„Ojciec zawsze mówił, że wychował darmozjada. Dziś błaga o pomoc finansową, a ja nie jestem bankomatem”
„Wieczorem, wracając do domu, wiedziałem już jedno: pomogę matce. Ale nie dam się wciągnąć w grę ojca. Nie będę niczyim projektem do naprawy. Nie jestem bankomatem. I nie jestem już chłopcem, który wciąż czeka, aż ojciec go pochwali”.

Mam stabilną praca w IT, własne mieszkanie, brak dzieci i kontaktów z ojcem. Od lat – zupełna cisza. I dobrze mi z tym było. Ojciec całe życie powtarzał, że jestem darmozjadem. Że nie nadaję się do niczego. Że życie to nie bajka, a mnie się wydaje, że wszystko spadnie z nieba. Dorastałem z poczuciem, że cokolwiek zrobię, to za mało. Czwórka z matmy? „A kto miał piątkę?”. Własne oszczędności na komputer? „Ciekawe, kto płaci za prąd, żebyś mógł grać, darmozjadzie.”
Matka była łagodniejsza. Kochająca, ale bierna. „Zbyszek już taki jest” – powtarzała. Nigdy nie stanęła za mną. Gdy ojciec rzucał kąśliwe uwagi, spuszczała wzrok i sprzątała stół. Z domu uciekłem, gdy tylko mogłem. Studia w innym mieście. Później praca, własne życie. Cisza. Aż do teraz. Bo nagle, po tylu latach, zadzwonił. Jakby nic się nie stało. – Damian... To ja. Tata.
I wtedy poczułem tylko jedno: złość. Ale też ciekawość. Bo coś musiało się stać, skoro ten człowiek sięgnął po telefon.
Ten telefon mnie zaskoczył
Telefon trzymałem w ręku jeszcze długo po tym, jak się rozłączyliśmy. Głos ojca był suchy, zdystansowany. Jakbyśmy rozmawiali o zepsutym zaworze, nie o latach milczenia.
– Damian. To ja. Tata – powiedział.
– Wiem, kto dzwoni – rzuciłem chłodno. – Trochę za późno na ojcostwo, nie sądzisz?
Po drugiej stronie zapadła cisza. Usłyszałem tylko jego westchnięcie.
– Nie dzwonię się kłócić. Chciałem tylko... Zapytać, czy możemy się spotkać.
– Spotkać? – prychnąłem. – Przez pięć lat nie miałeś nawet odwagi wysłać SMS-a. Teraz nagle się stęskniłeś?
– To nic takiego. Po prostu... ważna sprawa. Nie przez telefon.
Ważna sprawa. Dla niego wszystko było „ważne”, oprócz moich emocji. Moich sukcesów. Mojego istnienia. Ale zanim zdążyłem odmówić, usłyszałem jeszcze:
– To chodzi o twoją matkę.
To zdanie zawisło w powietrzu. Milczałem. Wiedział, jak zagrać. Zawsze wiedział.
– Dobrze – powiedziałem. – Ale tylko jedno spotkanie. I nie licz na miłe powitania.
Umówiliśmy się na kawiarnię przy rynku, neutralny grunt. Przyszedł punktualnie. Wyglądał starzej niż zapamiętałem – siwy, przygarbiony, jakby nagle wszystko w nim zmiękło. Ale oczy... te same. Twarde, oceniające.
– Damian – kiwnął głową. – Dobrze cię widzieć.
– Nie kłam. Nie przyszliśmy tu na wspominiki. Mów, po co dzwoniłeś.
Oparł dłonie na stole. Popatrzył gdzieś za moje ramię.
– Bo już nie dajemy rady. Matka jest chora. A ja... Nie mamy z czego zapłacić za leki.
Wciąż czułem złość
– Co ty powiedziałeś? – zapytałem ostrożnie, choć przecież dobrze usłyszałem.
– Matka... choruje. Leki są drogie, Damian. A emerytura... wiadomo. – Zaczął mówić szybciej, jakby bał się, że mu przerwę.
– Czyli dzwonisz do darmozjada, bo jednak może się przydać, tak?
Spojrzał na mnie. Nie złością. Raczej... zawstydzeniem?
– Nie mówię, że musisz. Po prostu... nie mamy nikogo.
Zacisnąłem dłonie na filiżance, aż pobielały mi palce.
– To ciekawe, bo przez trzydzieści lat byłem nikim. Przypomnij mi, jak to szło? „Nie umiesz młotka trzymać, Damian. Żeby cię chociaż na magazyniera wzięli...” – cytowałem mechanicznie. – A teraz co? Bankomat się znalazł?
– Nie mówię, że to uczciwe... – spuścił wzrok. – Ale twoja matka... Ona cię kocha, zawsze cię kochała.
– A ty? – warknąłem. – Ty mnie kiedyś kochałeś, tato?
Zbigniew pokręcił głową, bardziej do siebie niż do mnie. Chciał coś powiedzieć, ale nie wyszło mu żadne słowo. W jego oczach zobaczyłem coś dziwnego – nie był to płacz, ale jakiś lęk, skrucha? Nie pasowało mi to do jego twarzy.
– Ile potrzeba? – zapytałem po chwili.
– Co? – uniósł brwi.
– Pytam, ile. Chcesz pieniądze, powiedz ile.
– Nie wiem. Lekarz mówił o tysiącu miesięcznie. Ale to też zależy...
Wstałem. Rzuciłem na stół dwie stówki.
– Dam ci to. Dla niej. Ale nie próbuj udawać, że jesteśmy rodziną. Nie po tym wszystkim.
I wyszedłem, zanim zdołał odpowiedzieć. Na ulicy wciągnąłem głęboko zimne powietrze. W środku coś się we mnie gotowało – złość, żal, satysfakcja? Nie wiedziałem jeszcze, że to dopiero początek.
Miałem pretensje do mamy
Drzwi do mieszkania otworzyła mi matka. Wyglądała starzej niż pamiętałem – jakby ktoś wyjął z niej resztki światła. Na twarzy miała cienie, oczy przekrwione. Ale uśmiechnęła się, jak tylko mnie zobaczyła.
– Damianek... – szepnęła. – Myślałam, że już nie przyjdziesz.
– Przyszedłem, bo chciałem z tobą porozmawiać – powiedziałem chłodno.
Weszliśmy do środka. Nic się tam nie zmieniło. Te same brązowe fotele, serwetki na telewizorze, ten zapach... wilgoci i herbaty.
– Zbyszek poszedł do apteki – powiedziała cicho. – Zaraz wróci.
Usiedliśmy. Przez chwilę było niezręcznie, aż w końcu spytałem:
– Czemu nic nie zrobiłaś?
– W jakiej sprawie?
– W mojej. Kiedy ojciec na mnie wrzeszczał, gdy mówił, że do niczego się nie nadaję. Czemu nigdy nie stanęłaś w mojej obronie?
Zamilkła. Spojrzała gdzieś w bok.
– Bałam się. On był... uparty. Ostry. Myślałam, że... ty sobie poradzisz. Byłeś taki mądry, silny...
– Nie byłem silny – przerwałem. – Miałem dziesięć lat. I nikt mnie nie bronił.
Matka zaczęła płakać. Schyliła głowę. Wtedy usłyszałem skrzypienie podłogi. Odwróciłem się. W drzwiach stał ojciec. W ręku trzymał reklamówkę z apteki. Słyszał wszystko. Stał tam przez chwilę, nieporadny, nie wiedząc, czy wejść, czy zniknąć. Potem zrobił krok do przodu i powiedział:
– Przepraszam.
Jego głos był cichy. Chyba pierwszy raz w życiu usłyszałem to słowo z jego ust. Nie odpowiedziałem. Patrzyłem na niego, a w środku miałem chaos. Bo czasem jedno „przepraszam” to za mało. A czasem… to wszystko, czego człowiek już nie potrafi powiedzieć lepiej.
Miałem chaos w głowie
Wyszedłem od nich, jakbym miał w klatce piersiowej worek kamieni. Nogi niosły mnie same – nie wiedziałem, dokąd idę. Minąłem kiosk, sklep z warzywami, aż w końcu znalazłem się nad Wisłą. Szedłem wzdłuż brzegu, wiatr ciął po twarzy, ale nie zawracałem.
W głowie miałem obraz matki – skulonej, jakby każdy jej oddech ważył tonę. I ojca, z tym idiotycznym „przepraszam” na ustach. Za co właściwie przepraszał? Za dzieciństwo, które mi odebrał? Za wszystkie noce, kiedy nie mogłem spać, bo czułem, że jestem nikim?
Usiadłem na ławce. Obok przeszedł chłopak z kubkiem kawy, uśmiechnięty, rozmawiał przez telefon. Zazdrościłem mu. Tego spokoju. Tego, że może zadzwonić do kogoś i powiedzieć: „Jestem. Słuchasz mnie?”
Po chwili usłyszałem głos znajomego.
– Damian? Ty tutaj?
To był Bartek – kolega z pracy. Przysiadł się bez pytania. Milczeliśmy chwilę, aż sam z siebie powiedział:
– Wiesz, kiedyś myślałem, że mam najgorszą rodzinę na świecie. A potem zrozumiałem coś prostego: nie musisz żyć według tego, co ci wpojono. Rodziny się nie wybiera. Ale możesz wybrać, kim ty chcesz być dziś.
Spojrzałem na niego. Tak po prostu. Aż tak?
– I co zrobiłeś? – zapytałem.
– Przestałem grać rolę, któą sobie wymyślili. Zacząłem pisać własną – uśmiechnął się.
Wieczorem, wracając do domu, wiedziałem już jedno: pomogę matce. Ale nie dam się wciągnąć w grę ojca. Nie będę niczyim projektem do naprawy. Nie jestem bankomatem. I nie jestem już chłopcem, który wciąż czeka, aż ojciec go pochwali.
Nic od niego nie chcę
Zadzwoniłem do ojca trzy dni później. Odebrał po dwóch sygnałach.
– Halo?
– Chcę się spotkać. Jeszcze raz. Sam na sam – powiedziałem spokojnie.
Milczał chwilę, jakby się bał, co usłyszy.
– Dobrze. Gdzie i kiedy?
Umówiliśmy się na tej samej ławce nad Wisłą, gdzie kilka dni temu siedziałem z Bartkiem. Przyszedł w starym płaszczu, spod którego wystawała koszula – ta sama, którą nosił, kiedy miałem dwanaście lat. Usiadł obok mnie bez słowa. Przez chwilę słyszeliśmy tylko wiatr i rzekę.
– Pomogę – zacząłem. – Będę przelewał pieniądze na konto mamy. Co miesiąc. Ale... nie rób sobie nadziei.
Popatrzył na mnie, bez złości. Może nawet z ulgą?
– Damian... Ja wiem, że nie byłem ojcem, którego potrzebowałeś.
– Przestań. Nie musisz się tłumaczyć. Nie jestem tu po przeprosiny.
Zacisnął dłonie. Drżały mu palce. Zobaczyłem w nich coś nowego – starość. Kruchość.
– Nigdy nie umiałem mówić. O emocjach, uczuciach. Tak mnie wychowali. Ale... może ty będziesz lepszy. Jak kiedyś będziesz miał dzieci.
Zamilkłem. Dzieci? Czy w ogóle chcę je mieć?
– Nie wiem, czy chcę. Bo nie chcę ich skrzywdzić tak, jak ty skrzywdziłeś mnie.
Westchnął. Powoli, jakby to, co usłyszał, zabolało bardziej niż się spodziewał. Ale nie zaprzeczył. Nie próbował niczego bronić.
– Przepraszam – wyszeptał tylko.
Potem wstał i odszedł. Nie będziemy już rodziną.
Damian, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Odkąd mąż przeszedł na emeryturę, zaczął liczyć pieniądze i każdą kromkę chleba. Tak się nie da żyć”
- „Mama mówiła, że babcia to sknera. Dopiero po jej śmierci odkryłam, na co naprawdę odkładała”
- „Przez 40 lat byliśmy z żoną jak papużki nierozłączki. Na starość znalazła sobie kochanka i chce mnie puścić z torbami”

