — Wszystkiego dobrego.

Miłość powinna być prosta

Wróciłem do domu godzinę później. Byłem zmarznięty na kość, ale w środku czułem dziwny spokój. Wyjąłem z kieszeni aksamitne pudełeczko. Położyłem je na dnie szuflady z „rzeczami różnymi”. Może kiedyś je sprzedam, może dam komuś innemu. Na razie niech leży. Wyciągnąłem telefon. Wiadomość od Kamili wciąż tam była. Przeczytałem ją ostatni raz. „Nie mam odwagi”.

— Cóż — powiedziałem głośno do pustego pokoju. — Przynajmniej jedno z nas ma odwagę, żeby żyć dalej.

Zablokowałem jej numer. Usunąłem z ulubionych. Nie odpisałem. Nie zasłużyła na moją złość, na moje pytania ani na moje łzy. Największą karą dla niej będzie moja cisza. Zrobiłem sobie herbatę, usiadłem w fotelu i włączyłem konsolę. Nie myślałem o tym, co robi teraz Kamila, czy jest w tym srebrnym samochodzie, czy jest szczęśliwa. To już nie była moja sprawa.

Tamtego wieczoru straciłem dziewczynę, którą kochałem, ale odzyskałem coś znacznie ważniejszego — szacunek do samego siebie. Zrozumiałem, że miłość to nie jest ciągłe domyślanie się, ciągłe staranie się za dwoje i ignorowanie czerwonych flag. Miłość powinna być prosta. I kiedyś, jestem tego pewien, spotkam kogoś, kto otworzy drzwi, gdy przyjdę z kwiatami. A walentynki? Cóż, to tylko data w kalendarzu. Ważne jest to, jak traktujemy się nawzajem przez pozostałe 364 dni w roku.

Bartek, 28 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama