„Planowałam romantyczne ferie w górach, a dostałam zagrzybiały domek, w którym hulał wiatr. Nie tylko on mnie rozczarował”
„Posprzątałam. On już wtedy leżał na kanapie, śmiejąc się do ekranu. Patrzyłam na niego przez chwilę, mając nadzieję, że oderwie się, zapyta, jak się czuję. Nie zapytał. W nocy nie mogłam zasnąć. Leżałam w czapce, z kocem pod samą brodę. Grzałka buczała, ale było dalej zimno”.

Studiuję psychologię i... trochę za bardzo lubię się zakochiwać. Nie, nie w każdym, kto się uśmiechnie. Obecnie jestem zakochana w jednym: w Maćku. Poznaliśmy się na wykładzie z psychopatologii. Ja notowałam jak w transie, on obok grał w szachy na telefonie. Z jakiegoś powodu właśnie to mnie wtedy ujęło — jego spokój, to, że nie musiał się przejmować, co kto o nim myśli. Dla mnie, wiecznie analizującej wszystko dziewczyny, to było jak świeże powietrze.
Jesteśmy razem pół roku. Dla mnie to pierwszy prawdziwy związek, taki, w którym kupuje się komuś ulubioną pastę do zębów, myśli o nim przy robieniu herbaty, a zimą planuje wspólny wyjazd — „żeby było romantycznie, jak w filmach”. I właśnie taki miał być ten wyjazd: pierwszy, tylko nasz, magiczny. Wyszukałam ten drewniany domek, z kominkiem i widokiem na góry. Pakowałam wszystko, co miało być klimatyczne: cynamonowe świece, grube skarpety, herbatę z imbirem, termos na kakao. Każdy szczegół miał się złożyć na idealną zimową opowieść.
I kiedy siedziałam na podłodze, rolując koc w renifery, zadałam sobie pytania, które jak echo wracały od kilku tygodni: Czy on też się tak cieszy? Tak jak ja? Czy może tylko jedzie, bo... wypada?
Nie powtarzałam tego głośno, bo bałam się odpowiedzi.
Może to ja przesadzam
Kiedy dojechaliśmy pod domek, pierwsze, co poczułam, to rozczarowanie. Nie to, że miałam wygórowane oczekiwania — po prostu spodziewałam się czegoś... bardziej przytulnego. Ściany z zaciekami w kątach, zapach wilgoci i chłód, który wciskał się pod kurtkę. Drzwi skrzypnęły tak głośno, że aż się wzdrygnęłam. Maciek zrzucił torbę zaraz przy wejściu, przeszedł przez salon, usiadł na kanapie i wyciągnął telefon. Patrzył w ekran jak zahipnotyzowany, jakby to on był celem tej podróży.
— Trochę tu zimno, co? — rzuciłam, stawiając plecak przy drzwiach.
— Zaraz się nagrzeje — odpowiedział, nie podnosząc wzroku.
Zaczęłam wszystko rozpakowywać. Wyciągałam rzeczy powoli, układałam je na półkach, jakby od tego zależało, czy ten wyjazd się uda. Rozstawiłam świece, włożyłam herbatę do termosu. Włączyłam czajnik, choć w kuchni śmierdziało stęchlizną. Chciałam, żeby było ciepło, choć trochę domowo. Ale on dalej siedział, beznamiętny, pochłonięty TikTokiem, jakby nie widział, że coś się właśnie zaczyna.
Wieczorem ugotowałam makaron z pesto. Prosto, ale ciepło i pachnąco. Podałam mu, zapytałam, czy chce ser. Wzruszył ramionami. Rozmawialiśmy przy stole, ale to nie były prawdziwe rozmowy. On coś opowiadał o filmiku, który zobaczył, ja próbowałam nawiązać do wspólnych planów — zapytałam, czy jutro idziemy na szlak. Odpowiedział coś o pogodzie. Nic więcej.
Posprzątałam. On już wtedy leżał na kanapie, śmiejąc się do ekranu. Patrzyłam na niego przez chwilę, mając nadzieję, że oderwie się, zapyta, jak się czuję. Nie zapytał. W nocy nie mogłam zasnąć. Leżałam w czapce, z kocem pod samą brodę. Grzałka buczała, ale było dalej zimno. Obok mnie spał chłopak, z którym jeszcze kilka tygodni temu potrafiłam rozmawiać do trzeciej nad ranem. Teraz leżał odwrócony, jakby nie miał nic do powiedzenia. Ani dziś, ani jutro.
Może to ja przesadzam. Przecież może być zmęczony — praca, studia, to wszystko. Może po prostu potrzebuje chwili spokoju. Może tak wygląda zwyczajność. Ale jeśli to miała być zwyczajność, to czemu tak bolała?
Już się nie odzywałam
Rano obudziłam się pierwsza. Przez chwilę patrzyłam w okno, za którym świat był biały, cichy, jakby zatrzymany w kadrze. Maciek chrapał lekko, zawinięty w kołdrę jak w kokon. Leżałam tak jeszcze kilka minut, wpatrując się w sufit, zanim zdecydowałam się wstać. Zrobiłam herbatę, ubrałam się ciepło i usiadłam przy stole. Przejrzałam plan szlaku, sprawdziłam warunki pogodowe, próbowałam coś zaplanować. Gdy Maciek w końcu się obudził, nie powiedział nic więcej niż zwykłe „hej”. Wziął telefon i poszedł do łazienki. Zanim wyszedł, wstawiłam wodę na kawę. Podałam mu kubek. Nawet nie podziękował.
Po śniadaniu zaproponowałam spacer. Przewrócił oczami, ale się zgodził. Poszliśmy kawałek w las, śnieg skrzypiał pod butami. Zatrzymywałam się co chwilę, patrzyłam na drzewa, robiłam zdjęcia. On robił zdjęcia sobie. Jedno za drugim. Twarz, profil, kaptur. Wrzucone na Instastory. Nawet mnie nie oznaczył. Zatrzymałam się na chwilę, patrząc na jego telefon. Nie wiedział, że patrzę. Przesuwał zdjęcia, wybierał filtr. Nie powiedział ani słowa o tym, że jesteśmy tu razem.
— Ładnie, prawda? — spróbowałam.
— Mhm — odpowiedział.
Wróciliśmy do domku. Zdjęłam kurtkę, odłożyłam czapkę, zaczęłam sprzątać w kuchni. Maciek usiadł na kanapie, znowu z telefonem. W pewnym momencie wybuchnął śmiechem, coś go rozbawiło. Spojrzałam na niego, stojąc z rękami w pianie.
— Przyjechaliśmy razem, ale czuję się tu kompletnie sama — powiedziałam, starając się, żeby głos mi nie zadrżał.
— Przestań dramatyzować. Po prostu odpoczywam — rzucił beznamiętnie.
— Odpoczywasz ode mnie?
Wzruszył ramionami i wrócił do telefonu.
Już się nie odzywałam. Umyłam talerze, wytarłam blat, poszłam do łazienki. Przez dłuższą chwilę siedziałam na brzegu wanny, oddychając powoli, żeby się nie rozpłakać. Wieczorem on zamówił pizzę. Ja nie byłam głodna. Leżałam na łóżku, patrząc w sufit. Kiedy wszedł z pudełkiem, rzucił krótkie „chcesz?”, ale nie czekał na odpowiedź. Zjadł sam, a potem znowu zniknął w ekranie.
Nocą długo nie mogłam zasnąć. Czułam mróz, który przesiąkał przez ściany, ale nie był tak dotkliwy jak jego obojętność. Przykryłam się po uszy, ale nawet to nie dawało ciepła. Oczy piekły od powstrzymywanych łez.
Zatrzasnęłam za sobą drzwi
Obudziłam się, bo kapało mi na twarz. Dosłownie – kropla po kropli. Z sufitu. Podniosłam się gwałtownie, spojrzałam w górę. Plama wilgoci się rozrosła, brudna, żółtawa, sączyła się jakby całą noc czekała, żeby mi przypomnieć, gdzie jestem. Maciek spał jak zabity. Kołdra zsunęła mu się na podłogę, a on oddychał ciężko, z rozchylonymi ustami. Wyglądał... obco. Patrzyłam na niego i czułam tylko pustkę. Nic we mnie nie drgnęło. Żadnej czułości, żadnego żalu. Tylko bezsilna złość.
Założyłam kurtkę na piżamę. Bez słowa wyszłam. Śnieg sypał się z nieba, wiatr szczypał w policzki, ale przynajmniej tam, na zewnątrz, nie było tego ciężkiego zapachu stęchlizny, który tkwił w każdej ścianie domku. Drewno przy drzwiach było spleśniałe, kaloryfer w kuchni zimny. I nikt, absolutnie nikt, nie uznał tego za problem. Ruszyłam w górę szlakiem, który dzień wcześniej oglądałam na mapie. Pusto, cicho, śnieg gęsty, świeży, lepki. Idąc, nie czułam nóg ani rąk. Tylko w środku wszystko było jeszcze bardziej zamrożone niż to, co miałam na zewnątrz. Myśli waliły się jedna po drugiej, jakby pękały lody.
Kiedy dotarłam do przewróconego pnia, usiadłam. Wcisnęłam twarz w rękaw kurtki i pękłam. Łzy leciały tak szybko, jakbym tłumiła je przez całą jesień. W głowie widziałam nasze pierwsze spotkania. Gdy mówił, że jeszcze nigdy z nikim tak nie rozmawiał. Gdy pisał po nocy, że tęskni. Gdy mówił, że „miłość to decyzja”. Decyzja? Jeśli to była decyzja, to kiedy właściwie ją cofnął? Bo ja byłam nadal w tym wszystkim. Tylko teraz już sama. Zasłużyłam na więcej. Nie na kwiaty, nie na jakieś wielkie gest, a na to, żeby ktoś zauważył, że gasnę. Że jestem. Że się staram. Tyle.
Wróciłam do domku cała przemoczona. Śnieg stopniał na spodniach, kurtka wciągnęła wilgoć. Maciek leżał na kanapie, z telefonem przed twarzą. Spojrzał na mnie zaspanym wzrokiem.
— Ej, co robisz? — zapytał, kiedy zaczęłam pakować rzeczy.
— Wracam do domu. Sama.
— Ale... serio?
Zamknęłam walizkę, odpięłam kurtkę z wieszaka. Odwróciłam się do niego, stojąc już w drzwiach.
— Tak. Bo na dworze jest cieplej niż tu, z tobą.
Zatrzasnęłam za sobą drzwi. Nie wybiegł za mną, nie próbował zatrzymać. Nawet nie podniósł się z tej zapchlonej kanapy.
Nawet nie próbował
Szłam drogą w śniegu, a każdy krok był cięższy od poprzedniego. Walizka ciągnęła się za mną jak symbol wszystkiego, co ze sobą niosłam: zawiedzionych nadziei, głupich złudzeń, jego chłodu. Śnieg był gęsty, droga nierówna, ale nie zatrzymywałam się. Właściwie nie chciałam nawet wracać. Chciałam tylko iść.
Na pierwszym przystanku wsiadłam do rozklekotanego busa. Siedziałam z tyłu, obok chłopaka z nartami, który coś przegryzał, nie zwracając na mnie uwagi. I dobrze. Nie miałam siły na rozmowy, spojrzenia, żadne kłopotliwe pytania. Przesiadka na drugi bus, a potem był dworzec. Ciepła herbata za pięć złotych smakowała jak luksus. Siedziałam na plastikowym krześle, przy brudnym oknie i gapiłam się na ludzi. Nikt się nie spieszył. Każdy dokądś jechał.
Zaczęłam liczyć, ile razy coś ignorowałam. Gdy nie odpisał, bo miał dużo pracy. Gdy zlekceważył moje urodziny, bo zapomniał. Gdy przestał się interesować tym, co mówię, co czuję, co robię. Za każdym razem tłumaczyłam to sama przed sobą: zrozumieniem, troską, pokorą. A przecież wystarczyło spojrzeć prawdzie w oczy — nie chodziło o to, że jestem zbyt wrażliwa. Chodziło o to, że on miał mnie gdzieś.
Nie bolało to, że mnie nie kochał, a to, że nawet nie próbował. Nie widział mnie. Przechodził obok. Jadł, spał, przewijał ekran telefonu, kiedy obok siedziałam i milczałam. Bo już nie miałam siły mówić. Może lepiej marznąć na dworcu niż przy kimś, kto nie widzi, że się rozpadasz. Przynajmniej tu wiem, że jestem sama. A tam musiałam się tego domyślać.
Zamknęłam oczy
Wróciłam do mieszkania późnym wieczorem. Walizka uderzyła o próg, potem o nogę od szafki. Zostawiłam ją w przedpokoju, nie rozpakowywałam. Nie było czego. Te rzeczy nie miały już znaczenia. W kuchni nadal stał kubek po porannej kawie, którą piłam przed wyjazdem. Zaschnięta herbata na ściankach, łyżeczka utopiona na dnie. Wszystko było dokładnie tak, jak to zostawiłam. Tylko ja wróciłam inna.
Usiadłam na łóżku. Nie płakałam. Nie miałam na to siły. Patrzyłam w ciemny ekran telefonu. Był pusty. Zero powiadomień. Zero wiadomości. Nie dostałam nic od Maćka. Nie napisał. I może dobrze. Bo co miałby napisać? Nawet gdyby o coś zapytał, nie miałabym już w sobie miejsca na te pytania. Już wszystko zostało powiedziane. A raczej: wszystko, co miał do powiedzenia, zostało przemilczane.
Zamknęłam oczy. W głowie miałam ciszę. Nie ulgę, nie spokój, tylko właśnie ciszę. W niej było miejsce tylko na jedno: muszę się sobą zająć. Sama. Nie dla kogoś. Nie na pokaz. Po prostu dla siebie. Bo nikt inny tego nie zrobi. Nastawiłam budzik. Jutro trzeba było wstać. Życie nie poczeka. Nawet jeśli komuś wydaje się, że może się zatrzymać tylko dlatego, że on akurat nie ma ochoty się w nim pojawić.
Karolina, 22 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Sąsiad pocałował mnie, gdy odśnieżałam auto. Moje zasady moralne zaczęły topnieć szybciej niż śnieg”
- „Myślałam, że z teściową nadajemy na tych samych falach. Wystarczyło 1 zdanie, abym szybko odkryła jej prawdziwą twarz”
- „Zamiast życzeń na Dzień Babci usłyszałam od wnuków słowa pogardy. Wstydzą się mnie, bo w moim portfelu jest pustka”

