Reklama

Wyjazd na narty do Austrii był moim marzeniem od lat. Zbierałam na ten wyjazd każdą złotówkę – rezygnowałam z kaw na mieście, nie kupowałam ubrań, chodziłam pieszo zamiast jeździć autobusem. Kiedy w końcu udało się uzbierać potrzebną kwotę, nie było już odwrotu. Pojechałam sama, bo nikt z moich znajomych nie miał ani czasu, ani ochoty na takie oszczędności. Wiedziałam, że nie będzie luksusów – w walizce miałam głównie parówki i konserwy. Liczyłam się z tym. Miałam jeździć na nartach, oddychać górskim powietrzem… i przeżyć coś wyjątkowego.

Chleb z masłem i marzenia

Zatrzymałam się w najtańszym pensjonacie, jaki znalazłam w okolicy. Pokój był ciasny, z widokiem na ścianę sąsiedniego budynku, ale miał łóżko, grzejnik i ciepłą wodę – nie mogłam narzekać. W plecaku wiozłam kilkanaście opakowań parówek, chleb tostowy, musztardę i kilka zupek instant. Wiedziałam, że jeśli chcę przez tydzień korzystać ze stoku, muszę sobie odjąć od talerza. Śniadania jadłam w pokoju, obiady to bułka na szybko, kolacje – znów parówki. Dla oszczędności zrezygnowałam nawet z karnetu całodniowego – kupowałam tylko półdniowe.

Każdego ranka budziłam się z bolącymi mięśniami, ale z uśmiechem na twarzy. Sama myśl, że jestem tu – w Alpach, w otoczeniu tych majestatycznych szczytów – sprawiała, że zapominałam o niedogodnościach. Zjeżdżałam średnio, czasem zaliczałam efektowne wywrotki, ale byłam dumna, że się odważyłam. W schroniskach narciarskich nie kupowałam nic, czasem tylko siadałam z herbatą z termosu, żeby się rozgrzać.

Wieczorami zaszywałam się pod kocem z książką, słuchając wesołych rozmów z korytarza. Trochę zazdrościłam grupkom ludzi, ale tłumaczyłam sobie, że ja i tak wygrałam – spełniłam marzenie. I wtedy, trzeciego dnia, zobaczyłam jego.

Przystojniak na wyciągu

Zauważyłam go w kolejce do wyciągu. Stał tuż przede mną, w czarnej kurtce, z kaskiem niedbale przypiętym do plecaka. Miał brodę i rozczochrane włosy wystające spod czapki. Odwrócił się i zapytał, czy wiem, czemu wyciąg stoi. Powiedziałam, że pewnie ktoś znów się wywalił. Uśmiechnął się szeroko, a mnie z wrażenia zamarzły palce w rękawiczkach.

– Pierwszy raz w Austrii? – zagaił.

– Tak. I sama – odpowiedziałam z lekkim wahaniem.

– No to odważna jesteś. Ja z kolegami, ale chyba się zgubili. Jak zwykle.

Zaczął opowiadać, że przyjeżdżają co roku. On, Michał, jeździ od dzieciaka. Widziałam to w jego ruchach – miał luz, pewność siebie, której mi brakowało. Nie był typem „modela z katalogu”, ale było w nim coś takiego, co przyciągało uwagę. Może sposób, w jaki patrzył? A może to, że rozmawiał ze mną normalnie, bez wyższości?

Po kilku wspólnych zjazdach zaproponował, żebyśmy razem zjedli coś na górze. Serce mi zabiło szybciej, ale odpowiedziałam:

– Mam swoje jedzenie w plecaku. Parówki i chleb tostowy.

To przynajmniej herbatę stawiam – powiedział z uśmiechem.

I tak usiedliśmy razem w schronisku. On – z zupą i piwem. Ja – z termosu. I pierwszy raz nie przeszkadzało mi, że jem parówki.

Pierwsze wspólne zjazdy

Następnego dnia spotkaliśmy się znów – przypadkiem, choć podejrzewałam, że może trochę mnie wypatrywał. Tym razem nie stałam niepewnie z boku. Podeszłam pierwsza.

– Cześć! Parówki dziś w menu? – zażartował.

Śmiałam się, choć w środku miałam tremę jak przed maturą. Michał zaproponował, że pojeździmy razem, ale tym razem bardziej ambitnie – czarna trasa. Spięłam się. Nigdy wcześniej nie próbowałam.

– Damy radę. Najwyżej się poturlamy. W śniegu to nawet przyjemne – powiedział i puścił do mnie oko.

Zjechaliśmy na dół. On jechał pierwszy, co chwilę oglądając się za siebie. A ja… walczyłam. Ze strachem, z grawitacją, z własnym brakiem stylu. Upadłam trzy razy. Za każdym razem podjeżdżał i podawał rękę, mówiąc:

– Jesteś twarda. Większość ludzi po pierwszym upadku odpuszcza.

Kiedy na końcu trasy stanęłam obok niego zziajana, mokra i czerwona na twarzy, powiedział:

– Masz charakter. I nieźle skręcasz lewą.

Wieczorem leżałam na łóżku i uśmiechałam się do sufitu. Nie przez narty. Przez to, jak patrzył, jak się śmiał, jak mówił do mnie „twardzielka”. Zaczęłam żałować, że ten wyjazd trwa tylko tydzień.

Nie chciałam wracać

Kolejne dni spędzaliśmy razem – rano na stoku, po południu w schronisku, wieczorem każde w swoim pensjonacie. Michał był inny niż faceci, których znałam. Nie stawiał się w roli eksperta, chociaż jeździł perfekcyjnie. Nie wywyższał się, nie robił z siebie gwiazdy. Raczej śmiał się z siebie i opowiadał najdziwniejsze historie z poprzednich wyjazdów.

– Kiedyś mój kumpel tak się wkręcił w flirt z Austriaczką, że zjechał nie tą trasą i wylądował w lesie. Do dziś twierdzi, że mu to opłacało się bardziej niż cały wyjazd – mówił, a ja parskałam śmiechem.

Mimo że wciąż jadłam swoje parówki w kącie schroniska, przestałam czuć się gorsza. On nigdy nie komentował, że oszczędzam, że nie kupuję grzańca ani frytek. A raz, kiedy zobaczył, że mam tylko jedną bułkę, podsunął mi swoją zupę.

– Połowę. Nie marudź. Dobrze robi na zakwasy – rzucił.

Zaskoczył mnie tym gestem. Tak po prostu. Bez litości, bez „oj biedna ty”, tylko z naturalną swobodą. W tamtej chwili poczułam, że lubię być obok niego. Nie jako dziewczyna z parówkami, tylko jako ja. Cała ja – zmarznięta, poturbowana, ale szczera i obecna.

Randka w butach narciarskich

W przedostatni dzień mojego pobytu Michał podjechał do mnie pod stok i zamiast standardowego „idziemy na czarną?” zapytał:

– A może dziś tylko niebieska, a potem coś bardziej romantycznego?

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.

– Romantycznego? Tu? Na górze? W kombinezonie i z nosem jak burak?

– Tak, idealnie. Bo wtedy człowiek się nie sili. Po prostu jest sobą – uśmiechnął się.

Po zjeździe podprowadził mnie do małej knajpki, z dala od tłumów. Zamówił grzane wino. Ja wyjąłam mój ostatni zapas – parówki i chleb. Położyłam na stole z teatralnym gestem.

Kolacja godna księżniczki – powiedział z powagą. – I dokładnie taką chciałem.

Gadaliśmy długo, jakbyśmy znali się latami. Michał przyznał, że pierwszy raz od dawna czuł się tak... spokojnie. Bez udawania, bez wrażeń na pokaz. Że mu dobrze ze mną.

– Może to przez te parówki. Mają w sobie jakąś magię – rzucił półżartem, ale spojrzał na mnie tak, że zapomniałam, gdzie jestem.

Gdy wróciłam do pensjonatu, w butach narciarskich i z czerwonym nosem, serce waliło mi jak szalone. Zostawał mi tylko jeden dzień. I nagle tydzień w Austrii wydawał się zbyt krótki na wszystko, co się właśnie zaczęło.

Głodna, ale zakochana

Ostatniego dnia zjeżdżaliśmy powoli. Śnieg był ciężki, niebo pochmurne, a ja czułam gulę w gardle. Michał jechał obok, milczący, co do niego nie pasowało. Kiedy zdjęliśmy narty przy dolnej stacji, powiedział:

Nie chcę, żebyś wyjeżdżała i zniknęła jak zdjęcie z telefonu. Jak wrócisz do Polski, pisz. Albo nie. Spotkajmy się w Krakowie. Za dwa tygodnie. Mam delegację. Chodźmy razem na coś lepszego niż parówki.

Uśmiechnęłam się, choć miałam ochotę się rozpłakać. Obiecałam, że przyjdę. Że nie zniknę. Spakowałam się tego wieczoru z ciężkim sercem. Patrzyłam na resztki musztardy, dwa tosty i ostatnią parówkę – mój tygodniowy jadłospis, który niespodziewanie okazał się tłem dla czegoś znacznie ważniejszego.

Na dworcu, czekając na autobus powrotny, dostałam wiadomość od Michała:

Gdybyś wiedziała, ile bym teraz dał za twoją herbatę z termosu.

Poczułam wtedy coś nowego. Nie tylko dumę, że zrealizowałam marzenie o Austrii. Prawdziwą satysfakcję, że warto było odmawiać sobie przez lata, jeść tanio i spać w mikroskopijnym pokoiku. Bo na stoku, między jednym upadkiem a parówką, upolowałam nie tylko przygodę. Może nawet – coś, co dopiero się zaczynało.

Sandra, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama