Reklama

Myślałam, że wygrałam los na loterii, kiedy ojciec zaproponował nam te pieniądze. Przelew na koncie wyglądał jak bilet do wolności, jak klucz do drzwi, za którymi czekało nas idealne życie bez pętli kredytowej zaciskającej się na szyi przez trzydzieści lat.

Byliśmy zmęczeni

Przez pierwsze cztery lata małżeństwa z Pawłem tułaliśmy się po wynajmowanych kawalerkach. Każdy, kto przeżył życie na trzydziestu metrach kwadratowych z oknami wychodzącymi na ruchliwą ulicę wie, jak bardzo marzy się wtedy o ciszy i własnym balkonie. Ceny nieruchomości w naszym mieście szybowały jednak w górę z prędkością światła, a nasze oszczędności, mimo że odkładaliśmy każdy grosz, topniały przez inflację szybciej, niż byliśmy w stanie je uzupełniać.

Pamiętam ten wieczór, kiedy wróciliśmy od znajomych, którzy właśnie odebrali klucze do szeregowca pod miastem. Paweł usiadł na brzegu naszego wysłużonego łóżka i schował twarz w dłoniach.

– Nigdy nas nie będzie na to stać – powiedział. – Bank wyliczył nam zdolność, która wystarczy co najwyżej na miejsce postojowe i komórkę lokatorską.

Wtedy do gry wkroczył mój ojciec. Zawsze uchodził za człowieka zaradnego, choć oschłego. Nasze relacje były poprawne, ale nigdy nie nazwałabym ich ciepłymi. Ojciec był typem zadaniowca. Nie przytulał, nie pocieszał, ale naprawiał cieknący kran i wymieniał opony w samochodzie. Uważał, że czyny znaczą więcej niż słowa. Kiedy zaprosił nas na niedzielny obiad, spodziewałam się standardowego zestawu pytań o pracę i narzekania na politykę.

Okazał się hojny

Zamiast tego, po deserze, wyjął z teczki wydruk z konta.

– Słuchajcie – zaczął tonem prezesa prowadzącego negocjacje. – Widzę, jak się męczycie. Mam pewne oszczędności. Matka, gdyby żyła, chciałaby, żebyście mieli lżej. Dam wam na wkład własny. I na wykończenie.

Spojrzałam na Pawła, który wyglądał, jakby ktoś właśnie uderzył go obuchem w głowę.

– Tato, ale to są ogromne pieniądze – wydusiłam. – Nie możemy…

– Nie gadaj bzdur – uciął krótko. – Pieniądz musi pracować albo służyć. Leżąc na koncie, traci. Kupicie mieszkanie, będziecie na swoim. Jedyny warunek jest taki, że macie znaleźć coś porządnego, a nie jakąś ruinę do remontu, w której utopicie zdrowie.

To brzmiało zbyt pięknie, by było prawdziwe. A jednak, zaślepiona wizją własnej sypialni i kuchni z oknem, zignorowałam cichy głosik intuicji, który szeptał mi z tyłu głowy, że w życiu nie ma nic za darmo.

Euforia trwała do momentu podpisania aktu notarialnego. Potem zaczęła się powolna, pełzająca inwazja. Pierwszy zgrzyt nastąpił już przy wyborze ekipy remontowej. Paweł miał zaufanego kolegę, fachowca, który robił remonty solidnie i w dobrej cenie. Byliśmy już z nim wstępnie umówieni.

Ustąpiliśmy mu

Kiedy wspomniałam o tym ojcu przy kawie, jego twarz stężała.

– Kolegę? – prychnął pogardliwie. – Z kolegami to się wychodzi na piwo, a nie robi interesy. Ja wam załatwię ekipę. Sprawdzoną. Robili u mnie w biurze.

– Ale tato, Tomek jest naprawdę dobry, widzieliśmy jego realizacje – próbowałam oponować.

– Czy ja mówię po chińsku? – Głos ojca nie był podniesiony, ale miał w sobie ten zimny, stalowy ton, który nie znosił sprzeciwu. – Daję wam pieniądze, więc chcę mieć pewność, że nie zostaną zmarnowane przez jakiegoś partacza. Będzie moja ekipa i koniec dyskusji.

Paweł zacisnął zęby, ale nie powiedział słowa. Wiedziałam, co myśli. Że to nasze mieszkanie, ale pieniądze teścia. Ustąpiliśmy. To był pierwszy błąd. Pokazaliśmy, że nasze granice są z gumy. Ekipa ojca okazała się dwa razy droższa od Tomka. Kiedy o tym wspomniałam, ojciec stwierdził tylko, że „jakość kosztuje” i sam dopłacił różnicę. Wtedy wydawało mi się to gestem hojności. Dziś wiem, że to było po prostu dokupowanie kolejnych udziałów w naszym życiu.

Remont stał się koszmarem. Ojciec przyjeżdżał do mieszkania codziennie. Miał własny komplet kluczy, który wręczyłam mu sama, myśląc, że to ułatwi logistykę dla robotników. Wchodził tam jak do siebie. Zmieniał nasze ustalenia z majstrem, nie pytając nas o zdanie.

Kontrolował wszystko

Pewnego dnia przyjechałam po pracy, żeby zobaczyć postępy w łazience. Mieliśmy wybrane piękne, grafitowe płytki. Zamiast nich na ścianach zobaczyłam beżowy marmur.

– Co tu się stało? – zapytałam osłupiała.

Majster wzruszył ramionami.

– Inwestor kazał zmienić. Powiedział, że tamte były ponure jak w grobowcu.

Poczułam, jak krew uderza mi do głowy. Zadzwoniłam do ojca natychmiast.

– Dlaczego zmieniłeś płytki bez naszej wiedzy?!

– Nie unoś się, dziecko – odpowiedział spokojnie. – Zrobiłem wam przysługę. Marmur jest ponadczasowy. Kiedyś mi podziękujesz. Poza tym to ja płacę za te materiały, więc chyba mam prawo wymagać, żeby to wyglądało estetycznie, prawda?

Wprowadziliśmy się trzy miesiące później. Mieszkanie było piękne. Przestronne, urządzone z dbałością o każdy detal. I kompletnie nie nasze. Każdy mebel, każdy kolor ściany, nawet układ szafek w kuchni był przeforsowany przez ojca. Paweł nienawidził tego miejsca od pierwszego dnia. Czuł się tam jak gość w hotelu.

Wpadał bez zapowiedzi

Nasze relacje małżeńskie zaczęły się psuć. Paweł stał się wycofany. Wcześniej był duszą towarzystwa, miał mnóstwo energii. Teraz wracał z pracy i siadał przed telewizorem, unikając rozmów.

– Dlaczego nie powiesisz tego obrazu, który dostaliśmy od twojej siostry? – zapytałam pewnego wieczoru.

Paweł spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.

– A po co? Żeby twój ojciec przyszedł i powiedział, że to kicz, który nie pasuje do jego koncepcji salonu? Nie udawajmy. My tu tylko mieszkamy. To jest jego muzeum.

Chciałam zaprzeczyć, ale słowa uwięzły mi w gardle. Miał rację. Ojciec nie przestał nas kontrolować po zakończeniu remontu. Wręcz przeciwnie. Uważał, że skoro zainwestował w nas tyle kapitału, ma prawo do dywidendy w postaci naszej całkowitej uległości.

Wpadał bez zapowiedzi. Otwierał drzwi własnym kluczem, wchodził do środka, nie zdejmując butów, i zaczynał inspekcję. Przesuwał palcem po meblach, sprawdzając kurz. Zaglądał do lodówki. Komentował, że kupujemy zbyt drogie wędliny albo że marnujemy prąd, bo zostawiliśmy włączoną lampkę w przedpokoju.

– Musicie szanować pieniądze – powtarzał jak mantrę. – Gdyby nie ja, dalej gnieździlibyście się w tej norze.

Oczekiwał posłuszeństwa

Szczytem wszystkiego była sytuacja z moim samochodem. Moje stare auto zaczęło się psuć. Ojciec stwierdził, że to niebezpieczne i że powinnam je zmienić. Oczywiście zaoferował „pomoc”. Paweł wtedy wybuchł.

– Nie weźmiemy od ciebie ani grosza – powiedział twardo przy niedzielnym obiedzie. – Poradzimy sobie sami. Weźmiemy kredyt.

Ojciec zaśmiał się krótko, sucho.

– Kredyt? Z waszymi pensjami? Po co chcecie płacić odsetki bankom, skoro ja mogę wam pożyczyć bez procentu? To nielogiczne. Zawsze miałeś problem z logicznym myśleniem, dlatego wciąż tkwisz na tym samym stanowisku od pięciu lat.

Paweł wstał od stołu, rzucił serwetką i wyszedł. Nie odezwał się do mnie przez dwa dni. A ja zostałam przy stole i dokończyłam zupę, bo bałam się urazić ojca. Bałam się, że wypomni mi te setki tysięcy złotych włożone w ściany, które mnie otaczały.

Miesiąc później spotkałam się z moją siostrą Kasią. Była czarną owcą w rodzinie. Zawsze buntownicza, odmówiła pójścia na studia prawnicze, które wybrał dla niej ojciec, i została graficzką. Ojciec uważał to za porażkę wychowawczą i rzadko z nią rozmawiał. Kasia wynajmowała małe mieszkanie w starej kamienicy, jeździła rowerem i, w przeciwieństwie do mnie, wyglądała na szczęśliwą.

Zazdrościłam jej

Siedziałyśmy w jej kuchni, pijąc herbatę z obtłuczonych kubków. Na ścianach wisiały jej prace, wszędzie było pełno kolorów, roślin i lekkiego chaosu.

– Jak tam w pałacu? – zapytała z przekąsem, krojąc ciasto.

– Przestań – westchnęłam. – Jest ciężko. Ojciec nas dusi.

Spojrzała na mnie uważnie.

– Ostrzegałam cię. Od ojca nic nie bierze się za darmo. Każda złotówka od niego ma wbudowany GPS i podsłuch. On nie daje prezentów, on kupuje wpływy.

– Ale co miałam zrobić? – broniłam się słabo. – Nie mieliśmy szans na własne mieszkanie.

– I co z tego? – Kasia oparła się o blat. – Ja nie mam własnego mieszkania. Może nigdy nie będę mieć, ale nikt nie wchodzi mi do domu o ósmej rano w sobotę, żeby sprawdzić, czy umyłam podłogę. Nikt nie mówi mi, jakie płytki mam położyć. Wolność kosztuje, siostra. Ja płacę za nią brakiem luksusu. Ty zapłaciłaś spokojem. Pytanie tylko, czy cena nie była za wysoka.

Jej słowa uderzyły mnie z ogromną siłą. Zrozumiałam, że zazdroszczę jej tego obtłuczonego kubka, który sama wybrała. Zazdroszczę jej tego, że kiedy zamyka drzwi, jest u siebie.

Wpadł bez zapowiedzi

Punkt krytyczny nadszedł w moje urodziny. Zaplanowaliśmy z Pawłem kameralną kolację dla znajomych. Chcieliśmy, żeby było luźno, bez spiny. Przygotowałam przekąski, Paweł zadbał o napoje. O godzinie dziewiętnastej, kiedy goście już siedzieli i świetnie się bawiliśmy, w zamku zazgrzytał klucz. Do środka wszedł ojciec. Nie był sam. Przyprowadził swojego znajomego, jakiegoś architekta wnętrz.

– O, widzę, że macie imprezę – powiedział, nie zważając na konsternację moich przyjaciół. – Nie będziemy przeszkadzać. Chciałem tylko pokazać panu Markowi, jak rozwiązaliśmy kwestię oświetlenia w salonie, bo planuje podobne u siebie.

Paweł wstał, a jego twarz była biała z wściekłości.

– Tato, to nie jest dobry moment – powiedziałam drżącym głosem. – Mamy gości.

– No przecież widzę – ojciec machnął ręką. – Zajmie nam to pięć minut. Marek, chodź, zobacz te listwy ledowe. To był mój pomysł, bo młodzi chcieli tu dać jakieś wiszące lampy.

Ignorując nas, zaczął oprowadzać obcego człowieka po naszym salonie, komentując wystrój i chwaląc się swoimi decyzjami, jakby oprowadzał wycieczkę po swoim prywatnym folwarku. Nasi znajomi siedzieli w milczeniu, patrząc w talerze. Czułam, jak upokorzenie pali mnie żywym ogniem.

To był koniec

Wtedy Paweł pękł.

– Proszę wyjść – powiedział cicho, ale stanowczo.

Ojciec zatrzymał się w pół słowa i spojrzał na mojego męża z niedowierzaniem.

– Słucham?

– Proszę wyjść. Natychmiast. I ty, i twój gość – Paweł podszedł do ojca. – To jest nasz dom. Nie zapraszaliśmy was. Naruszacie naszą prywatność.

– Wasz dom? – ojciec zaśmiał się jadowicie. – Chłopcze, gdyby nie ja, nie miałbyś nawet gdzie postawić tej kanapy. Wszystko, co tu widzisz, jest dzięki mojej dobrej woli. Więc okaż trochę wdzięczności i nie pyskuj.

– Wdzięczność nie oznacza niewolnictwa! – krzyknęłam, stając obok męża. Pierwszy raz w życiu podniosłam głos na ojca. – Dałeś nam pieniądze, tak. Ale to nie znaczy, że kupiłeś nas na własność! Wyjdź stąd. I oddaj klucze.

W pokoju zapadła absolutna cisza. Ojciec patrzył na mnie, jakby widział mnie pierwszy raz w życiu. Jego twarz poczerwieniała.

– Jeśli teraz wyjdę, to moja noga więcej tu nie postanie – syknął. – I możecie zapomnieć o jakiejkolwiek pomocy w przyszłości. Zostaniecie sami z rachunkami, z problemami. Zobaczymy, jak sobie poradzicie, niewdzięcznicy.

– Poradzimy sobie – odpowiedziałam, czując dziwny spokój. – Wolę jeść chleb z masłem w spokoju, niż kawior w twoim towarzystwie.

Nie odezwał się

Ojciec rzucił klucze na podłogę. Odwrócił się na pięcie i wyszedł, trzaskając drzwiami tak mocno, że zadrżały szyby w oknach. Minęło pół roku od tamtego wieczoru. Ojciec dotrzymał słowa – nie odzywa się do nas. Zablokował mój numer, nie odbiera telefonów, a na święta nie dostaliśmy nawet kartki. W rodzinie krążą plotki, że jestem wyrodną córką, która wykorzystała starego ojca i wyrzuciła go z domu. Nie prostuję tego. Nie mam siły walczyć z jego wersją prawdy.

Czy jest nam lekko? Nie. Okazało się, że czynsz w tym budynku jest horrendalnie wysoki, a my nie mamy już poduszki finansowej ojca. Musieliśmy zacisnąć pasa. Paweł wziął dodatkowe zlecenia, ja szukam lepiej płatnej pracy. Czasami, kiedy przychodzi termin płatności rachunków, czuję ukłucie strachu.

Ostatnio podjęliśmy decyzję. Sprzedajemy to mieszkanie. Jest za duże, za drogie w utrzymaniu i wciąż zbyt pełne wspomnień o dominacji ojca. Kupimy coś mniejszego, skromniejszego, ale całkowicie naszego. Oddamy ojcu każdą złotówkę, którą włożył w ten lokal. Weźmiemy kredyt, żeby go spłacić. Będziemy zadłużeni w banku przez trzydzieści lat, to prawda.

Żałuję, że dałam się nabrać na rzekome dobre serce ojca. Straciłam przez to rok spokoju i prawie zniszczyłam swoje małżeństwo. Ale zrozumiałam, że darmowy ser jest tylko w pułapce na myszy. I że wdzięczność wymuszona szantażem to nie wdzięczność, to haracz. A ja haraczy płacić już nie zamierzam.

Ewelina, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama