„Ostatni raz pojechałam na ferie razem ze szwagierką. Ma ego większe niż Tatry i ciągle nas upokarza”
„My z Pawłem żyjemy skromnie. Oszczędzamy na zimowych kurtkach, a nasze ferie zwykle spędzamy w kraju, byle jak najtaniej. Nie mówię tego Pawłowi. Uśmiecham się, pakuję dalej. Ale w środku... czuję napięcie. Wiem, że ten wyjazd będzie nie tylko odpoczynkiem, ale testem. A ja już teraz mam wrażenie, że go oblewam”.

- Redakcja
Nazywam się Natalia. Mam trzydzieści siedem lat, dwójkę dzieci – Antka i Zosię – i męża, Pawła, z którym jestem już od ponad dekady. Mieszkamy w małym mieszkaniu na obrzeżach miasta, ale nie narzekam – przynajmniej nie na to. Właśnie pakuję torby na nasz wspólny, zimowy wyjazd w góry. Miały być rodzinne ferie: śnieg, sanki, ciepła herbata z termosu, ognisko z dziećmi. Planowałam wszystko od tygodni. Nawet kanapki już zrobiłam i owinęłam w papier. Jedne z szynką, drugie z dżemem dla Zosi, bo „dżemek jest najlepszy, mamusiu”.
Dzieci skaczą z ekscytacji, a Paweł pakuje narty na dach samochodu. Uśmiecham się do siebie – w końcu trochę odpoczniemy. Będziemy razem, bez pracy, bez pośpiechu. Tak sobie to wyobrażałam. Wczoraj dowiedziałam się, że Karolina też tam będzie. Siostra Pawła. „Rodzinnie będzie!”, zaśmiał się, jakby to była najlepsza wiadomość pod słońcem. A ja poczułam, że coś we mnie zamarło. Bo Karolina zawsze potrafi sprawić, że czuję się... mniej. Mniej ładna. Mniej zorganizowana. Mniej wartościowa.
Ona i jej mąż – ci wiecznie uśmiechnięci ludzie od markowych kurtek, designerskich walizek i wyjazdów „last minute na Bali”. Ich dzieci mają narty, które kosztują więcej niż nasz cały urlop. My z Pawłem żyjemy skromnie. Oszczędzamy na zimowych kurtkach, a nasze ferie zwykle spędzamy w kraju, byle jak najtaniej. Nie mówię tego Pawłowi. Uśmiecham się, pakuję dalej. Ale w środku... czuję napięcie. Wiem, że ten wyjazd będzie nie tylko odpoczynkiem, ale i testem. A ja już teraz mam wrażenie, że go oblewam.
Nie dam się wyprowadzić z równowagi
Dojechaliśmy na miejsce późnym popołudniem. Pensjonat wyglądał dokładnie tak, jak na zdjęciach – drewniany, zadbany, z balkonami oplecionymi światełkami. Dzieci aż piszczały z radości, gdy zobaczyły górki obok i zaspy prawie po kolana. Zosia od razu wpadła w śnieg, a Antek wyciągał sanki, nie pytając o nic.
Weszliśmy do środka z torbami, a Karolina już siedziała w holu, jakby czekała. W wysokich, śnieżnobiałych butach, w kurtce z logo, które widywałam tylko w reklamach, z fryzurą jak spod ręki stylisty. Jej dzieci – dwa małe manekiny – stały obok, spokojne, w identycznych kombinezonach, jakby wyszli prosto z katalogu. Karolina uśmiechnęła się szeroko.
– O, jesteście! – powiedziała, jakbyśmy się spóźnili na jej przyjęcie. – My już po obiedzie. Dzieci miały pierwsze zajęcia z instruktorem. Jutro ruszamy z grafikiem. Codziennie narty, potem joga dla dzieci, a po obiedzie zajęcia z trenerem.
Paweł roześmiał się pod nosem, a ja tylko skinęłam głową.
– Klasyka ferii – rzuciłam, udając luz, chociaż już wiedziałam, że tego nie wygram.
– Zawsze zostaje lepienie bałwana – Karolina odchyliła głowę i spojrzała na mnie z tym swoim uśmiechem, który niby miał być przyjazny, ale nie był.
A ja stałam tam z termosem w torbie i już wiedziałam, jak będzie wyglądał ten tydzień. Dzień po dniu porównywanie, choć nikt tego głośno nie powie. W duchu przysięgłam sobie jedno – nie dam się wyprowadzić z równowagi. Przyjechałam tu dla dzieci, dla siebie. Nie dla niej. A przynajmniej tak chciałam myśleć.
Nie wiem, jak wy to ogarniacie
Drugiego dnia wieczorem poszliśmy wszyscy na kolację do restauracji obok pensjonatu. Mieliśmy rezerwację na większy stolik. Dzieci zajęły miejsca przy końcu, a dorośli usiedli obok siebie, jakbyśmy tworzyli jedną, zgraną rodzinę. Karolina oczywiście w środku, jak królowa. Kelner znał ją z imienia.
– Jak zwykle zielona herbata z imbirem, prawda? – zapytał z uśmiechem.
– Tak, a dla dzieci jakiś deser. Dziś po intensywnym treningu zasługują na coś dobrego – powiedziała, nie patrząc nawet w menu.
Jej mąż wyjął telefon i pokazał zdjęcia:
– W ubiegłym roku byliśmy na wakacjach na Bali. Tam było idealnie. Teraz myślimy o Zanzibarze.
Uśmiechnęłam się uprzejmie, jak zawsze. Paweł spojrzał na mnie kątem oka. Czułam ten wzrok. Nie było mnie stać na Bali, nie będzie mnie nigdy na Zanzibarze. Nasze wakacje kończyły się na domkach nad jeziorem albo odwiedzinach u jego matki. Karolina uśmiechnęła się słodko, a potem, jakby mimochodem, rzuciła w moją stronę:
– Nie wiem, jak wy to ogarniacie, z jedną pensją Pawła. Ja bym nie umiała tak żyć. Ale serio podziwiam.
Nie odpowiedziałam, ale w środku wszystko aż we mnie się gotowało. Paweł próbował rozładować napięcie.
– No jakoś tam żyjemy. Bez Bali, ale dajemy radę – rzucił i się zaśmiał.
Karolina dołączyła do jego śmiechu. A ja siedziałam, jakbym była przezroczysta. W tamtej chwili zrozumiałam coś, czego wcześniej nie dopuszczałam do siebie. To nie były tylko jej słowa. To było wszystko naraz. Sposób, w jaki patrzyła, ton, którym mówiła, nawet to, jak poprawiała włosy, gdy mnie słuchała. Każde jej zdanie było niczym szpilka.
To nie była jedna sytuacja
Ostatniego dnia wyjazdu atmosfera między nami była dość napięta. Nawet dzieci to wyczuwały. Zosia patrzyła na mnie uważnie, ale nie pytała. Antek bawił się telefonem. Ja siedziałam przy oknie i piłam herbatę. Paweł poszedł po coś do samochodu, a ja patrzyłam, jak Karolina odprowadza swoje dzieci na ostatnie zajęcia z trenerem. Pocałowała jedno z nich w czoło, poprawiła czapkę drugiemu i posłała mu szeroki uśmiech. Próbowałam jej unikać. Nie śmiałam się. Nie komentowałam. Nie patrzyłam w jej stronę. Po obiedzie zaczęliśmy się pakować. W ciszy. Paweł chyba dopiero wtedy zrozumiał, że coś jest nie tak.
– Ej, wszystko ok? Jesteś jakaś nieobecna – powiedział, gdy zamykałam walizkę.
– Wszystko ok. Już wracamy przecież – odpowiedziałam cicho i odwróciłam się do okna.
Nie chciałam, żeby widział, że miałam wilgotne oczy. Wieczorem, po pożegnaniu z Karoliną i jej rodziną, wsiedliśmy do auta. Dzieci szybko zasnęły. Paweł włączył cicho radio. Milczałam przez pół godziny. Myślałam, czy to powiedzieć. Czy mam prawo. Czy nie przesadzam. W końcu odwróciłam się do niego i powiedziałam spokojnie, ale twardo:
– Następnym razem – albo my, albo twoja siostra. Nigdy więcej razem.
Zerknął na mnie zaskoczony.
– Ej, ale o co chodzi? Co się stało?
– Wszystko – odpowiedziałam, patrząc przed siebie.
W jego oczach było zdziwienie, może trochę irytacji. Ale mnie to już nie obchodziło. Nie chciałam wyjaśniać. Nie miałam siły. To nie była jedna sytuacja, jeden komentarz. To było wszystko, co milcząco zbierało się we mnie przez lata. Każde „podziwiam”, każda sugestia, że jestem mniej. I to, że on zawsze się śmiał. Z nią. Ze mną. Nie odpowiedział. Jechaliśmy dalej w ciszy. Ale to była już inna cisza niż wcześniej. Ta miała ostre brzegi.
Nie chcę już udawać
Wróciliśmy wieczorem. Zosia poszła spać od razu, Antek jeszcze marudził przy plecaku, ale w końcu też zasnął. Ja rozpakowywałam torby, przekładałam ubrania do pralki, układałam rzeczy na miejsce. Czynności, które zwykle koiły, tym razem tylko potęgowały napięcie. Paweł wszedł do pokoju, stanął oparty o framugę i patrzył na mnie chwilę.
– Powiesz mi, o co chodzi? Bo to już przestaje być zabawne – rzucił w końcu. – Przez całą drogę się nie odzywasz, teraz też chodzisz jakaś poddenerwowana.
Spojrzałam mu w oczy.
– Nie chcę już udawać. Ona mnie upokarza. A ty się śmiejesz razem z nią – powiedziałam spokojnie, ale pewnie.
Zmarszczył brwi, jakby nie rozumiał.
– To przecież tylko żarty. Ty wszystko bierzesz za poważnie – odpowiedział.
– Nie. Nie są tylko żarty. To jest poważne, Paweł. Bo ja nie chcę, żeby dzieci słuchały, że na nic nas nie stać. Że nasze życie to jakaś porażka. Że jak nie mamy wyjazdu na Zanzibar i nart za kilka tysięcy, to jesteśmy kimś gorszym.
– Ale nikt tak nie mówił. Przecież ona tylko...
– Mówiła. Cały czas. A ty jej na to pozwalałeś. I nawet jak nie mówiła wprost, to dawała do zrozumienia. I wystarczyło. Mam dość. Mam dość udawania, że wszystko gra. Że mnie to nie rusza – przerwałam mu, zanim znowu zaczął ją tłumaczyć.
Usiadłam przy stole. Właśnie w tej chwili zrozumiałam, że to nie tylko o Karolinę chodziło. Ona była tylko lustrem. Odbiciem tego, co czułam na co dzień. Niewidzialna, zmęczona, nieistotna.
– Wiesz, co było najgorsze? Że nawet nie próbowałeś mnie bronić. Śmiałeś się razem z nią. Jakby to naprawdę było śmieszne, że ktoś cię nie szanuje.
Milczał. Widziałam, że nie wiedział, co powiedzieć.
– I nie mów mi teraz, że przesadzam – dodałam cicho. – Bo właśnie przez to milczałam tyle razy.
Wstałam i wyszłam z kuchni, zostawiając go w ciszy. Wiedziałam, że jeśli coś się nie zmieni, ja nie będę już umiała wrócić do tego, co było.
Nie będę się wstydzić tego, kim jestem
Od tamtej rozmowy minęło kilka dni. Paweł chodził cicho, jakby stąpał po cienkim lodzie. Nie pytał, nie zaczepiał, ale patrzył – inaczej niż zwykle. Może pierwszy raz naprawdę widział, że faktycznie mnie to dotknęło. Robiłam wszystko jak dotąd – zajmowałam się dziećmi, robiłam pranie, gotowałam obiad, ogarniałam rachunki – ale w środku byłam zupełnie gdzie indziej. Myśli krążyły wokół tego, jak bardzo się od siebie oddaliliśmy. Jak długo udawałam, że jego „żarty” mnie nie ranią. Jak często siedziałam cicho, żeby nie być „tą przewrażliwioną”.
Zastanawiałam się, czy to jest to, co mnie czeka – życie z człowiekiem, który nie rozumie, kiedy go potrzebuję. Który mnie nie widzi. Który się śmieje, kiedy inni wytykają mnie palcem. Czy naprawdę zasługuję na to, żeby każdą uwagę Karoliny przyjmować z uśmiechem? Żeby udawać, że to nic, że przecież "tak się mówi", że to "żart"?
Może nie mamy Bali, ale mamy siebie. A przynajmniej miałam taką nadzieję. Może ja też powinnam przestać się śmiać i zacząć stawiać granice. Nie dla niego. Dla siebie. Podniosłam głowę i spojrzałam w ciemne okno. W odbiciu zobaczyłam kobietę zmęczoną, ale nie złamaną. Taką, która po raz pierwszy od dawna zaczyna widzieć swoją wartość. Cichą, ale zdecydowaną. Postanowiłam, że już nigdy nie będę się wstydzić tego, kim jestem. I nie pozwolę nikomu mnie umniejszać – nawet jeśli będzie to siostra mojego męża. Nawet jeśli będzie to on sam.
Natalia, 37 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Szwagierka mówiła, żebym nie puszczała męża samego w góry. Choć wtedy z tego żartowałam, dziś nie jest mi do śmiechu”
- „Wyjechałam z ukochanym w Tatry, ale do domu wróciłam sama. Czułam, że kręci i w końcu złapałam go na gorącym uczynku”
- „Mąż zaproponował zimowy wyjazd w góry, by ratować nasz związek. Nie miałam pojęcia, że to była okrutna pułapka”

