Reklama

Od zawsze miałam głowę w chmurach, podczas gdy mój mąż twardo stąpał po ziemi. Kiedy straciłam pracę w korporacji, poczułam, że to znak od losu. Zamiast szukać nowego etatu, postanowiłam napisać powieść fantasy, o której marzyłam od dziecka. Wszyscy pukali się w czoło, a mąż spakował walizki. Nie wiedziałam wtedy, że ta najtrudniejsza decyzja w życiu przyniesie mi nie tylko zawodowy triumf, ale i prawdziwą miłość.

Tłumiłam w sobie pragnienie

Moje życie przez ostatnie lata przypominało idealnie zaplanowany arkusz kalkulacyjny, w którym nie było miejsca na żaden błąd, a tym bardziej na odrobinę magii. Od ósmej do szesnastej siedziałam za biurkiem w przeszklonym biurowcu, wklepując dane do systemu i odpowiadając na dziesiątki identycznych wiadomości. Nienawidziłam tej pracy z całego serca. Czułam, że z każdym dniem ulatuje ze mnie resztka kreatywności, a moja dusza powoli blaknie.

Jedyną ucieczką były moje myśli. Od czasów szkolnych marzyłam o tym, by zostać pisarką. W mojej głowie tętniły życiem niesamowite światy, pełne pradawnych lasów, latających miast i bohaterów, którzy musieli ocalić swój lud przed nadejściem wielkiej zimy. Zapisywałam pomysły wszędzie, gdzie się dało. Moja torebka była pełna wymiętych serwetek z kawiarni, na których bazgrałam zarysy fabuły. Pamięć mojego telefonu pękała w szwach od notatek głosowych i krótkich akapitów pisanych w drodze do pracy.

Niestety, na tym się kończyło. Wracając do domu, wpadałam w wir codziennych obowiązków. Mój mąż, Alan, był księgowym. Człowiekiem niezwykle zorganizowanym, praktycznym i pozbawionym jakichkolwiek artystycznych skłonności. Kiedy próbowałam mu opowiedzieć o nowej postaci, którą właśnie wymyśliłam, patrzył na mnie z pobłażliwym uśmiechem, jakby słuchał dziecka opowiadającego o zmyślonym przyjacielu.

— To bardzo miłe, że masz takie hobby — powtarzał, nie odrywając wzroku od ekranu telewizora. — Ale pamiętaj, że na czynsz trzeba zarobić w prawdziwym świecie. Fantastyką rachunków nie opłacisz.

Jego słowa zawsze działały na mnie jak kubeł lodowatej wody. Tłumiłam w sobie to pragnienie, obiecując sobie, że zacznę pisać w weekend, podczas urlopu, na emeryturze. Ten idealny moment jednak nigdy nie nadchodził.

Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę

Wszystko zmieniło się w jeden pochmurny, poniedziałkowy poranek. Zostałam wezwana do gabinetu dyrektora działu. Zanim jeszcze usiadłam na niewygodnym krześle z czarnej ekoskóry, wiedziałam, co się święci. Firma przechodziła restrukturyzację. Wręczono mi wypowiedzenie. Wyszłam z biurowca z niewielkim kartonem, w którym znajdował się mój ulubiony kubek, ramka ze zdjęciem i kilka notesów zapisanych drobnym drukiem. Ku mojemu własnemu zdumieniu, nie czułam strachu ani rozpaczy.

Człowiek, który nagle traci stabilne źródło dochodu, powinien wpadać w panikę, a ja czułam jedynie obezwładniającą, niewyobrażalną ulgę. Kiedy weszłam do mieszkania, Alan już tam był. Pracował tego dnia zdalnie. Spojrzał na mój karton z wyraźnym niepokojem.

Zwolnili mnie — powiedziałam spokojnie, stawiając pudło na stole w jadalni.

Alan natychmiast zamknął laptopa, a jego twarz przybrała wyraz najwyższego skupienia.

— Jak to cię zwolnili? Z jakiego powodu? — dopytywał, wyraźnie zdenerwowany. — Przecież mamy kredyt do spłacenia! Musisz natychmiast zaktualizować swoje CV! Zadzwonię do znajomego z branży, może będą mieli dla ciebie jakieś stanowisko.

— Nie, Alan — odpowiedziałam, a mój głos zabrzmiał obco nawet dla mnie samej. Był stanowczy, pozbawiony wahania. — Nie chcę wracać do korporacji. Będę pisać. Będę łapać drobne zlecenia na korekty tekstów, żeby dołożyć się do rachunków, ale resztę czasu poświęcę na moją książkę. To jest mój moment.

Alan patrzył na mnie przez dłuższą chwilę w całkowitym milczeniu. Jego wzrok wyrażał mieszaninę niedowierzania i litości.

— Ty chyba żartujesz — powiedział w końcu cicho. — Masz ponad trzydzieści lat. Nie jesteś nastolatką, żeby bawić się w wymyślanie bajek o smokach i czarodziejach. Oczekuję od ciebie dojrzałości. Jesteś beztroska i zachowujesz się jak dziecko.

Dystans między nami rósł

Nasza rozmowa przerodziła się w poważną kłótnię. Po raz pierwszy od lat nie ustąpiłam. Następnego dnia zadzwoniła do mnie moja dawna przyjaciółka z biura, Klara. Powiedziała, że w zaprzyjaźnionej firmie szukają kogoś na moje stanowisko i mogłaby szepnąć o mnie dobre słowo.

— Dziękuję ci, Klaro, to bardzo miłe z twojej strony — powiedziałam, trzymając w dłoni słuchawkę. — Ale postanowiłam zrobić sobie przerwę od biura. Chcę spróbować swoich sił w pisaniu.

W słuchawce zapadła niezręczna cisza.

— W pisaniu? — zapytała Klara, a w jej głosie usłyszałam nutę zdezorientowania. — Przecież to tylko hobby. W dzisiejszych czasach nikt nie wydaje takich rzeczy, zwłaszcza fantastyki. Nie boisz się, że niszczysz sobie karierę?

Kiedy odłożyłam telefon, poczułam bolesne ukłucie samotności. Znajomi z pracy przestali się odzywać, a ci, z którymi jeszcze utrzymywałam kontakt, patrzyli na mnie z politowaniem, jakbym przechodziła jakieś załamanie. Tymczasem ja po prostu usiadłam do komputera. Zaczęłam od podstaw. Rozpisałam mapę mojego wymyślonego świata, stworzyłam drzewa genealogiczne bohaterów i wreszcie zaczęłam stukać w klawiaturę.

Zarabiałam na życie, wykonując wieczorami zlecenia dla portali internetowych — poprawiałam błędy, wygładzałam cudze teksty. Było to żmudne, ale pozwalało mi na opłacenie mojej części rachunków. Alan jednak nie potrafił tego zaakceptować.

— Znowu siedzisz przed tym ekranem i piszesz te swoje głupoty? — rzucał za każdym razem, gdy przechodził obok mnie w salonie. — Chcieli cię w porządnej firmie, a ty wolisz uciekać od rzeczywistości. Nie potrafię z tym żyć.

Dystans między nami rósł z każdym zapisanym przeze mnie słowem. Nasze wspólne wieczory zamieniły się w milczące unikanie swojego wzroku. Alan nie pytał mnie, o czym jest książka. Nie interesował go proces twórczy. Dla niego był to dowód na moje życiowe nieudacznictwo i ucieczkę od prawdziwych problemów.

Zostałam zupełnie sama

Minęły trzy miesiące. Moja powieść nabierała kształtów, a bohaterowie stawali się dla mnie niemal prawdziwymi ludźmi. Czułam, że tworzę coś wyjątkowego, historię, która płynęła prosto z mojego serca. Niestety, w moim prawdziwym życiu panował chłód. Pewnego popołudnia, gdy skończyłam pisać wyjątkowo trudny rozdział, weszłam do sypialni i zobaczyłam Alana pakującego rzeczy do dużej, materiałowej torby. Przystanęłam w progu, nie do końca rozumiejąc, co się dzieje.

— Co ty robisz? — zapytałam, czując, jak serce zaczyna mi bić szybciej.

Alan zapiął zamek z głośnym trzaskiem i odwrócił się w moją stronę. Jego twarz była pozbawiona jakichkolwiek emocji.

— Wyjeżdżam do matki na jakiś czas — powiedział chłodno. — Muszę odpocząć. Nie mogę patrzeć, jak marnujesz nam życie swoimi fantazjami. Mam nadzieję, że podczas mojej nieobecności przemyślisz swoje zachowanie i wrócisz do normalności. Kiedy zrozumiesz, że z tego twojego pisania nic nie będzie, daj mi znać. Może jeszcze da się to wszystko naprawić.

Zabrał torbę, minął mnie w przedpokoju i wyszedł, nie odwracając się nawet na moment. Trzask zamykanych drzwi odbił się głośnym echem w pustym mieszkaniu. Usiadłam na podłodze i ukryłam twarz w dłoniach. Zostałam zupełnie sama. Bez wsparcia męża, bez zrozumienia ze strony znajomych. Tylko ja i mój zmyślony świat w komputerze.

Wrzuciłam krótki fragment

Początkowo cisza w mieszkaniu była przytłaczająca, ale z czasem stała się moim największym sprzymierzeńcem. Całkowicie zatraciłam się w pisaniu. Budziłam się o świcie, robiłam dzbanek herbaty i od razu siadałam do klawiatury. Słowa płynęły same. Kiedy jednak ukończyłam pierwszą połowę książki, poczułam potrzebę podzielenia się nią z kimś, kto nie oceni mnie przez pryzmat mojego rzekomego nieudacznictwa.

Dołączyłam do internetowej grupy dla początkujących pisarzy. Była to niewielka społeczność pasjonatów, wymieniających się uwagami, radami i fragmentami swoich dzieł. Długo wahałam się, czy opublikować swój tekst. W końcu, pewnego chłodnego wieczoru, przełamałam się. Wrzuciłam krótki fragment opisujący prastary dąb pełen świecących symboli i spotkanie mojej głównej bohaterki z istotą z innej przestrzeni.

Komentarze zaczęły pojawiać się po kilkunastu minutach. Inni byli ciekawi świata, zadawali pytania o system, który stworzyłam. Jeden komentarz zwrócił moją szczególną uwagę.

„Twoje opisy są niezwykle plastyczne. Czytając to, od razu widzę tę scenę przed oczami. Czy mogę spróbować coś naszkicować?” — napisał użytkownik o imieniu Gabriel.

Zgodziłam się niemal natychmiast. Dwa dni później dostałam od niego prywatną wiadomość z załącznikiem. Kiedy otworzyłam plik, wstrzymałam oddech. Z ekranu patrzyła na mnie moja bohaterka, dokładnie taka, jaką ją sobie wyobrażałam. Rysunek był szczegółowy, pełen delikatnego cieniowania i detali, o których wspominałam w tekście.

„To jest niesamowite” — odpisałam, czując ogromne wzruszenie. — „Jak udało ci się tak idealnie uchwycić jej wyraz twarzy?”.

Gabriel odpisał błyskawicznie.

„Masz dar do opisywania emocji. Twój tekst prowadził moją rękę. Chętnie przeczytam więcej, jeśli mi pozwolisz. Jestem ilustratorem, tworzę okładki do książek, ale rzadko trafiam na coś, co tak bardzo mnie intryguje”.

Ryzyko się opłaciło

Nasza znajomość rozwijała się niezwykle naturalnie. Gabriel stał się moim pierwszym czytelnikiem, powiernikiem i najsurowszym krytykiem zarazem. Spędzaliśmy długie godziny na dyskusjach o motywach postępowania bohaterów, o wyglądzie miast i architekturze miejsc, w których toczyła się akcja. Po raz pierwszy w życiu czułam, że ktoś naprawdę mnie rozumie. Gabriel nie uważał mojego pisania za fanaberię. Traktował je z szacunkiem i powagą.

Wymienialiśmy się dziesiątkami wiadomości dziennie. Opowiadał mi o swojej pracy nad ilustracjami, o wyjazdach w góry, gdzie szukał inspiracji, a ja dzieliłam się z nim moimi obawami i nadziejami. Jego wsparcie dawało mi siłę, której tak bardzo potrzebowałam. Z czasem zrozumiałam, że czekam na każdą wiadomość od niego z niecierpliwością, której od dawna nie czułam.

Z pomocą Gabriela ukończyłam powieść. Pomógł mi przygotować materiały dla wydawnictw, zaprojektował roboczą okładkę i wspierał mnie, gdy wysyłałam pliki do redakcji. Czekanie na odpowiedź było wyczerpujące, ale wiedziałam, że cokolwiek się wydarzy, zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy. Kilka tygodni później, w czwartkowe przedpołudnie, otrzymałam maila z dużego, renomowanego wydawnictwa. Redaktorka pisała, że moja historia całkowicie ją pochłonęła i proponują mi umowę wydawniczą. Płakałam ze szczęścia, czytając tę wiadomość na głos do słuchawki, podczas rozmowy z Gabrielem.

Wiedziałem, że ci się uda — powiedział z ciepłem w głosie. — Musimy to uczcić. Może wreszcie spotkamy się na żywo?

Spotkaliśmy się w małej kawiarni w centrum miasta. Gabriel okazał się jeszcze wspanialszym człowiekiem w rzeczywistości niż w wirtualnym świecie. Przegadaliśmy kilka godzin, a ja czułam, jakbym znała go od zawsze. Był obecny przy procesie redakcji, zaprojektował oficjalną okładkę mojej książki, a z czasem stał się kimś znacznie więcej niż tylko współpracownikiem. Alan dowiedział się o moim sukcesie z mediów społecznościowych. Przysłał mi wiadomość, w której gratulował i proponował spotkanie, by „porozmawiać o naszej przyszłości”. Odmówiłam bez wahania. Wysłanie papierów rozwodowych było jedynie formalnością, zamknięciem rozdziału, który przyniósł mi więcej smutku niż radości.

Książka okazała się sukcesem. Zyskała grono wiernych czytelników, a wydawnictwo szybko poprosiło o napisanie kontynuacji. Dziś budzę się rano u boku Gabriela, w naszym wspólnym, pełnym książek i szkiców mieszkaniu. Każdego dnia siadam do pisania i z uśmiechem myślę o tym, jak dobrze się stało, że zamknęłam za sobą drzwi dawnego, bezpiecznego życia. Ryzyko się opłaciło, a magia, o której tak uparcie pisałam, w końcu zagościła w mojej własnej rzeczywistości.

Beata, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama