Reklama

Zawsze lubiłam godzić ludzi. Wierzyłam, że cierpliwością można skruszyć każdy mur. Kiedy wyszłam za Pawła, wiedziałam, że jego matka mnie nie polubiła, ale uznałam to za wyzwanie. Chciałam udowodnić, że jestem dobrą żoną i jeszcze lepszym człowiekiem. Dlatego gdy ciężko zachorowała, bez wahania zaproponowałam, że zamieszka z nami. Wtedy naprawdę wierzyłam, że dobro wraca.

Nie liczyłam na wdzięczność

Pierwszego dnia, gdy teściowa przekroczyła próg naszego mieszkania, rozejrzała się powoli po salonie, jakby oceniała każdy detal.

Ciasno tu – stwierdziła chłodno. – U mnie przestrzeń była inaczej rozplanowana.

– Zrobimy wszystko, żeby było mamie wygodnie – odpowiedziałam, starając się nie reagować na ton.

Paweł wniósł jej walizkę do pokoju, który jeszcze tydzień wcześniej był moim miejscem pracy. Biurko wyniosłam do sypialni, dokumenty poukładałam w kartonach. Mówiłam sobie, że to tymczasowe.

Nasza codzienność szybko zamieniła się w rytm podporządkowany potrzebom teściowej. Budzik nastawiałam na szóstą, choć wcześniej wstawałam dwie godziny później. Najpierw leki, potem śniadanie – zmiksowane, bo Teresa miała trudności z gryzieniem. Następnie mierzenie ciśnienia, notowanie wyników, telefony do przychodni.

Za zimna herbata – komentowała, odsuwając kubek.

– Już podgrzewam.

Za gęsta zupa.

– Rozrzedzę.

Czasem miałam wrażenie, że testuje granice mojej cierpliwości. Najbardziej bolały jednak nie uwagi o jedzeniu, lecz te wypowiadane niby mimochodem.

Któregoś dnia przyszła pielęgniarka. Sprawdzała dokumentację, a ja tłumaczyłam, o której godzinie podaję kolejne dawki leków. Teresa westchnęła ciężko.

Dobrą mam opiekę – powiedziała, patrząc na pielęgniarkę. – Nie każdemu trafia się tak zaradna synowa.

Uśmiechnęłam się odruchowo.

– Staram się, mamo.

– No właśnie. Niektórzy bardzo się starają, gdy w grę wchodzi przyszłość – dodała spokojnie.

W pokoju zapadła cisza. Pielęgniarka udawała, że czegoś szuka w torbie. Poczułam, jak coś ściska mnie w gardle.

Wieczorem zadzwoniła Monika.

– Mama mówiła, że przejęłaś jej dokumenty – zaczęła bez wstępów.

– Przechowuję je w jednym miejscu, żeby się nie pogubiły.

– Wiesz, ona całe życie była ostrożna. Boję się, żeby nie czuła się zależna.

Zależna? To słowo wracało do mnie przez całą noc. Leżałam obok Pawła, który spał spokojnie.

– Twoja siostra uważa, że mama czuje się przeze mnie kontrolowana – powiedziałam następnego dnia przy śniadaniu.

Paweł wzruszył ramionami.

– Monika zawsze była przewrażliwiona. Nie przejmuj się.

– Ale twoja mama mówi podobne rzeczy.

Westchnął.

Jest chora, Gabrysiu. Choroba zmienia ludzi.

Chciałam w to wierzyć. Tłumaczyłam sobie, że to strach przez nią przemawia. A jednak z każdym kolejnym tygodniem jej uwagi stawały się bardziej bezpośrednie.

Nie musisz przy mnie siedzieć cały czas – powiedziała kiedyś, gdy poprawiałam jej poduszkę. – Wiem, że masz swoje plany.

– Nie mam żadnych planów poza tym, żeby mamie było wygodnie.

Spojrzała na mnie uważnie.

– Każdy ma jakieś plany. Dom to duża odpowiedzialność. Zwłaszcza gdy nie jest się z rodziny.

Te słowa utkwiły we mnie jak drzazga na długo. Cokolwiek bym nie robiła, ona i tak nie zmieniała o mnie zdania. Następnego dnia znów wstałam o świcie, przygotowałam śniadanie i usiadłam przy jej łóżku z gazetą. Byłam zmęczona, ale jeszcze bardziej zdeterminowana. Naprawdę chciałam udowodnić – jej, Pawłowi, a może sobie – że moje intencje są czyste. Nie zauważyłam, kiedy to udowadnianie stało się ważniejsze niż moje własne potrzeby.

Skupiłam się tylko na teściowej

Z czasem przestałam rozróżniać dni tygodnia. Każdy wyglądał podobnie – lista zadań, telefon do przychodni, pranie, gotowanie, czuwanie. Paweł coraz częściej wracał późno.

Muszę zostać dłużej – tłumaczył, zdejmując płaszcz. – Wiesz, jak jest.

Wiedziałam. A przynajmniej próbowałam sobie wmówić, że wiem.

Którejś soboty Monika przyjechała bez zapowiedzi. Wpadła do pokoju matki z torbą owoców i energią, której ja już nie miałam.

– Mamo, jak się czujesz? – pochyliła się nad nią czule.

Lepiej, kiedy jesteś obok – odpowiedziała Teresa, ściskając jej dłoń.

Stałam w drzwiach, czując się jak pielęgniarka na dyżurze, nie jak członek rodziny.

Przy obiedzie atmosfera była napięta. Monika rozejrzała się po stole.

– Mama mówiła, że rzadko wychodzi z domu – zaczęła. – Może przydałby się jej spacer?

– Lekarz zalecił ograniczenie wysiłku – wyjaśniłam spokojnie. – Po ostatnim wyjściu było pogorszenie.

– A może jednak woli świeże powietrze niż siedzenie w czterech ścianach? – odpowiedziała chłodno.

Teściowa westchnęła demonstracyjnie.

Nie chcę być ciężarem – powiedziała cicho. – Ale czasem czuję się, jakbym była pod kontrolą.

– Pod kontrolą? – powtórzyłam, nie dowierzając.

Paweł wpatrywał się w talerz.

Nikt nikogo nie kontroluje – mruknął w końcu. – Gabrysia robi wszystko, co może.

– Właśnie – wtrąciła Teresa. – Robi wszystko.

W tych dwóch słowach było coś, co zabrzmiało jak zarzut.

Wieczorem, gdy Monika już wyjechała, zamknęłam drzwi sypialni.

– Dlaczego pozwalasz, żeby tak mówiono? – zapytałam Pawła. – Słyszysz, co twoja mama sugeruje?

– Jest przewrażliwiona – odpowiedział, zdejmując zegarek. – Traci niezależność. To ją boli.

– A mnie nie boli?

Spojrzał na mnie z zaskoczeniem, jakby pierwszy raz zauważył, że też mam granice.

– Gabrysiu, nie rób z tego dramatu.

– To nie dramat. To moje życie. Przeniosłam pracę do kąta, zrezygnowałam z projektów, praktycznie nie wychodzę z domu, bo opiekuję się twoją matką. A w zamian słyszę tylko, że coś knuję.

Cisza, która zapadła, była gęsta. Czułam, że oddalamy się od siebie. On widział w moich słowach atak na swoją matkę. Ja widziałam w jego milczeniu brak lojalności. Zaczęłam czuć się jak gość we własnym domu. Każda decyzja była konsultowana z teściową. Najgorsze były noce. Kiedy Teresa wołała, wstawałam bez wahania. Paweł czasem się budził.

– Śpij, ja pójdę – mówił. Ale rzadko wstawał pierwszy.

Pewnej nocy, gdy siedziałam przy łóżku teściowej, zapytała nagle:

– Myślisz, że Paweł jest szczęśliwy?

Zaskoczyło mnie to pytanie.

– Mam nadzieję, że tak.

– On zawsze był bardzo związany z rodziną – ciągnęła. – Boję się, że się oddala.

– Od kogo? – zapytałam cicho.

– Od tego, co ważne.

Zrozumiałam, że w jej oczach to ja byłam tym oddaleniem. Obcą, która zmienia porządek rzeczy. Wracając do sypialni, spojrzałam na śpiącego Pawła. Leżał spokojnie, jakby wszystko było na swoim miejscu. A ja czułam, że grunt usuwa mi się spod nóg.

Nigdy nie zmieniła zdania

Pogorszenie przyszło nagle. Teściowa przestała wstawać z łóżka, a każdy ruch sprawiał jej trudność. Jej głos stał się słabszy, ale słowa – ostrzejsze. Siedziałam przy niej niemal bez przerwy. Paweł wziął kilka dni wolnego, jednak większość obowiązków i tak spadała na mnie. To ja wiedziałam, o której godzinie podać leki, jak ułożyć poduszki, kiedy otworzyć okno.

– Gabrysiu… – powiedziała któregoś popołudnia. – Nie musisz być taka czujna. Poradzę sobie.

Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.

– Nie chodzi o czujność. Chcę, żeby było mamie lżej.

– Każdy chce, żeby było lżej – odparła cicho. – Pytanie, jaki jest tego koszt.

Te rozmowy wyczerpywały mnie bardziej niż brak snu. Czułam, że w jej oczach wciąż jestem kimś podejrzanym. A jednak, gdy zamykała oczy z bólu, zapominałam o wszystkim i skupiałam się na tym, by ulżyć jej w cierpieniu. W kolejnych dniach jej siły gasły. Coraz częściej trzymałam ją za rękę, kiedy Paweł wychodził odebrać telefon od Moniki.

Mama jest coraz słabsza – słyszałam z jego ust. – Tak, Gabrysia czuwa.

Czuwa. To słowo brzmiało jak opis funkcji, nie jak relacji.

Pewnego dnia teściowa odeszła nad ranem. W pokoju byliśmy tylko we dwoje z Pawłem. Trzymał ją za jedną rękę, ja za drugą. Kiedy jej oddech ucichł, spojrzeliśmy na siebie w milczeniu. W jego oczach była rozpacz. W moich – zmęczenie i coś jeszcze, czego nie umiałam nazwać.

Monika przyjechała dopiero na pogrzeb. Przytuliła brata, a mnie skinęła głową.

Dziękuję, że się nią zajęłaś – powiedziała cicho.

Te słowa powinny były przynieść ulgę. Zamiast tego poczułam pustkę. Podziękowanie nie cofa podejrzeń, nie wymazuje miesięcy aluzji. Myślałam, że wraz z odejściem Teresy napięcie zniknie, a dom znów stanie się naszym miejscem. Nie przewidziałam, że prawdziwy cios dopiero nadejdzie.

Zapisała mi coś w testamencie

Do kancelarii notarialnej szliśmy w milczeniu. Paweł trzymał dokumenty pod pachą, Monika szła krok za nami. Miałam wrażenie, że idę na egzamin, do którego nikt mnie nie przygotował. Usiedliśmy przy dużym stole. Notariusz poprawił okulary i zaczął czytać spokojnym, równym głosem. Najpierw formalności. Data sporządzenia dokumentu. Dane osobowe. Słuchałam jak przez mgłę.

– Dom przy ulicy Brzozowej wraz z działką… – kontynuował.

Zerknęłam na Pawła. Patrzył przed siebie nieruchomo.

…zapisuję w całości mojej córce Monice.

Monika drgnęła lekko, jakby chciała coś powiedzieć, ale ostatecznie spuściła wzrok. Przełknęłam ślinę. „To jej matka” – pomyślałam. „To naturalne”. Notariusz czytał dalej.

– Zgromadzone oszczędności i ruchomości również przekazuję mojej córce Monice.

W pomieszczeniu zrobiło się duszno. Czekałam na zdanie, w którym pojawi się imię Pawła. Albo moje. Cokolwiek. Nie pojawiło się. A potem padły słowa, które do dziś słyszę z wyraźną ostrością.

– Pragnę również zaznaczyć, że opieka sprawowana przez moją synową według mnie miała charakter wyrachowany i była podyktowana oczekiwaniem korzyści majątkowych.

Serce zaczęło mi bić tak głośno, że przez chwilę nie słyszałam dalszej części.

– …dlatego nie widzę podstaw do uwzględnienia jej w niniejszym rozporządzeniu – zakończył notariusz.

Cisza była ciężka, niemal materialna.

To nieprawda – powiedziałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Mój głos zabrzmiał obco, zbyt głośno w tym spokojnym wnętrzu. Notariusz uniósł wzrok znad kartki.

– Ja jedynie odczytuję wolę spadkodawczyni – wyjaśnił uprzejmie.

Spojrzałam na Pawła.

Powiedz coś – wyszeptałam.

Zacisnął usta.

– Mama… miała prawo do swojej opinii.

Monika siedziała nieruchomo, wpatrzona w blat stołu.

– Nie wiedziałam, że to tam będzie – odezwała się w końcu cicho. – Przykro mi.

Ale nie zaprotestowała. Nie powiedziała, że to niesprawiedliwe. Nie zaproponowała podziału. Nie chodziło już o dom ani o pieniądze. Chodziło o to jedno zdanie, wypowiedziane publicznie, oficjalnie, jak wyrok. Rok mojego życia sprowadzony do oskarżenia o wyrachowanie. Największą stratą nie był majątek, którego nigdy nie miałam. Największą stratą była godność, którą ktoś postanowił mi odebrać jednym zdaniem – a najbliższa osoba nie stanęła w mojej obronie.

Straciłam rok na próżno

Do domu wróciliśmy osobno. Paweł powiedział, że musi jeszcze coś załatwić z Moniką. Ja zamknęłam za sobą drzwi i po raz pierwszy od dawna usiadłam w ciszy, która nie była przerywana dzwonkiem po leki ani czyimś wołaniem.

Kiedy Paweł wszedł wieczorem, stałam w kuchni.

– Musimy o tym porozmawiać – powiedziałam spokojnie. – O tym, że twoja matka w testamencie nazwała mnie wyrachowaną. A ty nie zaprzeczyłeś.

Westchnął.

– Gabrysiu, ona już nie żyje. Nie możemy się z nią kłócić.

– Nie chcę się z nią kłócić. Chcę wiedzieć, czy ty też tak myślisz.

Usiadł przy stole, splatając dłonie.

Nie wiem, co o tym myśleć – odpowiedział w końcu. – Może mama się bała. Może widziała rzeczy, których my nie widzieliśmy.

Poczułam, jak ogarnia mnie chłód.

– Jakie rzeczy? – zapytałam cicho.

– Może to, że przejęłaś wszystko. Dokumenty, decyzje… Była od ciebie zależna.

– Bo była chora – przerwałam. – Ktoś musiał się nią zająć. Ty byłeś w pracy. Monika w innym mieście. Jak możesz tak mówić?

Nie mówię, że zrobiłaś coś złego – odparł szybko. – Tylko że mama mogła to odbierać inaczej.

– A ty? – powtórzyłam. – Ty też odbierałeś to inaczej?

Milczał. To było odpowiedzią. Przez rok walczyłam nie tylko o uznanie teściowej, ale też męża. Chciałam, żeby był ze mnie dumny. Żeby widział, ile poświęcam. A on wahał się między mną a jej lękami. Poszłam do sypialni i wyjęłam z szafy walizkę. Paweł stanął w progu. Składałam ubrania metodycznie, jakby chodziło o zwykły wyjazd. W głowie miałam jednak absolutną jasność.

– To przez testament? – zapytał.

– Nie przez testament. Przez to, że nie stanąłeś po mojej stronie.

Usiadł na łóżku.

– Straciłem matkę – powiedział cicho.

– A ja straciłam poczucie, że mam męża.

Te słowa zawisły między nami jak granica, której nie dało się już przekroczyć. Wyprowadziłam się do wynajętego mieszkania. Na początku budziłam się w nocy, nasłuchując czy ktoś mnie woła. Potem zrozumiałam, że ta cisza należy do mnie.

Czasem zastanawiałam się, czy zrobiłabym to wszystko jeszcze raz. Odpowiedź przyszła niespodziewanie, gdy któregoś dnia spojrzałam w lustro i zobaczyłam w nim kobietę spokojną, choć poranioną. Tak, zaopiekowałabym się chorą osobą. Ale nie pozwoliłabym, by czyjaś nieufność stała się moją definicją.

Najbardziej bolało mnie nie to, że nie dostałam ani złotówki. Bolało mnie, że pozwoliłam, by jedno zdanie podważyło moją wartość. Dziś wiem, że godność nie zależy od testamentu ani od cudzej opinii. Zależy od tego, czy potrafimy stanąć po własnej stronie. Ja w końcu stanęłam.

Gabriela, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama