„Płakałam, gdy syn się wyprowadził. Na pewno nie znajdzie takiej kobiety, która będzie mu smażyć schabowe co niedzielę”
„Wynajął kawalerkę dwa bloki dalej. I całe szczęście! Mogłam wpaść do niego, posprzątać, poprasować, zapełnić lodówkę. Inaczej chodziłby głodny i wyglądał jak bezdomny”.

Jeszcze nie mogę ochłonąć po awanturze z bratem. Co to on wykrzykiwał? Że wychowałam Arka na maminsynka, że przeze mnie nie radzi sobie w życiu i jest skazany na porażki. Dlatego on nie będzie wyrzucał pieniędzy w błoto. Jak on śmiał tak w ogóle powiedzieć?! Przyznaję, Arek zawsze był moim oczkiem w głowie.
Gdy się urodził, uznałam go za cud
Lekarze nie dawali mi szans na macierzyństwo. Twierdzili, że nie donoszę żadnej ciąży. Byłam zrozpaczona, ale się nie poddawałam. Szukałam pomocy u specjalistów w innych miastach, odwiedzałam znanych znachorów i cudotwórców. I proszę! Donosiłam i urodziłam najpiękniejszego synka na świecie. Gdy po raz pierwszy go zobaczyłam, oblała mnie niewyobrażalna fala miłości. Był moim największym skarbem, jedynym szczęściem. Jego tatuś nie pobył z nami zbyt długo. Gdy Arek przyszedł na świat, był bardzo zadowolony i dumny. Ale po kilku miesiącach jego entuzjazm osłabł.
Twierdził, że maluch przesłonił mi świat, że o niego już nie dbam. Jak można być zazdrosnym o własne dziecko? Egoista! Gdy więc któregoś dnia spakował walizki i oświadczył, że odchodzi, specjalnie się nie przejęłam. Miałam już dość tego marudzenia. Obiecałam mu rozwód, ale pod warunkiem, że będzie płacił na syna wysokie alimenty. Bo po urlopie macierzyńskim chciałam iść na wychowawczy. Zgodził się bez problemu i trzeba przyznać, dotrzymał słowa. Nie zmieniło się to nawet wtedy, gdy założył nową rodzinę. No tak, mój były mąż na ojca się może nie nadawał, ale honorowy, trzeba przyznać, był.
W dzieciństwie Arek często chorował
Wystarczyło, że pobawił się trochę na dworze, a już miał katar i kaszel. Gdy widziałam, jak się biedaczek męczy, ze zmartwienia nie mogłam spać. Robiłam więc wszystko, by uchronić go przed infekcjami. Sprawdzałam, czy ma zawsze zapięta kurteczkę, wkładałam na główkę dwie czapeczki, na szyjce zawiązywałam gruby szalik. I nie wypuszczałam na plac zabaw, gdy było zbyt chłodno. A i tak wiecznie siedzieliśmy u lekarza…
Któregoś dnia, w czasie kolejnej wizyty, zapytałam, dlaczego synek tak często choruje. A lekarz na to, że to moja wina. Bo za bardzo dmucham i chucham na dziecko. Gdy to usłyszałam, chwyciłam Areczka i wyszłam, trzaskając drzwiami. Więcej do tego konowała nie poszłam. Od tamtej pory chodziliśmy już tylko do prywatnej przychodni. Owszem, musiałam płacić za wizyty, ale przynajmniej nikt nie opowiadał głupot. Nie tylko zdrowie Arka przysparzało mi zmartwień. Synek był strasznym niejadkiem. Podsuwałam mu pod nos same wspaniałości. Biegałam na bazarek, żeby wszystko miał świeżutkie. Gotowałam, przecierałam, starałam się, żeby potrawy wyglądały apetycznie i kolorowo. A on nie i nie. Rozrzucał jedzenie po całej kuchni, walił sztućcami w talerz, pluł, płakał. Inna matka może straciłaby cierpliwość. Ale nie ja!
Przez 4 lata karmiłam go łyżeczką
Zagadywałam, śpiewałam piosenki. Byle tylko coś przełknął. Trwało to czasem ponad godzinę. Wszyscy wokół mówili, że przesadzam, śmiali się ze mnie, ale co miałam zrobić? Pozwolić, żeby chodził głodny? Zresztą, gdy w końcu wróciłam do pracy i posłałam synka do przedszkola, nauczył się samodzielnie jeść. Na wszystko przychodzi odpowiedni czas.
Potem, gdy Areczek poszedł już do podstawówki, też nie mogłam odetchnąć spokojniej. Bałam się, czy nic mu się nie stanie. Dzieciaki, nawet małe, bywają okrutne. Znęcają się nad słabszymi, zaczepiają, nawet biją. A synek był przecież taki delikatny. No więc choć mieszkaliśmy prawie obok szkoły, do końca szóstej klasy zaprowadzałam go na lekcje, a po pracy odbierałam ze świetlicy…
Fakt, Areczek był troszkę niezadowolony, że go tam posyłam, twierdził, że koledzy się z niego śmieją, ale szybko wytłumaczyłam mu, że robię to dla jego dobra. Zrozumiał, bo czekał grzecznie, aż się pojawię. Dopiero w gimnazjum dałam mu trochę więcej swobody. Ale ile mnie to kosztowało! Zawsze jednak pilnowałam, by nie zadawał się z byle kim, nie włóczył po osiedlu, nie chadzał na jakieś tam imprezy. Po co? Nic dobrego z tego nie wychodzi! Narkotyki, przypadkowy seks, alkohol…
Nasłuchałam się o tym w pracy od koleżanek. Niejedna morze łez wylała przez wybryki swojej nastoletniej pociechy. Mnie to na szczęście ominęło.
Arek nie był specjalnie towarzyski
Owszem, w liceum miał dwóch czy trzech kolegów, ale najchętniej spędzał czas przed komputerem. Tak go to wciągnęło, że nawet studia informatyczne skończył. Był jednym z najlepszych na roku! Gdy przyniósł dyplom do domu, pękałam z dumy! Kiedy syn skończył studia, jeden z moich znajomych załatwił mu pracę w zachodniej firmie. To właśnie wtedy postanowił wynająć mieszkanie. Tłumaczyłam, że ze mną na razie będzie mu lepiej i wygodniej, ale nie dał się przekonać. Stwierdził, że jest dorosły i chce zacząć samodzielne życie. Tak naciskał, tak prosił, że w końcu skapitulowałam. Ale uparłam się, żeby zamieszkał na tym samym osiedlu. Wynajął kawalerkę dwa bloki dalej. I całe szczęście!
Mogłam wpaść do niego, posprzątać, poprasować, zapełnić lodówkę. Inaczej chodziłby głodny i wyglądał jak bezdomny. Może gdyby poznał odpowiednią dziewczynę, to nie musiałabym tak często go odwiedzać. Ale trafiały mu się same dziwadła! Ładne były, nie powiem. Ale zapatrzone w siebie, myślące tylko o karierze i własnych potrzebach. Wiem, bo ze wszystkimi rozmawiałam i po każdej rozmowie przybywało mi siwych włosów. Szczęśliwie te związki nie trwały długo. Dziwadła po kolei znikały z życia mojego syna, a ja oddychałam z ulgą. Oczywiście chcę, żeby Areczek się ożenił, ale z kobietą, która będzie umiała się odpowiednio nim zająć. Ciepłą, opiekuńczą, grzeczną. Inna go nie dostanie. No, chyba że po moim trupie. Ale wracając do tej pracy w zachodniej firmie...
Arek zbyt długo nie zagrzał tam miejsca
Owszem, zarabiał nieźle, ale płacił za to wysoką cenę! Harował od świtu do nocy. W umowie miał napisane osiem godzin dziennie, a kazali mu zostawać nawet po dziesięć. I jeszcze ci jego współpracownicy! Kompletnie go ignorowali. Pewnie z zazdrości, że nie mają takich umiejętności i zdolności jak on. Tłumaczyłam mu, żeby się tym nie przejmował, ale mój syn jest taki wrażliwy! Chodził markotny, załamany, do tego ciągle zmęczony i niewyspany. Nie byłam zdziwiona, że nie wytrzymał i odszedł. Potem moja przyjaciółka załatwiła mu miejsce w banku. Wcale nie było lepiej. W nocy go potrafili z łóżka ściągnąć, bo im się coś tam w systemie popsuło. Biedaczek…
Całą dobę musiał być pod telefonem. I pędzić na łeb, na szyję na każde wezwanie. Tak przecież nie da się żyć! Sama go namówiłam, żeby się zwolnił! Wzięłam sprawy w swoje ręce i znalazłam mu posadę w państwowej instytucji. Wydawało mi się, że tam jest milej i spokojniej. I prawa pracy przestrzegają. I co? I okazało się, że to takie samo bagno jak te wszystkie firmy prywatne. A nawet większe, bo nie dość, że człowiekiem pomiatają, to płacą marne grosze. Syn dotrwał więc tylko do końca okresu próbnego i pomachał im na pożegnanie. Potem jeszcze coś tam robił w jednym miejscu, ale też nie potrafił się odnaleźć.
Teraz od 3 miesięcy jest bezrobotny
Wrócił do mnie, bo nie stać go już na wynajęcie mieszkania. Oczywiście nie mam nic przeciwko temu, ale chciałabym, żeby zarabiał jakieś pieniądze. Martwię się o jego przyszłość. Na razie mogę go jeszcze utrzymywać, bo mam przyzwoitą emeryturę i oszczędności, ale jak się skończą… Wtedy na pewno będzie ciężko. Tymczasem syn nie chce już nawet słyszeć o pracy dla kogoś. Twierdzi, że nie pozwoli się więcej wykorzystywać, że dość się już namęczył. I chce założyć własną firmę informatyczną. Tylko potrzebuje pieniędzy na wynajęcie lokalu i sprzęt.
To właśnie dlatego poszłam wczoraj do brata. Miałam nadzieję, że sięgnie do kieszeni i da albo chociaż pożyczy siostrzeńcowi parę groszy na początek. Zwłaszcza że świetnie mu się powodzi. A on co? Wyjechał z tym maminsynkiem i wyrzucaniem pieniędzy w błoto. Tak się zdenerwowałam, że wygarnęłam, co o nim myślę, i wybiegłam, trzaskając drzwiami. Więcej się do niego nie odezwę. Tylko jak teraz mam pomóc Areczkowi? Może pożyczkę w banku wezmę? Nie mogę przecież zostawić dziecka na lodzie… Jaka matka odwróciłaby się od jedynego syna?
Maria, 62 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mama miała rację, że pierwszy mąż jest jak naleśnik i rzadko się udaje. Pół roku po ślubie byłam już rozwódką”
- „Syn oskarżał mnie o rozbicie rodziny, a ojca traktował jak bohatera. Wystarczył jeden wyjazd, by przejrzał na oczy”
- „Gdy dostałem w spadku dom po wuju, rodzina się na mnie obraziła. Myślą, że trafiłem na żyłę złota, a to ruina do remontu”

