„Pewnego dnia mój mąż wrócił odmieniony i pachniał waniliowymi perfumami. Nie potrafił mi spojrzeć w oczy i wyznać prawdy”
„Weszłam do środka. Dzwonek nad drzwiami zadźwięczał głośno, przerywając ich rozmowę. Artur odwrócił się gwałtownie. Kiedy mnie zobaczył, misa prawie wypadła mu z rąk. Zbladł tak bardzo, że bałam się, iż zemdleje”.

Wanilia zawsze kojarzyła mi się z domowym ciepłem, niedzielnym popołudniem i naszymi pierwszymi wspólnymi świętami, kiedy uczyliśmy się piec kruche ciasteczka. Jednak tamtego deszczowego wtorku ten słodki, intensywny zapach stał się dla mnie synonimem kłamstwa, które powoli, lecz skutecznie, zaczęło trawić fundamenty naszego piętnastoletniego małżeństwa. Patrzyłam na człowieka, z którym dzieliłam każdy sukces i każdą porażkę, i po raz pierwszy czułam, że stoi przede mną ktoś zupełnie obcy, ktoś, kto skrywa mroczny sekret tuż pod powierzchnią idealnie wyprasowanej koszuli.
Ten zapach nie dawał mi spokoju
Wszystko zaczęło się niepozornie, jak to zwykle bywa w historiach, które kończą się trzęsieniem ziemi. Czekałam na Artura z kolacją. Zupa stygła na stole, a wskazówki zegara niemiłosiernie przesuwały się w stronę godziny dwudziestej. Zazwyczaj wracał z biura punktualnie o siedemnastej trzydzieści. Był typem człowieka poukładanego, wręcz pedantycznego w swoim harmonogramie. Kiedy w końcu usłyszałam zgrzyt klucza w zamku, poczułam ulgę, która jednak natychmiast ustąpiła miejsca niepokojowi.
Wszedł do przedpokoju, ale nie przywitał mnie radosnym okrzykiem jak zwykle. Zamiast tego powoli odwieszał płaszcz, unikając mojego wzroku. Podeszłam, żeby go przytulić, i wtedy to poczułam. Intensywna, mdła, wręcz dusząca woń wanilii. To nie był zapach ciasta. To była tania, słodka perfuma, która osiadła na jego marynarce, koszuli, a nawet we włosach. Cofnęłam się odruchowo.
– Przepraszam, że tak późno – mruknął, wciąż patrząc w podłogę. – Korek na mieście. Coś strasznego.
– Korek? – zapytałam, starając się, by mój głos brzmiał naturalnie, choć serce waliło mi jak młotem. – O tej porze? I... co to za zapach?
Artur zesztywniał. Przez ułamek sekundy widziałam w jego oczach panikę, którą szybko przykrył maską zmęczenia.
– A, to... – machnął ręką lekceważąco. – Koleżanka z działu marketingu miała urodziny. Rozlała jakieś olejki zapachowe czy coś w tym stylu w windzie. Wszyscy tym przesiąkliśmy. Strasznie to męczące, muszę wziąć prysznic.
Wyminął mnie i poszedł prosto do łazienki. Stałam w korytarzu, wpatrując się w zamknięte drzwi, zza których po chwili dobiegł szum wody. Wiedziałam, że kłamie. Znałam go zbyt dobrze. Artur nigdy nie jeździł windą z działem marketingu, bo pracowali w innym skrzydle budynku. Poza tym, zapach był zbyt intensywny jak na przypadkowy kontakt w windzie. Pachniał tak, jakby spędził w oparach tej wanilii ostatnie kilka godzin.
Sąsiadka zasiała ziarno niepewności
Przez kolejne dni starałam się zachowywać normalnie, ale podejrzliwość zżerała mnie od środka. Artur wracał coraz później. Czasami pachniał wanilią, czasami cytrusami, a innym razem intensywną różą. Za każdym razem miał inną wymówkę: prezentacja nowych produktów klienta, awaria klimatyzacji w biurze, spotkanie w kawiarni. Jego telefon, który dawniej leżał swobodnie na stole, teraz był zawsze przy nim, z ekranem skierowanym do dołu. Zmienił nawet hasło, co zauważyłam, chcąc sprawdzić godzinę, gdy zostawił go na chwilę w kuchni.
Wtedy wtrąciła się pani Halinka, nasza sąsiadka z parteru. To typ kobiety, która wie wszystko o wszystkich, zanim oni sami zdadzą sobie z tego sprawę. Złapała mnie przy skrzynkach na listy.
– Pani Beatko, jak tam mąż? – zapytała z tym specyficznym uśmieszkiem, który zwiastował kłopoty. – Widziałam go wczoraj w centrum, koło południa.
– W centrum? – zdziwiłam się. – Artur pracuje na Mokotowie. Pewnie miał spotkanie.
– Ach, spotkanie... – Halinka pokiwała głową z udawanym zrozumieniem. – Pewnie tak. Wchodził do takiej starej kamienicy, wie pani, tam gdzie są te małe sklepiki. I nie był sam. Jakaś młoda osóbka mu towarzyszyła. Blondynka, bardzo ładna. Śmiali się.
Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Artur mówił, że wczoraj cały dzień siedział nad raportami.
– To na pewno koleżanka z pracy – rzuciłam szybko, chcąc uciąć rozmowę, zanim się rozpłaczę.
Wróciłam do mieszkania, trzęsąc się z nerwów. Młoda blondynka. Kamienica. Śmiech. I te zapachy. Wszystko układało się w jedną, bolesną całość. Mój mąż, mój Artur, miał romans. I to taki, w którym nie dbał nawet o dyskrecję, paradując z kochanką w środku dnia. Czułam się upokorzona. Spojrzałam w lustro. Zobaczyłam w nim zmęczoną kobietę, która ostatnio zaniedbała fryzjera i rzadko kupowała sobie nowe ubrania, bo oszczędzaliśmy na remont domku letniskowego. Czy to dlatego? Czy przestałam mu wystarczać?
Moje prywatne śledztwo
Zdecydowałam, że nie będę dłużej żyć w niepewności. Musiałam poznać prawdę, jakkolwiek brutalna by ona nie była. Następnego dnia wzięłam urlop na żądanie. Artur wyszedł rano jak zwykle, w garniturze, z teczką w ręku. Pocałował mnie w policzek – chłodno, rutynowo – i ruszył do windy. Odczekałam trzy minuty i pojechałam za nim.
Nie miałam samochodu, więc zamówiłam taksówkę, prosząc kierowcę, by trzymał się w bezpiecznej odległości od jego srebrnego sedana. Moje serce biło jak szalone, dłonie pociły się, a w głowie układałam scenariusze konfrontacji. Czy powinnam zrobić awanturę na ulicy? Czy zachować godność i zażądać rozwodu w domu?
Artur wcale nie pojechał w stronę biurowców na Mokotowie. Skręcił na Pragę. Zaparkował w bocznej uliczce, w dzielnicy, która lata świetności miała już dawno za sobą, ale teraz powoli odżywała dzięki artystom i małym rzemieślnikom. Wysiadł z auta. Zamiast wejść do nowoczesnego biurowca, skierował się do odrapanej bramy starej kamienicy – dokładnie tak, jak mówiła sąsiadka.
Wysiadłam z taksówki i ruszyłam za nim, chowając się za zaparkowanymi samochodami. Artur zdjął marynarkę, przewiesił ją przez ramię i poluzował krawat. Wyglądał inaczej niż zwykle – mniej spięty, a jednocześnie jakoś dziwnie przygarbiony. Zniknął w drzwiach lokalu na parterze. Nad wejściem wisiał szyld: „Mydlarnia Natury – Rękodzieło i Aromaterapia”.
Podeszłam bliżej, ostrożnie zaglądając przez witrynę. To, co zobaczyłam, sprawiło, że stanęłam jak wryta. W środku nie było żadnej romantycznej restauracji ani ukrytego mieszkania. To była mała manufaktura. Półki uginały się od kolorowych kostek mydła, słoików ze świecami i buteleczek z olejkami. A na środku, przy dużym drewnianym stole, stał mój mąż. Miał na sobie wielki, poplamiony fartuch. Obok niego stała owa „tajemnicza blondynka” – dziewczyna, która mogła mieć może dwadzieścia pięć lat, w dresie i z włosami spiętymi w niedbały kok. Coś mu tłumaczyła, energicznie gestykulując.
Artur kiwał głową, po czym wziął do ręki wielką misę z jakąś masą i zaczął ją mieszać. Wyglądał na skupionego, ale też niesamowicie zmęczonego. Wtedy zrozumiałam. Wanilia. Cytrusy. Róża. To nie były perfumy innej kobiety. To był zapach surowców, z którymi pracował. Ale dlaczego? Dlaczego udawał, że jedzie do biura korporacji, w której był dyrektorem działu analiz?
Prawda była bolesna
Weszłam do środka. Dzwonek nad drzwiami zadźwięczał głośno, przerywając ich rozmowę. Artur odwrócił się gwałtownie. Kiedy mnie zobaczył, misa prawie wypadła mu z rąk. Zbladł tak bardzo, że bałam się, iż zemdleje.
– Beata? – wydukał. – Co ty... co ty tutaj robisz?
Blondynka spojrzała na nas zdezorientowana.
– Panie Arturze, to klientka? – zapytała, wycierając ręce w ścierkę.
– Nie, to moja żona – odpowiedział cicho, spuszczając wzrok. Nie potrafił na mnie spojrzeć. Dokładnie tak, jak przez ostatnie tygodnie w domu.
– Co tu się dzieje? – zapytałam drżącym głosem. – Dlaczego mieszasz mydło w jakiejś piwnicy na Pradze, zamiast być w biurze? I kim jest ta pani?
Dziewczyna wyczuła napięcie.
– Ja może... pójdę na zaplecze sprawdzić stany magazynowe – rzuciła szybko i zniknęła za kotarą.
Zostaliśmy sami, otoczeni zapachem lawendy i, oczywiście, wanilii. Artur oparł się ciężko o stół. Wyglądał, jakby uszło z niego całe powietrze.
– Zwolnili mnie, Beata – powiedział to tak cicho, że ledwo go usłyszałam. – Dwa miesiące temu. Redukcja etatów, restrukturyzacja... piękne słowa na to, że jestem za stary i za drogi w utrzymaniu.
Zatkało mnie.
– Dwa miesiące? – powtórzyłam. – I nic mi nie powiedziałeś? Codziennie rano ubierałeś się w garnitur, brałeś teczkę...
– Nie mogłem – przerwał mi, podnosząc wreszcie na mnie wzrok. W jego oczach zobaczyłam łzy. – Nie mogłem ci powiedzieć. Jesteś taka dumna ze mnie. Planowaliśmy ten remont domku, wakacje... Bałem się. Po prostu potwornie się bałem, że pomyślisz, że jestem nieudacznikiem. Że nie potrafię utrzymać rodziny.
– I co? Znalazłeś pracę w mydlarni?
– To firma córki mojego dawnego znajomego – wskazał głową na zaplecze. – Szukała kogoś do pomocy przy produkcji i pakowaniu, a ja... ja potrzebowałem czegokolwiek, żeby nie siedzieć w domu i nie zwariować. Płaci mi pod stołem, grosze w porównaniu do tego, co zarabiałem, ale przynajmniej miałem gdzie wyjść rano. Resztę pieniędzy dobierałem z naszych oszczędności, tych z lokaty, o której myślałaś, że jest nienaruszalna.
Poczułam, jak nogi się pode mną uginają. Musiałam usiąść na małym taborecie dla klientów. Cała ta mistyfikacja, te kłamstwa, te uniki... To nie była zdrada fizyczna. To była zdrada zaufania, wynikająca z jego chorej męskiej dumy.
– Myślałam, że masz romans – szepnęłam. – Halinka widziała cię z tą dziewczyną. Wracałeś pachnący, dziwny, chowałeś telefon... Byłam pewna, że kogoś masz.
Artur podszedł do mnie powoli i uklęknął przy taborecie. Jego dłonie były szorstkie, poplamione woskiem, pachniały intensywnie olejkami eterycznymi.
– Nigdy – powiedział stanowczo, chwytając moje dłonie. – Nigdy w życiu bym ci tego nie zrobił. Kocham cię. Ale wstyd był silniejszy ode mnie. Czułem się, jakbym stracił swoją tożsamość razem z tym stanowiskiem dyrektorskim. Tutaj, przy tym mydle, nikt mnie nie oceniał. Mogłem po prostu pracować fizycznie, wyłączyć myślenie.
Był niesamowicie bezradny
Siedzieliśmy tak przez dłuższą chwilę w milczeniu. Patrzyłam na jego brudny fartuch, na zmarszczki wokół oczu, które pogłębiły się w ostatnim czasie. Złość powoli ustępowała miejsca smutkowi i litości, ale też pewnemu rodzajowi ulgi. Nie było innej kobiety. Był tylko mój zagubiony, dumny mąż, który wpadł w pułapkę oczekiwań – swoich i, niestety, moich.
– Artur – zaczęłam, głaszcząc go po policzku. – Czy ty naprawdę myślisz, że kocham cię za twoją pensję dyrektora? Że jesteś dla mnie ważny tylko wtedy, gdy przynosisz do domu określoną sumę pieniędzy?
– Nie wiem – westchnął. – Zawsze byłem tym, który zapewnia byt. Kiedy to zniknęło, poczułem się bezwartościowy.
– Jesteś idiotą – powiedziałam, ale bez złości. – Jesteś kompletnym idiotą. Przez dwa miesiące żyłam w stresie, podejrzewając najgorsze. Wydałeś nasze oszczędności, okłamywałeś mnie prosto w oczy. To boli bardziej niż brak pieniędzy.
– Wiem – spuścił głowę. – Przepraszam. Nie wiem, jak to naprawić.
Wstałam i pociągnęłam go za rękę, żeby też wstał.
– Najpierw zdejmiesz ten fartuch – zarządziłam. – Potem pojedziemy do domu. I opowiesz mi wszystko, dokładnie. Ile pieniędzy zniknęło, jakie mamy perspektywy i co zamierzasz dalej robić. Ale już bez ani jednego kłamstwa. Rozumiesz?
– Rozumiem – kiwnął głową.
Właścicielka mydlarni wyjrzała zza zaplecza.
– To ja... pójde już – powiedział Artur do niej. – Na dzisiaj koniec.
– Jasne, panie Arturze. Do jutra? – zapytała z nadzieją.
Artur spojrzał na mnie pytająco.
– Nie – odpowiedziałam za niego. – Mój mąż musi najpierw odpocząć i uporządkować swoje sprawy. Jeśli wróci, to na jasnych zasadach i nie ukrywając się przed światem.
Budowaliśmy wszystko od nowa
Droga powrotna do domu była cicha, ale to nie była ta ciężka cisza co wcześniej. To była cisza oczyszczenia. W domu zrobiliśmy bilans strat. Okazało się, że sytuacja nie jest tragiczna, choć oszczędności na remont stopniały drastycznie. Ale mieliśmy siebie. Wieczorem, po długiej rozmowie, Artur poszedł pod prysznic. Kiedy wyszedł, wreszcie pachniał tylko sobą – żelem pod prysznic i czystą skórą. Wanilia zniknęła, ale nauczka pozostała.
Tamten dzień zmienił naszą relację na zawsze. Zrozumiałam, że stworzyliśmy małżeństwo, w którym sukces był oczywistością, a na porażkę nie było miejsca – i to był nasz błąd. Artur musiał nauczyć się, że bycie słabym i bezrobotnym nie czyni go mniej męskim w moich oczach. Ja musiałam nauczyć się lepiej słuchać i obserwować, by nie przeoczyć momentu, w którym on zaczyna tonąć.
Artur nie wrócił do korporacji. Przez jakiś czas pomagał jeszcze w mydlarni – już oficjalnie, nie wstydząc się tego. Okazało się, że ma smykałkę do łączenia zapachów. Dziś, dwa lata później, prowadzimy własny, mały sklep internetowy z naturalnymi kosmetykami. Nie jesteśmy bogaci, nie mamy domku letniskowego, ale jesteśmy prawdziwi.
Czasami, gdy otwieram nową dostawę olejków i uderza mnie zapach wanilii, wzdrygam się lekko. Wciąż przypomina mi on o strachu, który wtedy czułam. Ale potem patrzę na Artura, który z pasją nakleja etykiety na słoiki, nucąc pod nosem, i uśmiecham się. Ten zapach już nie oznacza kłamstwa. Oznacza drugą szansę, którą oboje wykorzystaliśmy. Czasem trzeba stracić grunt pod nogami i upaść nisko, żeby zrozumieć, co tak naprawdę jest fundamentem naszego życia. Dla nas była to szczerość, której musieliśmy się nauczyć od nowa.
Beata, 46 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż pomagał młodej sąsiadce w remoncie. Układanie paneli i malowanie ścian skończyło się jego przeprowadzką”
- „Żona zaplanowała idealną kolację walentynkową, a ja wszystko zepsułem. Gdy wręczyłem jej prezent, było jeszcze gorzej”
- „Nie dostałam od męża żadnego prezentu walentynkowego. Nawet w jeden, wyjątkowy dzień w roku nie mógł się postarać”

