Reklama

Czasem wydaje mi się, że całe życie toczy się już obok mnie. Mieszkam sama, w bloku na obrzeżach miasta. Kiedyś było tu gwarno – dzieci, wnuki, sąsiedzi. Dziś jest głównie cisza. I dźwięk lodówki, która buczeniem przypomina, że nadal pracuje. Chyba jako jedyna. Zimą nie lubię stycznia. W styczniu jest Dzień Babci. Zawsze wtedy robi mi się przykro.

Wstaję codziennie o tej samej porze, robię sobie kawę w tej starej szklance z uszkiem. Potem siadam przy oknie i udaję. Udaję, że czegoś wypatruję, że może ktoś zadzwoni. Że może w tym roku któreś wnuki sobie przypomną. Przecież mają telefony. Chyba dalej mają mój numer. Chyba.

Kiedyś przychodzili. Z laurkami, z plasteliną we włosach, z buzią umazaną czekoladą. Nawet jak ciasto się nie udało, to wszyscy mówili, że pyszne. A dziś? Dziś są tylko wspomnienia. I sąsiadka Wiesia, której kłamię w żywe oczy, że też spodziewam się gości. Choć przecież wiem, że nikt nie przyjdzie.

Nie mówiłam prawdy

– Oj, Basiu, to u ciebie pewnie cała ferajna się zjedzie, co? – zapytała Wiesia przez telefon. – Wnuki, dzieci… Dzień Babci przecież!

Przytrzymałam słuchawkę nieco dalej od ucha. Przez chwilę milczałam. Potem odpowiedziałam, trochę za wesoło:

– No pewnie, Wiesiu. Marek zapowiadał się już w zeszłym tygodniu, a Tomek też coś mówił, że wpadnie. No i Zosia z Pawłem... Zrobili mi niespodziankę rok temu, to kto wie?

– Oj, zazdroszczę ci. U mnie to tylko Kamil się może zjawi, ale on zawsze coś przyniesie, wiesz, taki porządny chłopak.

– No widzisz, Wiesiu. To czekamy obie. – Uśmiechnęłam się sama do siebie, jakbym właśnie zamknęła udaną scenę w jakimś kiepskim serialu.

Gdy się rozłączyłam, przez chwilę siedziałam w ciszy. Potem westchnęłam. Wstałam z kanapy i zaczęłam ścierać kurze. Nie dlatego, że były – ale dlatego, że wypadało. Otworzyłam kredens, wyjęłam porcelanę, której nikt nie używa od ślubu Tomka. Ustawiłam filiżanki na stole. Tak na wszelki wypadek.

Wieczorem wyciągnęłam z szuflady pudełko. Znalazłam w nim stare kartki – „Dla Babci, od Zosi”, bazgroły flamastrami, serduszka i literki jak ziemniaki. Przesuwałam po nich palcem jak po twarzy dziecka, którego dawno się nie widziało. I wtedy dopiero, bez dźwięku, poleciały mi łzy.

Przytuliłam do piersi kartkę od Pawła, tę z uśmiechniętym dinozaurem. I powiedziałam półgłosem:

– Babcia wciąż tu jest, kochanie. Wciąż czeka.

Miałam nadzieję

Zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam do Marka. Długo nie odbierał. Już chciałam się rozłączyć, kiedy wreszcie usłyszałam jego głos.

– Halo?

– Marek… to ja. Mama.

– O, hej. Wszystko w porządku?

– Tak, tak… Dzwonię tylko… no, wiesz… Dzień Babci niedługo, to się tak zastanawiałam… może planujecie coś z dziećmi? – Ugryzłam się w język, jak tylko skończyłam mówić.

Brzmiałam jak żebraczka pod sklepem.

– No wiesz, mamo, ferie się zaczynają, może w lutym przyjedziemy. Jeszcze nic nie wiem. Musimy to zgrać z pracą Gosi, bo ona teraz ma ciężki okres. A dzieci to już przecież duże, wiesz, mają swoje sprawy.

– Tak, tak, rozumiem… – skinęłam głową, jakby mógł to zobaczyć. – No to może się uda. A jak nie, to trudno.

– No. To… trzymaj się, mamo. Zadzwonię, dobra?

– Dobrze, Marek. Trzymajcie się.

Rozłączył się bez „całuję”, bez „kocham cię”, nawet bez „do widzenia”. Zostałam z głuchym sygnałem w uchu i czymś ciężkim w piersi.

Usiadłam na kanapie. Zaciągnęłam zasłonę. I przypomniało mi się, jak miał dziesięć lat i siedział na podłodze w mojej sukience, bo „chciał być księżniczką na balu”, i jak go wtedy przytuliłam i powiedziałam, że dla mnie zawsze będzie wyjątkowy. A potem… potem zamilkł po pogrzebie ojca. Nie płakał. Tylko nagle zaczął do mnie mówić jak obcy człowiek.

Tęskniłam za wnukami

Do sklepu miałam niedaleko, ale i tak szłam długo, przystając co kilka kroków, jakby każde drzewo było dobrym powodem do odpoczynku. Śnieg chrzęścił pod podeszwami. Byłam chyba jedyną osobą na osiedlu, która jeszcze chodzi piechotą, nie „klika” w telefonie, nie czeka na dostawę.

Wzięłam ser, masło, mąkę i twaróg. I śmietanę – „do sernika”, powiedziałam sama do siebie. – Jakby ktoś przyszedł. Żeby było czym poczęstować.

Pani w sklepie się uśmiechnęła.

A wnuki przyjeżdżają? – zapytała, kasując zakupy.

– Tak, tak – skłamałam, nawet nie wiedząc czemu. – W niedzielę mają być. Paweł już dzwonił, że się cieszy.

– No to pięknie – powiedziała z zazdrością. – Ja swoje to tylko w mediach społecznościowych widzę.

Uśmiechnęłam się tak, jak się uśmiechają aktorzy – szeroko, ale bez przekonania. Kiedy wróciłam, usiadłam przy stole. Wzięłam kartkę. Potem drugą. I zaczęłam pisać.

„Kochany Pawle. Jesteś już prawie dorosły. Wiem, że masz swoje życie. Ale pamiętam, jak miałeś sześć lat i ścigałeś się z Zosią po korytarzu, a potem oboje płakaliście, bo wywróciliście się o dywan. Czasem mi się śni, że jesteś znów mały, a ja ci daję herbatę w kubku z dinozaurem.”

„Zosiu, skarbie. Babcia wciąż trzyma ten twój rysunek z serduszkiem. Wiem, że pewnie już nie pamiętasz. Ale ja pamiętam wszystko. Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa. Nawet jeśli już nie chcesz tu zaglądać.”

Napisałam trzy listy. Jeden do Pawła, jeden do Zosi. Trzeci – do Ani, choć nigdy mnie dobrze nie poznała. Złożyłam je starannie i schowałam do kopert. Potem wsunęłam do szuflady. Nie mam odwagi ich wysłać.

Naprawdę czekałam

Ubierałam się długo. Powoli, z namaszczeniem, jakby od tego zależało coś ważnego. Włożyłam granatową sukienkę w drobne kwiatki. W talii już nie zapinała się tak jak kiedyś, ale związałam ją paskiem, żeby chociaż wyglądało, że się starałam. Przypięłam broszkę – tę samą, co zawsze. Tę, którą Zosia podarowała mi, gdy miała siedem lat i mówiła, że "babcia wygląda w niej jak królowa".

Upiekłam sernik jak co roku – dokładnie z tego samego przepisu, który kiedyś dyktowała mi jeszcze moja mama. Zapach rozchodził się po mieszkaniu jak wspomnienie dzieciństwa, jak zaproszenie. Usiadłam przy stole. Słońce odbijało się w pustych filiżankach. Zegar tykał głośniej niż zwykle. O czternastej miałam nadzieję. O piętnastej zaczęłam zerkach na telefon. O szesnastej przestałam.

Wzięłam do ręki kubek i poczułam ciepło porcelany. Przypomniała mi się moja matka. Twarda kobieta, która nigdy nie umiała przytulić, ale zawsze stawiała herbatę, kiedy było źle. Pamiętam, jak mówiła: „Dzieci same wybiorą, jak chcą żyć. My jesteśmy tylko przystankiem.”

A ja zawsze chciałam być czymś więcej niż przystankiem. O siedemnastej przyszedł listonosz. Usłyszałam dzwonek, podniosłam się z nadzieją, ale to tylko katalog reklamowy. Rzuciłam go na komodę. Wróciłam do stołu. Popatrzyłam na ciasto. I pomyślałam, że chyba w końcu przestanę go piec.

Nie mam już złudzeń

Wieczorem było już ciemno. Sernik stał na blacie i pachniał słodko, jakby wciąż próbował udawać, że to wszystko miało sens. Siedziałam w fotelu w salonie, z kocem na kolanach, choć w mieszkaniu wcale nie było zimno. Po prostu jakoś… pusto. Człowiek się wtedy kurczy. Telefon zadzwonił nagle. A ja aż podskoczyłam, jakbym była młodsza o czterdzieści lat i czekała na ukochanego. Spojrzałam na ekran. Tomek. Przez chwilę patrzyłam na to imię, jakby było obce. Jakby to nie był mój syn, tylko ktoś, kto przypadkiem ma podobny głos. Odebrałam.

– No… mama? – powiedział. Słychać było, że jest gdzieś w biegu. – Słuchaj, ja… ja dopiero teraz. Zapomniałem. Przepraszam. Miałem urwanie głowy.

– Tomek, nic się nie stało – odpowiedziałam szybko, zbyt szybko. Tak jak się odpowiada, kiedy się chce uciąć temat, zanim zrobi się za ciężki.

– Serio? Bo… no wiesz. Dzień Babci, nie? I tak mi głupio. Nie przypomniałem dzieciom.

– Rozumiem. Ja też miałam dużo na głowie – skłamałam. – Właściwie cały dzień byłam zajęta.

– No to super. To… zadzwonię kiedy indziej? Trzymaj się, mamo.

– Trzymam się, synku.

Rozłączył się szybciej, niż zdążyłam powiedzieć coś więcej. Zostałam z telefonem w dłoni i tą ciszą. Wstałam. Podeszłam do szuflady. Wyjęłam koperty. List do Pawła. List do Zosi. List do Ani. A potem podeszłam do pieca. Otworzyłam drzwiczki. Wrzuciłam pierwszą kopertę. Potem drugą. Potem trzecią. Papier zajął się ogniem natychmiast. Litery zwinęły się w czarne wężyki. Moje słowa zmieniły się w dym. Patrzyłam, aż zgasły. Nie będę już czekać.

Barbara, 76 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama