Reklama

Zawsze mówiliśmy, że ten dom jest tylko na chwilę. Że przeczekamy, odłożymy, zrobimy wszystko porządnie. A jednak lata mijały, a ja wciąż zaklejałam nieszczelne okna taśmą i przestawiałam wiadra pod kapiącym sufitem. Remont był dla mnie czymś więcej niż pracami budowlanymi. Był obietnicą, że wiemy, dokąd idziemy. Tomasz coraz częściej uśmiechał się pobłażliwie i zmieniał temat, jakby przyszłość była czymś, co można jeszcze chwilę przesunąć.

Wspólny plan przestał istnieć

Pamiętałam dokładnie ten wieczór, kiedy usiedliśmy przy kuchennym stole z kartką w kratkę. Tomasz przyniósł kalkulator, ja rozpisałam kolumny. Śmialiśmy się, że brzmi to jak narada księgowych, a nie małżeństwo. Każda złotówka miała swoje miejsce, a remont był na samej górze listy, podkreślony grubą kreską.

– Jeszcze kilka lat – powiedział wtedy Tomasz. – I zrobimy to raz, a porządnie.

Przez długi czas naprawdę wierzyłam, że mówimy jednym głosem. Rezygnowaliśmy z drobnych przyjemności, odkładaliśmy wyjazdy, a ja z satysfakcją patrzyłam, jak konto powoli rośnie. Czułam spokój. Taki, który nie bierze się z wygody, tylko z planu.

Z czasem coś zaczęło się przesuwać. Najpierw nieznacznie, prawie niezauważalnie. Tomasz wracał z pracy zmęczony, rzucał torbę w kąt i mówił, że ma dość liczenia. Że życie to nie tabelki.

– Dzieci rosną, Monika – powtarzał. – Zanim się obejrzymy, Igor będzie wyższy ode mnie, a Nadia przestanie chcieć z nami gdziekolwiek jechać.

Słuchałam go i zastanawiałam się, kiedy rozmowa o remoncie stała się dla niego synonimem ograniczeń. Dla mnie była bezpieczeństwem. Dla niego – kulą u nogi. Coraz częściej łapałam się na tym, że planuję już sama. Sprawdzałam ceny, dzwoniłam do fachowców, notowałam. Tomasz kiwał głową, ale jego myśli były gdzie indziej.

Zawsze musisz wszystko kontrolować – rzucił kiedyś, gdy próbowałam wrócić do tematu. – Nie da się tak żyć.

Te słowa zabolały bardziej, niż chciałam przyznać. Zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście jestem tą sztywną, nudną żoną, która psuje atmosferę. Może przesadzałam. Może to ja nie umiałam odpuścić. A jednak za każdym razem, gdy w nocy słyszałam wiatr huczący w szczelinach okien, wracało to samo pytanie: dlaczego tylko ja jeszcze pilnuję tego, co miało być nasze?

Nasze oszczędności zniknęły

Zorientowałam się przypadkiem. Szukałam potwierdzenia przelewu za rachunek i zalogowałam się na konto, z którego nigdy nic nie znikało bez mojej wiedzy. Cyfry przez chwilę nie chciały się ułożyć w sensowną całość. Odświeżyłam stronę, potem jeszcze raz. Serce zaczęło mi bić szybciej, jakby to był błąd systemu, który zaraz się naprawi. Kwota była nie do przeoczenia. Zbyt duża, by mogła być pomyłką.

Usiadłam na krześle, wciąż trzymając telefon w dłoni. W głowie pojawiła się cała lista racjonalnych wyjaśnień. Może lokata. Może zapomniałam. Im dłużej jednak patrzyłam w ekran, tym wyraźniej czułam, że oszukuję samą siebie.

Tomasz wszedł do domu jak zwykle, zostawiając ślady mokrych butów na podłodze.

– Wiesz, gdzie jest ładowarka? – zapytał, nawet na mnie nie patrząc.

– Co się stało z naszymi oszczędnościami? – odpowiedziałam zamiast tego.

Zatrzymał się. Ten ułamek sekundy ciszy wystarczył, żebym zrozumiała wszystko. Odłożył kurtkę, westchnął i spojrzał na mnie z miną człowieka, który zaraz zacznie tłumaczyć coś oczywistego.

Zarezerwowałem ferie – powiedział spokojnie. – Zagraniczne. Dla dzieci.

Słowa spadły na mnie jak zimna woda. Ferie. Śnieg. Samolot. Wszystko to, czego przez lata świadomie nie było w naszych planach.

– Bez rozmowy? – zapytałam cicho. – Bez jednego zdania ze mną?

– Monika, to inwestycja – odpowiedział szybko. – Wspomnienia. Dzieci zapamiętają to na całe życie.

Słuchałam go, ale każde kolejne zdanie oddalało mnie jeszcze bardziej. Mówił o Igorze, o radości Nadii, o tym, że „zawsze można odłożyć jeszcze trochę”. Ja słyszałam tylko jedno: że uznał, iż może zdecydować sam. Że nasze „my” nagle przestało obowiązywać.

– A ja? – zapytałam w końcu. – Gdzie w tym wszystkim jestem ja? To była kasa na remont.

Nie odpowiedział od razu. Wzruszył ramionami, jakby pytanie było nie na miejscu. Wtedy poczułam coś gorszego niż złość. Upokorzenie. Jakby ktoś właśnie pokazał mi, że mój głos znaczy mniej.

Dzieci na to czekały

Od tamtej rozmowy wszystko zaczęło kręcić się wokół jednego tematu, choć nikt nie wypowiadał go wprost. Ferie wisiały w powietrzu jak obietnica i oskarżenie jednocześnie. Tomasz opowiadał dzieciom o atrakcjach, o długich dniach na świeżym powietrzu, o hotelu, w którym „niczego nie trzeba się martwić”. Igor słuchał z błyskiem w oczach, a Nadia co chwilę dopytywała, czy naprawdę polecą samolotem.

Siedziałam obok i uśmiechałam się mechanicznie, czując, jak każda kolejna opowieść ustawia mnie po niewłaściwej stronie. Jeśli coś powiedziałam, Tomasz natychmiast reagował.

– Przestań, dzieci słyszą – ucinał. – To dla nich.

To zdanie stało się jego tarczą. Dzieci były argumentem ostatecznym, nie do podważenia. Każda moja wątpliwość brzmiała przy nim jak atak na ich radość. Zaczęłam więc milczeć, choć w środku narastało coś ciężkiego i dusznego.

Igor raz podszedł do mnie wieczorem, gdy Tomasz rozmawiał przez telefon.

Mamo, ty się nie cieszysz? – zapytał ostrożnie.

Popatrzyłam na niego i przez chwilę nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Miał dwanaście lat i zbyt bystre spojrzenie jak na swój wiek. Widziała więcej, niż chcieliśmy przyznać.

– Cieszę się, że wy będziecie zadowoleni – powiedziałam w końcu.

Skinął głową, ale nie wyglądał na uspokojonego. Nadia natomiast biegała po domu, pakując do plecaka rzeczy, które jej zdaniem były niezbędne. Co jakiś czas zerkała na mnie, jakby sprawdzała, czy wolno jej się śmiać.

Wieczorami, gdy dzieci spały, próbowałam wrócić do rozmowy. Tomasz był niecierpliwy.

Robisz z tego dramat – mówił. – Nie możesz po prostu pozwolić nam być szczęśliwymi?

To „nam” bolało najbardziej. Jakby szczęście było drużyną, do której mnie nie zapisano. Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę jestem tą, która odbiera radość, czy jedyną osobą w tym domu, która pamięta, że po feriach też jest życie.

Pojawiła się kolejna usterka

Stało się to w najbardziej zwyczajny poranek. Tomasz już wyszedł, dzieci szykowały się do szkoły, a ja krzątałam się po kuchni, próbując nie myśleć. Nagle usłyszałam charakterystyczne kapanie. Nie takie, które da się zignorować, tylko uporczywe, miarowe, jak tykanie zegara.

Woda sączyła się spod zlewu. Szafka była mokra, a prowizoryczna uszczelka, założona kilka miesięcy wcześniej, zsunęła się całkiem. Uklękłam na podłodze, podkładając ręcznik, dokładnie tak jak robiłam to już dziesiątki razy. Pomyślałam wtedy, że ten dom jest jak nasza rozmowa. Ciągle coś łatałam, odkładałam, udawałam, że jeszcze wytrzyma.

Kiedy Tomasz wrócił po południu, pokazałam mu kałużę.

Trzeba będzie wezwać hydraulika – rzucił. – Na szybko.

– Znowu na szybko – odpowiedziałam. – Tak jak wszystko u nas.

Spojrzał na mnie zirytowany.

– Naprawdę chcesz teraz o tym? – zapytał. – Za chwilę wyjazd, nie psuj atmosfery.

I wtedy zrozumiałam, że to nie chodzi o ferie. Ani o pieniądze. Chodziło o to, że granica została przekroczona dawno temu, tylko ja udawałam, że jej nie widzę. Tomasz nie podjął jednej złej decyzji. On od dawna podejmował je sam.

– Ty już wszystko zaplanowałeś – powiedziałam spokojnie. – A ja mam tylko się dostosować.

Milczał przez chwilę, po czym wzruszył ramionami.

– Ktoś musiał w końcu coś zdecydować.

Te słowa zabolały. Bo oznaczały, że w jego oczach przestałam być partnerką. Stałam się przeszkodą. Patrzyłam na mokrą podłogę i wiedziałam, że pękło coś, czego nie da się zakleić taśmą.

Znów nic nie mamy

Po powrocie z ferii all inclusive dom przywitał nas tak samo jak zawsze. Zimnem bijącym od ścian i zapachem wilgoci spod zlewu, którą znów trzeba było prowizorycznie osuszyć. Dzieci mówiły jedno przez drugie, pokazując zdjęcia, śmiejąc się z drobnych przygód. Słuchałam ich uważnie, naprawdę. Cieszyłam się, że mieli swoje chwile radości. Tyle że ta radość nie potrafiła już przykryć wszystkiego innego.

Tomasz był zadowolony. Chodził po domu z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, jakby odhaczył ważny punkt na liście. Między nami rozmowy stały się krótkie i rzeczowe. O rachunkach. O zakupach. O tym, kto odbierze dzieci. Nie wracaliśmy do ferii, nie wracaliśmy też do pieniędzy. Jakby temat zniknął razem z nimi.

Któregoś wieczoru usiadłam sama w kuchni i spojrzałam na tę samą kartkę w kratkę, którą kiedyś trzymaliśmy razem. Była już nieaktualna. Liczby nie miały sensu. Zrozumiałam wtedy, że oszczędności były ostatnią rzeczą, którą budowaliśmy wspólnie. Gdy zniknęły, wyszło na jaw, jak bardzo każde z nas stoi już osobno.

Dom wciąż czekał na remont. A ja zaczęłam się zastanawiać, czy da się jeszcze odbudować coś więcej niż ściany. I czy naprawdę chcę dalej łatać prowizorkę, która coraz mniej przypomina wspólne życie, a coraz bardziej samotne trwanie obok siebie.

Monika, 43 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama