To był nasz pierwszy rok na swoim, pierwsza wigilia i święta z całą rodziną. Takie, o jakich zawsze marzyłam – przy starym, dębowym stole po babci, wokół którego zebrali się wszyscy nasi bliscy.

WIDEO

player placeholder

Kilka tygodni później znowu starannie nakryłam stół białym obrusem, ustawiłam na nim krzyż, dwa posrebrzane lichtarze z długimi świecami, spodeczek z wodą święconą. Chciałam, żeby było elegancko, a jednocześnie swojsko. Za chwilę po raz pierwszy miał zawitać do naszego domu ksiądz z wizytą duszpasterską.

W mojej rodzinie zawsze przywiązywało się dużą wagę do kolędy, rodzice nie wyobrażali sobie, że można szczęśliwie i godnie żyć w domu, którego kapłan nie poświęcił i nie pobłogosławił na następny rok. Aby się darzyło wszystkim – ludziom i zwierzętom w obejściu, a także w sadzie i ogrodzie.

Zobacz także:

To było dla nas ważne

Wyszłam za mąż za chłopaka z robotniczej miejskiej rodziny i poszłam, jak to się u nas na wsi mówiło, za nim do miasta. Przez pierwsze dwa lata mieszkaliśmy u rodziców Pawła w maleńkim pokoiku, gdzie dwoje ludzi już robiło tłok. Pracowaliśmy ciężko, każdy grosz odkładając na wymarzone mieszkanie. I wreszcie nam się udało – jesienią zeszłego roku przeprowadziliśmy się do naszej własnej kawalerki. W ostatniej chwili, bo w karnawale miał przyjść na świat nasz pierworodny.

Toteż ta pierwsza wizyta księdza z kolędą miała dla nas podwójne znaczenie. Chcieliśmy poprosić o błogosławieństwo także i dla mającego się wkrótce narodzić synka.

– Ładnie to zrobiłaś – mąż cmoknął mnie w policzek, patrząc na przystrojony stół. – Jak te świece się zapali, będzie tu tak… – zająknął się, szukając odpowiedniego słowa. – No tak uroczyście.

– Tak jak być powinno – skinęłam głową i popatrzyłam na niego z uwagą. – Tylko nie wiem, ile włożyć do koperty, u nas na wsi, to…

– Ile włożymy, tyle będzie dobrze – przerwał mi Paweł. – Przecież tu nie o pieniądze chodzi.

– Ale księdza trzeba godnie przyjąć i podziękować za kolędę, właśnie pieniędzmi – tłumaczyłam. – U nas w wiosce ksiądz bardzo patrzył, ile kto daje, nawet zaglądał do koperty, zanim ją schował.

– Chyba żartujesz – mąż pokręcił głową. – Przecież wiadomo, że nie wszyscy mają pieniądze, a takie zaglądanie upokarza tego, który mniej daje, bo nie stać go na więcej.

Spieraliśmy się na temat koperty jeszcze przez chwilę, w końcu włożyliśmy do niej tyle, ile uznaliśmy za stosowne. I ile mogliśmy, bez uszczerbku dla naszego skromnego domowego budżetu.

Byłam ciekawa tego księdza

Oczekiwałam na przyjście księdza trochę z duszą na ramieniu. Nie znałam dobrze duchownych z naszej nowej parafii – jedynie z niedzielnych mszy świętych. Do nas miał przyjść ksiądz Krzysztof, dobrze już w latach posunięty, ale zażywny, energiczny, wyglądający na stanowczego człowieka. A jeżeli nie będzie zadowolony z pieniędzy w kopercie, pomyśli, że mu skąpimy i to już przy pierwszej wizycie? Jeszcze gotów powiedzieć nam coś przykrego albo nie dać obrazka, jak to kiedyś zrobił wikary u nas na wsi…

Okazało się jednak, że niepotrzebnie się zamartwiałam. Gdy już się pomodliliśmy, ksiądz pokropił nas i nasze mieszkanie, a potem uśmiechnął się ciepło.

– Widzę, że przybędzie nam nowy parafianin – spojrzał wymownie na mój brzuch. – Wiecie już, co się wam urodzi?

– Synek – odparłam z dumą. – Pod koniec marca.

– O, to zuch chłopak będzie, na schwał, bo to Baran, jak i ja – roześmiał się. – A Barany silne są, wystarczy na mnie popatrzeć, niedługo będzie czterdzieści lat, jak w służbie u Najwyższego jestem.

– To prawda – pokręciłam głową z uznaniem. – Ale zapraszamy do stołu, może herbaty ksiądz się napije? Szarlotkę upiekłam…

– A chętnie z młodymi gospodarzami na chwilkę usiądę, pogwarzę – umościł się wygodnie w fotelu. – A ciasta nie odmówię, łasuch ze mnie wielki, chociaż to grzech jest, a i lekarz narzeka na mój podwyższony cukier – westchnął. – Ale nachodziłem się dzisiaj, zimno takie, to usprawiedliwiony jestem.

Nie chciał od nas pieniędzy

Gdy weszłam po chwili do pokoju z herbatą i ciastem, Paweł akurat podawał księdzu kopertę z kolędą. Ten jednak potrząsnął głową z uśmiechem.

– Ja jestem z tych, co nie biorą – powiedział żartobliwie.

– Ale dlaczego, przecież z serca dajemy? – odparł zdziwiony mąż

– To na tacę w kościele połóżcie albo do skrzynki z ofiarą dla ubogich, jak taka wasza wola.

Pomyślałam, że to chyba nietypowe, żeby ksiądz nie brał pieniędzy podczas kolędy, nigdy o czymś takim nie słyszałam, ale nie śmiałam powiedzieć tego głośno. Tymczasem ojciec Krzysztof położył na talerzyk od razu dwa kawałki ciasta, zupełnie się nie krępując, jakby był u siebie w domu. A potem zaczął opowiadać…

Opowiedział nam ciekawą historię

Opowiedział o tym, jak przed laty był w parafii, w małym biednym miasteczku, gdzie co druga rodzina żyła z zasiłku z pomocy społecznej. Chodził wtedy po raz pierwszy z kolędą i napatrzył się na biedę. I głupio mu było brać te koperty, wiedząc, że do nich nierzadko ostatnie pieniądze są włożone. Próbował nawet odmawiać, ale honorowi ludzie nawet słyszeć o tym nie chcieli, wciskali mu kopertę tak długo, dopóki jej nie schował. A on sam wtedy jeszcze nie umiał odmawiać zbyt stanowczo. Dopiero, gdy zaszedł tamtego wieczoru do małej, nędznie wyglądającej nawet w ulicznym świetle, kamienicy…

– Wiecie, wtedy o domofonach nikt jeszcze nie słyszał, więc wszedłem z chłopakami na piętro, stukamy w pierwsze drzwi, śpiewamy kolędę – opowiadał ksiądz. – Długo nikt nie otwierał, ale ministranci mieli zaznaczone, że ta rodzina zgodziła się przyjąć kapłana z wizytą, więc odczekaliśmy jeszcze chwilę – zamilkł i uśmiechnął się do swoich wspomnień. – Wreszcie drzwi się uchyliły, łypnął z nich wystraszonym okiem może sześcioletni berbeć, więc spytałem, czy jest ktoś dorosły w domu. A on na to, że mama w szpitalu, a ojciec do sklepu poszedł.

Wtedy spytałem, czy wie, kiedy tata wróci z tego sklepu, bo może bym do nich zajrzał, jak będę schodził z góry… – ksiądz Krzysztof roześmiał się głośno, potrząsając głową. – Wiecie, jak sobie przypomnę, co ten mały wtedy zrobił, to do dzisiaj wesołość mnie bierze.

Nie mogliśmy doczekać się finału

Odkroił widelczykiem spory kawałek ciasta i włożył sobie do ust.

– A cóż takiego? – spojrzałam na niego zdziwiona.

– Odwrócił się na pięcie i krzyknął w głąb mieszkania: tato, bo ksiądz się pyta, kiedy ty wrócisz ze sklepu – śmiał się ksiądz – ale natychmiast spojrzał na mnie jeszcze bardziej wystraszony i zostawiając otwarte drzwi, pognał do środka. No to ja nie namyślając się długo, wszedłem za nim. Patrzę, a tam w pokoju mężczyzna na tapczanie pije piwo. Zerwał się na mój widok, zaczął tłumaczyć, że kobieta mu rano urodziła drugiego syna, a u nich bieda, bo on tylko dorywczo pracuje…

Na kolędę pieniądze miał, żona zostawiła, ale on z tej radości, że znowu syn mu się urodził, postawił kolegom. Potem wstyd mu było mnie tak przyjąć i koperty nie dać, wstyd mu było tej biedy w domu, to kazał małemu powiedzieć, że poszedł do sklepu…

Pośmialiśmy się przez chwilę, pożartowaliśmy, ale twarz księdza Krzysztofa szybko spoważniała.

– Wiecie, jak tak się rozejrzałem po tym mieszkaniu, to biednie tam strasznie było, ani jednego porządnego stołka nawet, a przecież dziecko się im urodziło – pokiwał głową.

Kontynuował dalej.

– No to zaszedłem tam do nich za kilka dni, jak już matka z dzieciaczkiem ze szpitala wróciła, zaniosłem jej trochę pieniędzy z tej kolędy, co zebrałem, żeby miała chociaż na wyprawkę. Ten jej chłop to całkiem nawet porządny był, tylko że bieda ich przycisnęła, a wiadomo, że na nędzę to procenty często lekarstwem są. Ale wkrótce znalazł przyzwoitą robotę i powoli zaczęli stawać na nogi. Ten mały, co to mi tak nakłamał, długie lata był potem u mnie ministrantem. Niezłą wtedy lekcję pokory dostałem – pokiwał głową ksiądz – i od tamtej pory nie biorę kopert od moich parafian. Coroczne błogosławieństwo dla ich domów to mój duchowy obowiązek, który nie ma ceny.

Ksiądz Krzysztof już wyszedł, a my z mężem jeszcze przez dłuższą chwilę myśleliśmy nad jego opowieścią.

– I co zrobimy z naszą kopertą? – spytał wreszcie Paweł.

– Najlepiej będzie, jak te pieniądze jutro włożymy w kościele do skarbonki na ofiarę dla biednych – odparłam bez namysłu. – Myślę, że tam się najbardziej przydadzą.

Czytaj także: „W tamtym roku zrobiłam wigilię last minute. Bratowa przywiozła tylko puste pojemniki, by mieć w co zapakować jedzenie”
„Teściowa robi listy prezentów, a w nich perfumy po 600 zł. Myśli, że wolę wydać kasę na nią, niż na własne dzieci?”
„Znajomi wymyślili, że wezmą ślub w Boże Narodzenie. Nie rozumieją, że wolę spędzać ten czas z rodziną”