„Pieniądze po teściu miały ułatwić nam życie, a wszystko zniszczyły. Przez tę kasę panuje między nami siarczysty mróz”
„Mijały tygodnie, a budowa nie ruszała, mimo że deweloper zapewniał, że lada dzień wjadą koparki. Co kilka dni Marta dzwoniła do niego – odbierał rzadziej, za każdym razem z nową wymówką. Raz mówił o problemach z wykonawcą, innym razem o przeciągających się decyzjach w urzędzie”.

Nigdy nie sądziliśmy, że nasza przyszłość może się zmienić w jednej chwili. Kiedy zmarł teść, byliśmy w szoku – choć od dawna chorował, jego odejście przyszło nagle. Tuż po pogrzebie dowiedzieliśmy się, że zostawił nam spory spadek. Stary dom w dobrej lokalizacji, działka i trochę oszczędności na koncie. Brzmiało to jak cud zesłany z nieba. Marzyliśmy już o remontach, nowych samochodach, wakacjach życia. W głowach kręciły się plany, których wcześniej nawet nie śmieliśmy wypowiedzieć na głos. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że ta bajka skończy się dla nas prawdziwym dramatem.
Testament jak z bajki
– No i co tam napisał? – zapytała Marta, nerwowo bawiąc się łańcuszkiem na szyi.
Siedzieliśmy przy stole w notarialnym gabinecie, a naprzeciw nas – elegancka kobieta z grubymi okularami i chłodnym spojrzeniem. Czytała głośno ostatnią wolę teścia, jakby to był po prostu kolejny papier do przeprocesowania.
– Całość majątku, w tym nieruchomości, środki finansowe oraz ruchomości, zapisuję mojej córce Marcie oraz jej mężowi, Arturowi – przeczytała.
Spojrzeliśmy na siebie z niedowierzaniem. Nie spodziewaliśmy się aż tak hojnego gestu. Teść był oszczędny, a nawet surowy. Przez lata powtarzał, że nie zamierza „rozdawać pieniędzy za życia, bo nie wie, kto go przeżyje”. A jednak – zostawił nam dom na przedmieściach, działkę i trochę gotówki.
– No to chyba ktoś tu właśnie został bogaty – szepnęła mi do ucha Marta, uśmiechając się szeroko.
Ja też się uśmiechnąłem. Po raz pierwszy od miesięcy poczułem ulgę. Kredyty nas przygniatały, firma ledwo zipała, a tu – taka niespodzianka. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że z tym domem dostaliśmy w pakiecie coś więcej – długi, problemy i coś, co miało nas wystawić na najcięższą próbę.
Za dobre, by było prawdziwe
Pierwsze dni po odczytaniu testamentu były jak sen. Marta przeglądała katalogi z wyposażeniem wnętrz, ja wyobrażałem sobie, jak w końcu zamykam firmę i zaczynam robić coś na spokojnie. Może pensjonat, może kawiarnię. Z teściem nie zawsze było łatwo, ale teraz wydawało się, że zostawił nam przepustkę do lepszego życia.
Pierwszy niepokój pojawił się, kiedy poszliśmy obejrzeć dom. Stał na uboczu, zaniedbany, z odpadającym tynkiem i dziurą w dachu. Marta jeszcze próbowała żartować, że ma potencjał, ale mnie mina już zrzedła. W środku było jeszcze gorzej – wilgoć, grzyb, porozrzucane papiery.
– To się wszystko wyremontuje – powiedziała Marta, z determinacją w oczach.
Kiwnąłem głową. Chciałem wierzyć, że to drobnostki. Kilka dni później przyszło pierwsze pismo – zaległości podatkowe za działkę. Potem kolejne – zaległy czynsz za media, wezwanie do zapłaty za remont dachu, który kiedyś zlecił teść, ale nigdy nie opłacił faktury.
– To na pewno pomyłka – próbowałem się uspokajać.
Nie wiedziałem jeszcze, że to dopiero początek. Każdy kolejny dzień odkrywał przed nami coś nowego. Nie majątek – lecz dziurę bez dna, którą ktoś starannie przykrył ładnym testamentem.
Inwestycja życia była pułapką
– Spokojnie, przecież mamy działkę. Sprzedamy ją, spłacimy zobowiązania, a resztę zainwestujemy – przekonywała mnie Marta, kiedy wieczorami siedzieliśmy nad stertą rachunków i wezwań. Miała w sobie jeszcze resztki optymizmu, których mnie już brakowało.
Zgodziłem się. Wystawiliśmy działkę na sprzedaż. Zainteresowanie było spore – miejsce dobre, media doprowadzone, plany zagospodarowania korzystne. Po miesiącu zadzwonił pewien elegancki mężczyzna. Przedstawił się jako inwestor. Mówił konkretnie, znał temat, oferował dobrą cenę.
– Kupię działkę, ale mam propozycję – powiedział przy drugim spotkaniu. – Zamiast gotówki, dostaniecie państwo cztery mieszkania w bloku, który tam postawię. Każde warte więcej niż sama działka. Zyskacie na tym, i to sporo.
Początkowo byłem sceptyczny. Marta – wręcz odwrotnie. Już widziała, jak wynajmujemy mieszkania, zarabiamy co miesiąc bez kiwnięcia palcem. Uległem. Podpisaliśmy umowę, przepisaliśmy ziemię. Deweloper przelał nam zaliczkę i zniknął na kilka tygodni. Tłumaczył się papierologią, pozwoleniami, formalnościami. My w tym czasie zdążyliśmy już wydać większość zaliczki na spłatę długów teścia. Byliśmy przekonani, że trafiliśmy na złoty interes. Tymczasem właśnie oddaliśmy ostatnią rzecz, która miała realną wartość.
Zimny prysznic
Mijały tygodnie, a budowa nie ruszała. Na działce rosły tylko chwasty, mimo że deweloper zapewniał, że lada dzień wjadą koparki. Co kilka dni Marta dzwoniła do niego – odbierał rzadziej, za każdym razem z nową wymówką. Raz mówił o problemach z wykonawcą, innym razem o przeciągających się decyzjach w urzędzie.
– Przecież mamy umowę, to nas zabezpiecza – powtarzała Marta.
Sam siebie próbowałem tym pocieszać, ale coś mnie gryzło. Poprosiłem znajomego prawnika, by rzucił okiem na dokumenty. Po godzinie rozmowy z nim już wiedziałem, że jesteśmy w czarnej dziurze.
– Ta umowa nie daje wam niczego konkretnego – powiedział bez owijania. – Nie ma terminu rozpoczęcia budowy, nie ma kar umownych, nie macie zabezpieczeń. Oddaliście ziemię, a obietnica mieszkań to tylko deklaracja. W razie czego – pójdziecie do sądu, ale powodzenia. Takie sprawy ciągną się latami.
Marta siedziała na kanapie, blada jak ściana. Zobaczyła to samo co ja: daliśmy się nabrać. Z rąk wymknęła nam się i działka, i zaliczka. Nie mieliśmy już nic. A ja musiałem jeszcze spojrzeć jej w oczy i powiedzieć, że sam ją w to wszystko wciągnąłem.
Gorzka prawda
Z początku Marta nie mówiła nic. Chodziła po domu w milczeniu, robiła herbatę, prasowała coś, sprzątała – jakby nie chciała usiąść, bo wtedy wszystko by się rozsypało. Ja z kolei miałem ochotę rzucić czymś o ścianę. Na przemian obwiniałem siebie, teścia, Martę, los, system, wszystkich. W końcu nie wytrzymałem.
– Musimy coś zrobić – zacząłem, ale ona tylko spojrzała na mnie i pierwszy raz od lat zobaczyłem w jej oczach coś, co mnie przeraziło: obojętność.
– A co, Artur? Czego jeszcze nie oddaliśmy? Mieszkania? Sprzętu do lombardu? Może ostatnich nadziei?
– Marta…
– Zobacz, co zrobiliśmy. Zaufaliśmy facetowi, którego nie sprawdziliśmy. Uwierzyliśmy, że spadek to wygrana na loterii. Wiesz, czego mi najbardziej żal? Nie pieniędzy. Tego, że nie posłuchaliśmy intuicji. I że tyle razy mówiłam ci: może zacznijmy powoli, ostrożnie. Ale ty… zawsze chciałeś wszystko od razu.
Te słowa bolały bardziej niż jakiekolwiek przekleństwa. Wiedziałem, że ma rację. Że zgubiła nas nie tylko naiwność, ale też moja pycha. Marzenie o szybkim awansie społecznym. O bogactwie, które przyszło zbyt łatwo, by mogło być prawdziwe.
Mamy nauczkę na zawsze
Minęło kilka miesięcy. Żadna budowa nie ruszyła. Deweloper przestał odbierać telefony, biuro – zamknięte, strona internetowa zniknęła. Sprawa trafiła do prokuratury, ale byliśmy tylko jednymi z wielu poszkodowanych. Śledztwo ciągnie się do dziś, a my zostaliśmy bez działki, bez pieniędzy, bez złudzeń.
Sprzedaliśmy samochód. Przenieśliśmy się do mniejszego mieszkania – wynajmowanego, bo naszego już nie dało się utrzymać. Marta wróciła do pracy na etacie, ja próbuję znów rozkręcić coś drobnego – bez marzeń o wielkim biznesie. Cicho, ostrożnie, krok po kroku. Jak trzeba było od początku.
Nie rozmawiamy o spadku. Nie kłócimy się, ale coś między nami zgasło. Może jeszcze wróci – może nie. Dziś już niczego nie zakładam z góry.
Każdego dnia widzę, ile warta jest łatwa obietnica. Ile potrafi kosztować nasz własny entuzjazm, jeśli nie idzie za nim zdrowy rozsądek. Spadek po teściu miał być wybawieniem. Tymczasem okazał się sprawdzianem. Nie wyszliśmy z niego zwycięsko, ale może jeszcze kiedyś, z tych gruzów, zbudujemy coś lepszego.
Artur, 41 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałam do teściowej na Dzień Babci i straciłam głowę dla jej gościa. Teraz nie wiem, jak spojrzeć mężowi w oczy”
- „W mroźny dzień zacięłam się w windzie z sąsiadem. Weszliśmy jako obcy, a godzinę później znaliśmy się aż za dobrze”
- „Od świtu do nocy biegam z mopem w rękach, a mąż tylko siedzi na kanapie. Nie widzi, że cały dom jest na mojej głowie”

