Reklama

Zawsze wierzyłam, że małżeństwo to wspólne marzenia, a nie tylko wspólne rachunki. Przez dwa lata odkładaliśmy na Paryż – miał być naszym małym początkiem od nowa. Wieczorami przeglądałam zdjęcia kawiarni nad Sekwaną i wyobrażałam sobie, że Tomek znów spojrzy na mnie tak, jak kiedyś. Zamiast biletów lotniczych zobaczyłam jednak umowę z ekipą remontową i chłodny podpis mojego męża. Już wtedy poczułam, że coś między nami cicho gaśnie.

Między nami rosły tylko pretensje

Remont zaczął się od hałasu, który wdzierał się w nasze poranki bez pytania. O siódmej dzwonek do drzwi, ciężkie kroki, stukot narzędzi. Kartony piętrzyły się w salonie, a ja potykałam się o nie z kubkiem kawy w dłoni. Kurz osiadał wszędzie – na półkach z książkami, na parapetach, nawet na naszych rozmowach.

Tomek stał przy stole z laptopem i kalkulatorem.

– Jeśli zamkniemy się w tej kwocie, wartość mieszkania wzrośnie o co najmniej dziesięć procent – mówił, nie odrywając wzroku od ekranu.

– A wartość naszego wyjazdu? – zapytałam cicho.

Spojrzał na mnie tak, jakby nie dosłyszał.

– Magda, to inwestycja. Paryż nie ucieknie.

Poczułam, jak ściska mnie w gardle. Dla niego to była tylko decyzja przesunięta w czasie. Dla mnie – coś, co miało nas uratować przed codziennością. Każda kolejna faktura wyciągana z koperty brzmiała jak werdykt.

Skąd taka suma? – zapytałam, kiedy zobaczyłam kwotę za podłogę.

– Wybrałaś droższy wzór – odparł spokojnie. – Ale spokojnie, wszystko mam policzone.

„Wszystko mam policzone” – powtarzał jak mantrę. Tylko że ja nie chciałam być kolejną pozycją w jego tabeli.

Wieczorem próbowałam wrócić do tematu wyjazdu. Siedzieliśmy na rozłożonej kanapie, otoczeni folią ochronną.

– Jest mi po prostu przykro – powiedziałam. – Czekałam na ten wyjazd.

Tomek westchnął.

– Przykro? Magda, przecież remont też robię dla nas. Chcę, żebyśmy mieli bezpieczną przyszłość. To dorosłe decyzje.

„Dorosłe decyzje”. Jakby moje marzenie było dziecięcą zachcianką. Zamilkłam. Coraz częściej milczałam.

Spotkałam się z Izą w małej kawiarni niedaleko pracy. Pachniało świeżo mieloną kawą i cynamonem.

On nawet nie zapytał, czy się zgadzam – wyrzuciłam z siebie. – Po prostu mi to oznajmił.

Iza przyjrzała mi się uważnie.

– A nie masz wrażenia, że on jest ostatnio jakiś… spięty? Jakby coś ukrywał?

– Ukrywał? – powtórzyłam.

– No właśnie. Za bardzo wszystko kontroluje. Jakby bał się, że coś się rozsypie.

Jej słowa nie dawały mi spokoju. W domu zaczęłam patrzeć na Tomasza inaczej. Zauważyłam, że wieczorami długo siedzi z telefonem w ręku, że zamyka laptopa, gdy wchodzę do pokoju. Może to była tylko moja wyobraźnia, podsycana żalem. A może coś naprawdę było nie tak.

Któregoś dnia Sebastian, kierownik ekipy, podszedł do mnie w przedpokoju.

– Pani Magdaleno, jutro przyjedzie dostawa płytek. Proszę tylko dopilnować płatności – rzucił rzeczowo.

Skinęłam głową, choć wcale nie wiedziałam, czy mamy jeszcze z czego płacić. Tomek twierdził, że wszystko jest pod kontrolą. Tylko że ja przestałam czuć, że mam jakąkolwiek kontrolę nad naszym życiem.

W nocy leżeliśmy obok siebie, ale między nami była przestrzeń większa niż cały remontowany salon. Słyszałam jego równy oddech i zastanawiałam się, czy naprawdę wierzy w to, co mówi. A może to ja zaczęłam wierzyć, że nasze potrzeby już się nie spotykają. Kurz opadał powoli, ale napięcie rosło z każdym dniem. Czułam, że pod świeżą warstwą farby kryje się coś więcej niż tylko stare ściany.

Koszty rosły, moja cierpliwość malała

Pierwszy raz usłyszałam o „nieprzewidzianych kosztach” w środku tygodnia, kiedy wróciłam wcześniej z pracy. W salonie stał Sebastian z rulonem planów w ręku, a Tomek pochylony nad nimi marszczył czoło.

– Niestety, pod tą ścianą wyszła ta stara instalacja. Trzeba to poprawić, inaczej będzie problem – tłumaczył spokojnym, rzeczowym tonem. – To podniesie koszt o jakieś osiem tysięcy.

– O ile? – wyrwało mi się.

Tomek nawet na mnie nie spojrzał.

Zróbcie to porządnie – powiedział krótko. – Nie chcę półśrodków.

Kiedy zostaliśmy sami, zamknęłam drzwi do sypialni.

Skąd weźmiemy kolejne osiem tysięcy? – zapytałam.

– Mówiłem ci, że mamy zapas – odpowiedział szybko. – Przewidziałem różne scenariusze.

– Ale ile jeszcze takich „scenariuszy” przewidziałeś?

Westchnął ciężko.

– Magda, proszę cię. Zaufaj mi.

Słowo „zaufaj” zabrzmiało jak polecenie, nie prośba. Od tamtej rozmowy Tomek coraz częściej wychodził wieczorami. Mówił, że musi coś załatwić, że ma spotkanie, że oddzwoni później. Wracał zmęczony, z napiętą twarzą. Kiedy pytałam o budżet, odpowiadał ogólnikami.

– Wszystko jest pod kontrolą.

To zdanie zaczęło mnie drażnić bardziej niż wiertarka o siódmej rano.

Pewnego wieczoru nie wytrzymałam. Stałam w kuchni, wśród nowych, jeszcze pachnących drewnem szafek, i patrzyłam, jak przegląda kolejne zestawienie wydatków.

– Wiesz, co? – zaczęłam. – Odebrałeś mi coś, na co czekałam dwa lata.

Podniósł wzrok.

Znowu to samo?

– Dla ciebie to „to samo”. Dla mnie to było coś ważnego. Miałeś mnie zabrać do Paryża. Zamiast tego mam wieczny plac budowy.

Tomek zamknął laptopa z wyraźnym trzaskiem.

Robię to dla nas! – podniósł głos. – Chcesz jechać na kilka dni, wydać wszystko i wrócić do mieszkania, które za chwilę będzie wymagało remontu? Ja myślę długofalowo.

– A ja myślę o tym, żebyśmy jeszcze potrafili się cieszyć sobą – odpowiedziałam ciszej, ale stanowczo.

Zamilkł. W jego oczach zobaczyłam coś, czego wcześniej nie widziałam – nie złość, ale strach. Jakby bał się, że grunt usuwa mu się spod nóg.

Tej nocy leżeliśmy odwróceni do siebie plecami. Słyszałam, jak długo przewraca się z boku na bok. Zaczęłam się zastanawiać, czy przesadzam. Może rzeczywiście byłam zbyt skupiona na romantycznym geście? Może powinnam być wdzięczna, że myśli o przyszłości? Ale im bardziej próbowałam go zrozumieć, tym mocniej czułam, że coś jest nie w porządku.

Kilka dni później Sebastian znów wspomniał o dodatkowych kosztach.

– Pani Magdaleno, ceny materiałów poszły w górę. Musimy skorygować wycenę.

Patrzyłam na liczby i miałam wrażenie, że ktoś przesuwa przecinek coraz dalej. Wieczorem zapytałam Tomasza wprost:

Ile nas to wszystko naprawdę kosztuje?

Spojrzał na mnie dłużej niż zwykle.

Tyle, ile trzeba.

– To nie jest odpowiedź.

Podszedł do okna.

– Czasem trzeba podjąć decyzję i nie oglądać się wstecz.

Wtedy zrozumiałam, że on już dawno podjął jakąś decyzję. Ja w niej nie uczestniczyłam. Napięcie między nami stało się czymś namacalnym. Nowa podłoga lśniła, ściany były idealnie gładkie, a ja miałam wrażenie, że każdy ich fragment przypomina mi o czymś, czego nie potrafimy już nazwać.

Ukrył przede mną coś takiego

Znalazłam ten dokument zupełnie przypadkiem. Tomek poprosił mnie, żebym podała mu ładowarkę z torby, którą zostawił w przedpokoju. Szukałam jej między notatnikiem a kalendarzem, kiedy z bocznej kieszeni wysunęła się koperta z logo banku.

Nie chciałam czytać. Naprawdę. Ale zobaczyłam swoje nazwisko w nagłówku i datę sprzed trzech tygodni – dnia, w którym zapewniał mnie, że budżet mamy bezpieczny. Wyjęłam plik kartek. „Umowa pożyczki gotówkowej”. Kwota była wyższa, niż przypuszczałam. Znacznie wyższa. Pod spodem jego podpis – pewny, równy, jakby składał go bez wahania.

Serce zaczęło mi bić szybciej. Przypomniałam sobie tamten wieczór. Siedzieliśmy przy stole, a on mówił:

– Spokojnie, wszystko policzyłem.

Wtedy już wiedziałam, że to nieprawda. Kiedy wszedł do pokoju, stałam w salonie z dokumentem w ręku. Nie próbowałam nawet ukrywać, że czytałam.

Co to jest? – zapytałam spokojniej, niż się spodziewałam.

Zatrzymał się w pół kroku.

– Gdzie to znalazłaś?

– W twojej torbie. Mówiłeś, że wszystko jest pod kontrolą, a wziąłeś pożyczkę?

Milczał przez chwilę, jakby szukał właściwych słów.

– To była konieczność – powiedział w końcu. – Inaczej nie dokończylibyśmy remontu.

A rozmowa ze mną nie była koniecznością?

– Nie chciałem cię martwić.

Zaśmiałam się krótko, bez radości.

Nie chciałeś mnie martwić? Tomek, to nie jest zgubiony rachunek za prąd. To zobowiązanie na lata.

Podszedł bliżej.

Wiedziałem, że zareagujesz emocjonalnie. A ja musiałem działać szybko.

– Emocjonalnie? – powtórzyłam. – Czyli jak? Jak ktoś, kto chciał mieć wpływ na własne życie?

Pierwszy raz zobaczyłam w nim wahanie. Dotąd był pewny, konkretny, zdecydowany. Teraz unikał mojego wzroku.

Bałem się, że jeśli zaczniemy dyskutować, zrezygnujesz. A wtedy utknęlibyśmy w połowie drogi.

– Więc wolałeś podjąć decyzję sam.

Wolałem wziąć odpowiedzialność.

Poczułam, jak coś we mnie opada, ale nie była to ulga.

– Odpowiedzialność to nie to samo co samotność w decyzjach – powiedziałam cicho. – W małżeństwie nie ma „ja decyduję, ty się dowiesz później”.

Otworzył usta, ale nie padło żadne słowo. Stał przede mną, dumny i jednocześnie jakby zawstydzony. Zrozumiałam, że przez cały ten czas nie chodziło tylko o remont. Chodziło o kontrolę. O jego potrzebę zabezpieczenia wszystkiego, nawet kosztem mnie.

Nie chodzi o pieniądze – dodałam. – Chodzi o to, że odebrałeś mi prawo do współdecydowania.

Usiadł na krześle i przetarł twarz dłońmi.

Myślałem, że robię dobrze.

– Dobrze dla kogo?

Cisza, która zapadła, była cięższa niż wszystkie kartony razem wzięte. Patrzyłam na człowieka, z którym dzieliłam życie od siedmiu lat, i po raz pierwszy miałam wrażenie, że go nie znam. Remont zbliżał się do końca. Ściany były już pomalowane, kuchnia prawie gotowa. A ja czułam, że coś między nami zostało naruszone w sposób, którego nie da się tak łatwo naprawić.

Piękne mieszkanie to nie wszystko

Remont skończył się nagle, jakby ktoś wyłączył hałas jednym ruchem. Ostatniego dnia Sebastian podał Tomaszowi rękę w progu.

– Dobra robota. Mieszkanie jak z katalogu – powiedział z zadowoleniem.

Patrzyłam na jasne ściany, nową kuchnię, drewnianą podłogę, która miękko odbijała światło. Wszystko było dokładnie takie, jak planował Tomek. Idealne, uporządkowane, bez niespodzianek.

Po wyjściu ekipy zapadła cisza. Usiadłam na kanapie w salonie, który jeszcze kilka tygodni wcześniej był pełen kurzu i kartonów. Teraz pachniało świeżą farbą i nowością. A jednak miałam wrażenie, że siedzę w obcym miejscu. Tomek chodził od pokoju do pokoju, jakby sprawdzał efekt swojej pracy.

– Widzisz? – odezwał się w końcu. – Było warto.

Spojrzałam na niego.

Warto czego?

Zatrzymał się.

– Tego wysiłku. Stresu. Teraz mamy stabilność.

To słowo znów zabrzmiało jak hasło z jego słownika. Stabilność. Bezpieczeństwo. Wartość nieruchomości.

– A my? – zapytałam. – Też mamy stabilność?

Podszedł bliżej, ale nie usiadł obok mnie.

– Magda, przecież nic się między nami nie zmieniło.

Uśmiechnęłam się smutno.

– Właśnie zmieniło się wszystko. Podjąłeś decyzję za mnie. Zaciągnąłeś zobowiązanie bez mojej wiedzy. To nie jest drobiazg.

Usiadł naprzeciwko, opierając łokcie na kolanach.

Chciałem dobrze. Bałem się, że jeśli zaczniemy się wahać, stracimy szansę na poprawę warunków. Że będziemy stać w miejscu.

– A ja bałam się, że przestaniemy iść razem – odpowiedziałam.

Przez chwilę patrzył na podłogę.

– Może za bardzo chciałem wszystko kontrolować – przyznał cicho. – W pracy ciągle liczę ryzyko. Szukam zabezpieczeń. Chyba przeniosłem to do domu.

Po raz pierwszy od dawna usłyszałam w jego głosie nie pewność, lecz szczerość.

Nie potrzebuję, żebyś mnie chronił przed każdą trudnością – powiedziałam. – Potrzebuję, żebyś mnie dopuszczał do decyzji. Nawet jeśli się nie zgadzamy.

Podniósł wzrok.

– Myślałem, że jeśli wezmę to na siebie, pokażę, że jestem odpowiedzialny.

Odpowiedzialność to też dzielenie się ciężarem – odparłam.

Cisza, która zapadła, była inna niż wcześniejsze. Nie była już oskarżeniem, lecz zawieszeniem broni.

Jeszcze nie wszystko stracone

Wieczorem usiedliśmy przy małym stoliku w salonie. Na środku stała świeca, którą kupiłam dawno temu z myślą o romantycznych kolacjach. Tomek nalał herbaty do nowych kubków.

Nie obiecuję Paryża jutro – powiedział powoli. – Ale obiecuję, że każdą większą decyzję będziemy podejmować razem. I że… spróbuję przestać wszystko liczyć.

– A ja spróbuję nie traktować każdego błędu jak końca świata – odpowiedziałam.

Nie było wielkich gestów. Nie było natychmiastowej ulgi. Było coś bardziej kruchego – gotowość do rozmowy.

Kilka dni później usiedliśmy nad budżetem. Tym razem obok siebie, nie naprzeciwko. Tomek pokazał mi wszystkie dokumenty, także tę pożyczkę. Rozpisaliśmy plan spłaty. Zrezygnowaliśmy z kilku wydatków, ustaliliśmy wspólne cele.

Kiedy skończyliśmy, spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem.

– Wiesz, że możemy zacząć odkładać od nowa? Może nie na wielki wyjazd od razu. Ale na coś naszego.

Pomyślałam, że Paryż był symbolem. Nie chodziło o wieżę ani kawiarnie. Chodziło o to, by znów poczuć, że jesteśmy drużyną.

Remont się skończył. Kredyt nadal był z nami, tak jak nowe ściany i podłoga. Poczułam, że fundamenty naszego związku można wzmocnić, jeśli oboje tego chcemy. Nie wiem, kiedy pojedziemy do Paryża. Wiem jednak, że tym razem decyzję o tym podejmiemy razem.

Magdalena, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama