„Ojciec szastał pieniędzmi, a ja chodziłam w dziurawych butach. Gdy przyszłam po pożyczkę, powiedział 1 gorzkie zdanie”
„W przerwach sprawdzałam ogłoszenia o korepetycjach, brałam każde zlecenie. Byłam zmęczona, ale w tym zmęczeniu było coś oczyszczającego. Nikt nie patrzył na mnie z góry. Nikt nie mówił, że to życiowa lekcja”.

- Redakcja
Od dziecka wiedziałam, że pieniądze w naszym domu płynęły w jedną stronę. Ojciec potrafił wrócić z kolejnym drogim zegarkiem, a ja przez całą zimę nosiłam te same, przemakające buty. Tłumaczyłam sobie, że tak musi być, że dorosłe sprawy są ważniejsze. Dopiero gdy sama stanęłam pod ścianą, zrozumiałam, jak bardzo się myliłam.
Liczyłam na pomoc
Ojciec zawsze powtarzał, że pieniądze są po to, żeby było je widać. Nasz dom lśnił nowymi sprzętami, w garażu co kilka lat pojawiał się inny samochód, a on chodził w koszulach, które podobno szyto na miarę. Ja natomiast nauczyłam się podklejać podeszwy klejem kupionym w osiedlowym sklepie. Pamiętam dzień, gdy w liceum koleżanka spojrzała na moje buty.
– Znowu ci się rozkleiły? – zapytała cicho, jakby bała się mnie urazić.
Wzruszyłam ramionami.
– Jeszcze wytrzymają – skłamałam.
W domu nie mówiłam o takich rzeczach. Ojciec nie lubił „narzekań”. Kiedyś odważyłam się wspomnieć, że przydałaby mi się nowa kurtka.
– Przesadzasz. Masz przecież tamtą granatową – uciął, nawet nie podnosząc wzroku znad telefonu.
Granatowa była za mała od dwóch lat. Mama milczała. Zawsze milczała. Jej spojrzenie mówiło tylko: „Nie zaczynaj”. Kiedy wyjechałam na studia do innego miasta, obiecałam sobie, że będę niezależna. Pracowałam w kawiarni, udzielałam korepetycji, oszczędzałam każdy grosz. Nie prosiłam ojca o pomoc, choć wiedziałam, że stać go na wszystko.
Widziałam w mediach społecznościowych zdjęcia z jego kolejnych wyjazdów służbowych, eleganckie kolacje, nowe gadżety. Pod postami ludzie pisali: „Człowiek sukcesu”. Ja liczyłam monety przed kasą w sklepie. Problem pojawił się nagle. Właścicielka mieszkania, które wynajmowałam, sprzedała lokal. Nowy właściciel zażądał wyższej kaucji i czynszu. Miałam dwa tygodnie, żeby dopłacić brakującą kwotę albo się wyprowadzić. Siedziałam na łóżku i patrzyłam w sufit, ściskając telefon w dłoni. Numer do ojca znałam na pamięć. Przez kilka minut tylko przesuwałam palcem po ekranie, aż w końcu zadzwoniłam.
– Co się stało? – odebrał niemal od razu. – Rzadko dzwonisz.
– Potrzebuję pomocy – powiedziałam, czując, jak głos mi drży. – To tylko pożyczka. Oddam w ratach. Muszę dopłacić do mieszkania.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Ile? – zapytał w końcu.
Podałam kwotę. Dla mnie była ogromna. Dla niego – równowartość jednego obiadu w restauracji.
– Przyjedź w weekend – odpowiedział chłodno. – Porozmawiamy.
Te słowa brzmiały jak zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną, nie jak wsparcie dla córki. Mimo to poczułam ulgę. Byłam przekonana, że wszystko się ułoży. Nie wiedziałam jeszcze, że ta wizyta zmieni coś znacznie większego niż stan mojego konta.
Zaniemówiłam
Do domu weszłam w sobotnie popołudnie. W przedpokoju stały nowe, połyskujące szafki. Na wieszaku wisiał płaszcz ojca, elegancki i ciężki. Zdjęłam swoje znoszone buty i ustawiłam je z boku. Ojciec siedział w salonie. Telewizor był wyłączony, ale na stoliku leżał katalog z zegarkami.
– Usiądź – wskazał fotel naprzeciwko siebie. – Słucham.
Opowiedziałam mu wszystko: o podwyżce czynszu, o krótkim terminie, o pracy, którą miałam podjąć od przyszłego miesiąca, dzięki czemu mogłabym oddać pieniądze. Mówiłam szybko, żeby nie stracić odwagi.
– Nie proszę o prezent – dodałam na koniec. – Tylko o pożyczkę.
Ojciec splótł dłonie.
– Martyna, masz dwadzieścia trzy lata – zaczął tonem, jakim zwykle przemawiał do swoich pracowników. – W tym wieku ja już utrzymywałem rodzinę.
– Wiem – odpowiedziałam cicho. – Dlatego właśnie pracuję.
Westchnął.
– Jeśli teraz dam ci pieniądze, przyzwyczaisz się, że zawsze ktoś cię uratuje.
Poczułam, jak policzki mi płoną.
– To pierwszy raz, kiedy o coś proszę – przypomniałam.
Mama stała w drzwiach kuchni. Patrzyła na nas bez słowa.
– Ile masz na koncie? – zapytał nagle ojciec.
Podałam kwotę.
– A ile wydajesz miesięcznie na głupoty? Kawa na mieście, jakieś wyjścia?
– Nie wydaję na takie rzeczy – zaprotestowałam. – Pracuję po zajęciach.
– Zawsze można pracować więcej – odparł.
Te słowa zabolały, ale wciąż wierzyłam, że na końcu powie: „Dobrze, pomogę”. Wstał, podszedł do okna i przez chwilę patrzył na ogród.
– Dam ci te pieniądze – powiedział w końcu. – Ale pod jednym warunkiem.
Serce mi zabiło szybciej.
– Jakim?
– Podpiszesz umowę. Spiszę wszystko jak w banku. Odsetki niewielkie, symboliczne. Żebyś zrozumiała, że w życiu nic nie ma za darmo.
Zaniemówiłam.
– Chcesz… żebym płaciła ci odsetki? – zapytałam, choć dobrze usłyszałam.
Odwrócił się w moją stronę.
– Chcę, żebyś nauczyła się odpowiedzialności.
Mama zrobiła krok w naszą stronę.
– Może nie trzeba aż tak… – zaczęła niepewnie.
– Nie wtrącaj się – przerwał jej ojciec.
W tej chwili coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że dla niego nie jestem córką w potrzebie, tylko projektem do wychowania. Klientem.
– A gdybyś to ty potrzebował pomocy? – zapytałam cicho. – Też podpisałbyś ze mną umowę?
Uśmiechnął się krótko.
– Ja nie doprowadzam się do takich sytuacji.
To było to jedno gorzkie zdanie, które zostało ze mną na długo. W jego głosie nie było troski ani złości. Była wyższość. Wstałam.
– W takim razie poradzę sobie sama – powiedziałam.
– Nie bądź dumna – rzucił. – Świat nie nagradza uporu.
Spojrzałam na mamę. W jej oczach zobaczyłam coś, czego wcześniej nie dostrzegałam – bezsilność i wstyd. Wyszłam z domu bez pieniędzy i bez planu. Na przystanku autobusowym dłonie trzęsły mi się z nerwów. Nie wiedziałam jeszcze, co zrobię, ale wiedziałam jedno: nie podpiszę z własnym ojcem umowy jak z obcym człowiekiem.
Odzyskałam swoją godność
Wróciłam do wynajmowanego mieszkania późnym wieczorem. Usiadłam na podłodze, oparta plecami o łóżko, i długo patrzyłam w ścianę. W głowie wciąż brzmiało: „Ja nie doprowadzam się do takich sytuacji”. Jakby moje kłopoty były dowodem słabości, a nie zwykłym zbiegiem okoliczności. Następnego dnia zadzwoniłam do właściciela.
– Potrzebuję tygodnia więcej – powiedziałam wprost. – Czekam na wypłatę i dodatkowe zlecenie.
– Tydzień to maksimum – odparł sucho.
Zaczęłam dzwonić po znajomych z pracy. Nie po to, by prosić o pieniądze, tylko o dodatkowe godziny. Szefowa kawiarni spojrzała na mnie uważnie.
– Dasz radę brać tyle zmian? – zapytała.
– Muszę – odpowiedziałam.
Przez kilka dni praktycznie nie wychodziłam z pracy. W przerwach sprawdzałam ogłoszenia o korepetycjach, brałam każde zlecenie. Byłam zmęczona, ale w tym zmęczeniu było coś oczyszczającego. Nikt nie patrzył na mnie z góry. Nikt nie mówił, że to życiowa lekcja. W środę wieczorem zadzwoniła mama.
– Jak sobie radzisz? – zapytała cicho.
– Pracuję – odpowiedziałam. – Jakoś to poukładam.
Po drugiej stronie słyszałam jej nierówny oddech.
– Wiesz, ja… – zawahała się. – Ja też kiedyś prosiłam go o pomoc. I usłyszałam dokładnie to samo.
Zamarłam.
– Dlaczego mi nigdy nie powiedziałaś?
– Bo wstydziłam się, że wtedy zostałam. Że uznałam, że tak już musi być.
Milczałyśmy chwilę.
– Mamo, ja nie chcę tak żyć – powiedziałam w końcu.
– Wiem – odparła. – I chyba właśnie dlatego do ciebie dzwonię.
Dwa dni później przelała mi brakującą kwotę. Bez umowy, bez odsetek. W tytule przelewu mama wpisała tylko: „Na start”. Zadzwoniłam natychmiast.
– Oddam ci – powiedziałam.
– Wiem – odpowiedziała spokojnie. – Ale nie o to chodzi.
Uregulowałam należność u właściciela mieszkania w terminie. Kiedy wysłałam potwierdzenie przelewu, poczułam ulgę, jakiej dawno nie czułam. Nie dlatego, że ktoś mnie uratował, ale dlatego, że nie ugięłam się pod warunkiem, który odebrałby mi resztki godności. Ojciec odezwał się po tygodniu.
– Przemyślałaś moją propozycję? – zapytał, jakby nic się nie stało.
– Nie skorzystam – odpowiedziałam spokojnie. – Poradziłam sobie.
– Czyli jednak można – rzucił.
– Można – przyznałam. – Ale nie dzięki tobie.
Nie odpowiedział od razu. Po chwili tylko mruknął coś o ambicji i zakończył rozmowę. Od tamtej pory nasze kontakty stały się rzadsze. Nie było wielkiej awantury ani dramatycznego zerwania. Była za to wyraźna granica. Zrozumiałam, że nie zmienię jego podejścia do pieniędzy ani do świata. Mogłam zmienić tylko swoje. Dziś mam stabilną pracę i własne mieszkanie. Buty kupuję wtedy, gdy ich potrzebuję, nie wtedy, gdy całkiem się rozpadną. Czasem, gdy mijam witrynę z drogimi zegarkami, myślę o ojcu. Już bez żalu. Raczej z dystansem. Najcenniejszą rzeczą, jaką wtedy dostałam, nie były pieniądze od mamy. Była to świadomość, że nie muszę godzić się na wszystko. I że nawet jeśli czasem doprowadzę się do trudnej sytuacji, to wciąż mam w sobie dość siły, by z niej wyjść.
Martyna, 27 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Po latach musiałam wrócić w rodzinne strony. Nie sądziłam, że czeka tam na mnie niespodzianka od losu”
- „Miałam najlepszą przyjaciółkę na świecie i ukochanego męża. Nie przewidziałam, że oboje mnie zdradzą”
- „Na wyjeździe integracyjnym zdradziłem swoją żonę. Żałuję tego do dziś, ale pewne rzeczy są w życiu nieodwracalne”

