Reklama

Cały rok odkładałam każdą złotówkę na zimowe ferie dla dzieci. Marzyłam o tym, by oderwać je od ekranów komputerów, zobaczyć, jak biegają po śniegu, uczą się jeździć na sankach i śmieją się do rozpuku. Każdego dnia liczyłam, że wreszcie nadejdzie czas nagrody za cierpliwość i oszczędności. Planowałam wyjazd z sercem pełnym entuzjazmu, wyobrażając sobie ich radosne twarze i niespodziewane przygody. Nie przypuszczałam jednak, że zamiast podziękowań, spotkam się z drwiną, że usłyszę, jak to wolą siedzieć przy komputerach, ignorując moje starania. Serce zabiło mi szybciej, a determinacja rosła, bo nie mogłam pozwolić, by moje wysiłki poszły na marne.

Nie poddam się tak łatwo

Cały rok spędziłam, skrupulatnie odkładając każdą nadwyżkę z domowego budżetu. Wiedziałam, że ferie to dla dzieci szansa na oderwanie się od rutyny i komputerów, które stały się ich codziennością. Kiedy tylko wiosna przeszła w lato, zaczęłam planować wyjazd. Wybór miejsca był trudny — chciałam, by było blisko, ale i wystarczająco ciekawe, by oderwać ich od ekranów. Często przeglądałam oferty, notowałam ceny, sprawdzałam opinie innych rodziców. Każda decyzja była dokładnie przemyślana, bo pieniądze nie rosły na drzewach. W głowie snułam obraz ich radości, biegania po śniegu i wspólnych zabaw, które przypomną im, że świat poza komputerem też potrafi być fascynujący.

Kiedy w końcu nadszedł grudzień i ferie były tuż-tuż, poczułam ekscytację mieszaną z lekkim lękiem. Dzieci wydawały się zupełnie nieświadome moich planów. Marzyłam o ich uśmiechach, o wieczornych opowieściach przy kominku i wspólnych spacerach w mroźnym otoczeniu. Nie spodziewałam się, że mój entuzjazm spotka się z obojętnością, a wręcz szyderstwem. Kiedy patrzyłam na ich tablety i laptopy, serce mi ścisnęło. Postanowiłam jednak, że nie poddam się tak łatwo. Te ferie muszą się odbyć, nawet jeśli trzeba będzie użyć małego podstępu, by oderwać je od ich cyfrowego świata i pokazać, że rzeczywistość może być równie fascynująca jak ekran monitora.

Muszę być sprytna

Dni do wyjazdu mijały szybciej, niż się spodziewałam. Każdego ranka sprawdzałam pogodę, dopinałam szczegóły noclegu, przygotowywałam listę atrakcji i wyobrażałam sobie, jak dzieci wpadną w zachwyt. Z ich perspektywy jednak ferie oznaczały zupełnie coś innego. Każda próba rozmowy o wyjeździe spotykała się z westchnieniami i niezadowoleniem.

— Po co nam wyjazd? — rzucił Arek, nie odrywając wzroku od monitora. — W domu mam wszystko, czego potrzebuję.

— Możemy po prostu zostać w domu — dodała Justyna z lekką nutką ironii.

Poczułam ukłucie rozczarowania. Cały rok planowałam dla nich coś wyjątkowego, a oni patrzyli na moje starania jak na fanaberię. Spróbowałam argumentować, wspominać o świeżym powietrzu, przygodach na śniegu i wspólnych wieczorach, ale każde słowo odbijało się od muru obojętności, jaki wokół siebie zbudowali.

Nie pozwoliłam, by zniechęcenie mnie pokonało. Wiedziałam, że jeśli chcę, by te ferie się odbyły, muszę być sprytna. Zacząłam snuć plan, jak ich przekonać, choćby na trochę. Wiedziałam, że dobrze przemyślana strategia może zadziałać. W końcu chodziło nie tylko o zabawę — chciałam, by odłożyli telefony i spędzili razem czas, którego w codziennym chaosie było coraz mniej. W sercu narastała determinacja: te ferie się odbędą, nawet jeśli będę musiała użyć małego fortelu.

Ich entuzjazm osiągnął szczyt

Kilka dni przed wyjazdem postanowiłam działać. Wiedziałam, że jeśli powiem dzieciom wprost o wycieczce, wyśmieją moje plany i zostaną przy komputerach. Dlatego wymyśliłam podstęp.

— Hej, znalazłam fajny konkurs, możecie wziąć udział — oznajmiłam, pokazując im ekran laptopa z rzekomą stroną z nagrodami. — Wydaje mi się, że da się wygrać ciekawe gadżety.

Dzieci od razu się zerwały, ich oczy zabłysły. Zaczęły dyskutować, jakie nagrody chcą zdobyć, a ja uśmiechałam się pod nosem. Planowałam krok po kroku: sprawić, by były podekscytowane „konkursem”, a w międzyczasie przygotować ich rzeczy na wyjazd.

— Tylko jeśli wygramy, mogę zabrać laptopa? — zapytała córka.

— Oczywiście — odpowiedziałam, starając się brzmieć naturalnie. — Tylko trzeba brać udział w wyzwaniu do końca.

W tym momencie wpadłam na pomysł kolejnego „szczegółu”: spakowałam plecaki, nie mówiąc, że w rzeczywistości przygotowuję je na ferie. Dzieci same wybierały ubrania i przybory, przekonane, że to wszystko potrzebne do udziału w konkursie.

Gdy nadszedł dzień wyjazdu, ich entuzjazm osiągnął szczyt. Wsiadły do samochodu, ciągnąc plecaki i gadając o „nagrodach”, a ja czułam triumf w sercu. Plan się udał: one były podekscytowane, nie zdając sobie sprawy, że zamiast konkursu, czekała je prawdziwa przygoda.

Uśmiechnęłam się szeroko

Gdy dojechaliśmy na miejsce, dzieci nie przestawały gadać o „konkursie” i wymyślonych nagrodach. Nie miały pojęcia, że w rzeczywistości trafiły na prawdziwe ferie — dokładnie takie, o jakich marzyłam. Otworzyłam drzwi pensjonatu. Zimowe słońce odbijało się w śniegu, rozświetlając cały ogród. Oczy moich dzieci zrobiły się ogromne, gdy zobaczyły białe pola, sanki i tor do jazdy na jabłuszkach.

— Wow! — wykrzyknął Arek, podskakując z plecakiem. — To wygląda jak prawdziwa przygoda!

— Serio? Naprawdę tu przyjechaliśmy? — dodała córka, rozglądając się z niedowierzaniem.

Uśmiechnęłam się szeroko, ciesząc się, że fortel zadziałał. Zaczęli rozpakowywać plecaki, nieświadomi, że wszystko było przygotowane przeze mnie. Pierwsze chwile spędzili na obserwowaniu okolicy i wybieraniu pierwszych atrakcji. Nie mogłam przestać ich podglądać, podziwiając, jak szybko porzucili myśl o komputerach.

Wieczorem, przy wspólnej kolacji, rozmowy krążyły wokół śniegu, sanek i planów na kolejny dzień. Ich radość była zaraźliwa, a ja poczułam dumę i ulgę. Wreszcie moje starania przyniosły efekt. Zdałam sobie sprawę, że czasem drobny fortel i cierpliwość mogą zmienić opór w entuzjazm. Te pierwsze godziny pokazały mi, że ferie będą wyjątkowe. Dzieci zaczęły doświadczać świata poza ekranami, a ja mogłam spokojnie obserwować, jak czerpią radość z rzeczywistości, której wcześniej prawie nie zauważały.

Poczucie dumy mieszało się z radością

Kolejne dni ferii upływały w akompaniamencie śmiechu, na sankowych wyścigach i lodowych bitwach. Dzieci powoli odkrywały radość z aktywności na świeżym powietrzu, a każdy poranek witały z nowym entuzjazmem. Choć początkowo widać było wahanie, szybko przestały wspominać o komputerach. Ich rozmowy krążyły teraz wokół zabaw — kto szybciej zjedzie ze stoku, jakie figury można zrobić na śniegu i które miejsca na wycieczki zwiedzimy następnego dnia.

— Zobacz, jak daleko zjechałem! — wykrzyknął Arek, pokazując ślady na śniegu.

— Jeszcze ci pokażę, ja zrobię lepszy tor! — zawołała Justyna, śmiejąc się, aż łzy jej poleciały po policzkach.

Patrzyłam na nich z cichą satysfakcją. Każdy wieczór spędzaliśmy przy kominku, opowiadając historie dnia, planując kolejne zabawy i rozmawiając o wszystkim, co ich fascynowało. Poczucie dumy mieszało się z radością. Wreszcie moje starania znalazły swoje odbicie w ich uśmiechach i podekscytowaniu. Zrozumiałam, że czasami trzeba być sprytnym, by dzieci odkryły wartości, których same nie szukają. Te ferie stały się dla nas wszystkich lekcją cierpliwości, pomysłowości i radości ze wspólnie spędzonego czasu.

Te słowa były nagrodą

Ostatni dzień ferii przyniósł mieszankę smutku i radości. Dzieci wiedziały, że jutro wracamy do domu, a komputer znów będzie na nie czekał, ale coś w ich spojrzeniach się zmieniło. Ich twarze promieniały szczęściem, pełne wspomnień i historii, które przeżyły wspólnie. Czułam dumę, widząc, jak pełni energii i radości zyskały coś, czego nie mogłyby doświadczyć, siedząc przed ekranem.

— Mamo, wiesz co? — zaczęła Justyna, opierając głowę na moim ramieniu. — To były najlepsze ferie w życiu.

— Naprawdę? — spytałam, starając się powstrzymać łzy wzruszenia.

— Tak! — zawołał Arek, uśmiechając się szeroko. — Nigdy wcześniej nie było tak fajnie!

Te słowa były nagrodą, której oczekiwałam cały rok. Moje wysiłki i cierpliwość opłaciły się w pełni. Kiedy wracaliśmy do domu, czułam w sercu spokój i satysfakcję. Wiedziałam, że te chwile pozostaną z nami na długo, a radość dzieci będzie przypomnieniem, że starania rodzica nigdy nie są daremne, nawet gdy początkowo spotykają się z oporem. Te ferie nauczyły nas wszystkich, że czas spędzony razem ma moc, której żaden ekran nie zastąpi.

Gabriela, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama