„Odkąd mąż przeszedł na emeryturę, zaczął liczyć pieniądze i każdą kromkę chleba. Tak się nie da żyć”
„– Ty to sobie zapisujesz? – zapytałam spokojnie, chociaż w środku aż mnie ścisnęło. – Notuję dla porządku. Trzeba wiedzieć, na ile starcza. Bo jak się nie wie, to potem się marnuje. A nas nie stać, żeby marnować”.

Odkąd Edward przeszedł na emeryturę, wszystko w naszym domu zaczęło się zmieniać. I nie mówię tu o tych drobiazgach, jak to, że teraz sam wstaje wcześniej ode mnie czy że zawsze wie, gdzie jest paragon za masło. Mówię o czymś głębszym. O ciszy, która przestała być kojąca, a zaczęła być ciężka. O spojrzeniach, które kiedyś były obojętne, a teraz oceniające. O tym, że jeszcze kilka lat temu dzieliliśmy się ostatnią kanapką bez słowa, a dziś Edward zapisuje, ile chleba zjadłam – w zeszycie, który trzyma w szufladzie obok stołu.
Siedzę właśnie przy tym stole. Kruszonka z chleba na ceracie. Zegar tyka. Edward w kuchni. Cicho mamrocze coś pod nosem, liczy herbaty. Moje herbaty. Czasem mam wrażenie, że sam nie wie, dlaczego to robi. Może boi się, że jeśli przestanie liczyć, coś mu się wymknie. Że świat, który i tak już się rozpadł na kawałki po odejściu z pracy, rozsypie się do końca. Ja też próbuję go zrozumieć. Naprawdę próbuję. Ale coraz częściej czuję się w tym domu jak gość, który dostał zakaz otwierania lodówki bez zezwolenia.
Nie poznaję męża
– Ty naprawdę zjadłaś cztery kromki? – usłyszałam zza pleców, zanim zdążyłam dopić herbatę.
Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam w okno. Śnieg topniał na parapecie, spływał cienkimi strużkami. Cicho. Aż za cicho.
– Co?
– Mówię, że cztery kromki. Przed chwilą kroiłem nowy bochenek, były dwadzieścia dwie. Zostało osiemnaście. Ja zjadłem dwie. To ile zjadłaś ty?
Odwróciłam się powoli. Edward siedział przy stole z zeszytem. Otwarty. W środku krateczki, cyferki, daty.
– Ty to sobie zapisujesz? – zapytałam spokojnie, chociaż w środku aż mnie ścisnęło.
– Nie zapisuję, tylko notuję. Dla porządku. Trzeba wiedzieć, na ile starcza. Bo jak się nie wie, to potem się marnuje. A nas nie stać, żeby marnować.
– Może powinieneś mi jeszcze oddychanie racjonować, skoro już wszystko liczysz – powiedziałam. Zimno. Twardo. Tak, jak ostatnio z nim rozmawiam.
Zamilkł. Popatrzył na mnie obco. Jakby mnie pierwszy raz widział. Jakby pytał w myślach, kim jestem i co tu robię, w jego kuchni, przy jego chlebie. Wstałam. Odgarnęłam okruszki z ceraty jednym ruchem dłoni.
– Wiesz, Edziu, kiedyś myślałam, że na emeryturze to będziemy sobie jeździć nad jeziora. Czytać książki. Ty miałeś wreszcie mieć czas, żeby nauczyć się tego włoskiego, co zawsze mówiłeś, że chciałbyś. Ale ty, zamiast nauczyć się włoskiego, nauczyłeś się liczyć kromki. Gratuluję. Wyszłam z kuchni. Ale nie poszłam daleko. Stanęłam w przedpokoju, oparta o ścianę. I stałam tak długo.
Wyżaliłam się córce
– Cześć, mamuś. Wszystko okej? – Karolina odebrała szybko, jakby czekała na ten telefon. Albo czuła, że coś się dzieje.
– Tak… to znaczy nie. Wiesz, tak tylko dzwonię. Pogadać. – Usiadłam na tapczanie, oparłam głowę o dłoń. – U was wszystko dobrze?
– U nas normalnie. Krzysiek w pracy, Antek na korepetycjach. A u was?
Przez chwilę milczałam.
– Tata się zmienił.
– No wiem. Już mówiłaś. – Westchnęła. – Ale może to minie? Może się po prostu nudzi?
– Nudzą się dzieci, a nie dorośli ludzie. Chociaż… – Zamyśliłam się. – Może to i dzieciak się w nim obudził. Tylko taki, co się złości, jak ktoś dotknie jego zabawek. Tylko że zamiast zabawek teraz ma masło, chleb i rachunki.
– Może potrzebuje jakiegoś zajęcia? Kółko szachowe? Klub seniora?
– Karolinko, nie jestem jego animatorką. Tylko żoną. – Poczułam, że głos mi drży. – Ja już nie umiem z nim rozmawiać. Każde moje zdanie go drażni. Każde jego słowo mnie boli. I najgorsze, że ja nie wiem, czy on to robi specjalnie… czy po prostu nie widzi, co się ze mną dzieje.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Może… może to ty jesteś po prostu bardziej wrażliwa teraz, mama? Może szukasz problemów tam, gdzie ich nie ma?
Zacisnęłam usta.
– Dzięki, Karolina. Naprawdę. Bardzo budujące.
– Mamuś, nie chciałam… Po prostu trudno mi to zrozumieć. Tata zawsze był... no wiesz. Taki swój. Trochę szorstki. Ale żeby aż tak?
– Ja też nie chciałam, żeby tak było. – Ucięłam. – Muszę kończyć.
Rozłączyłam się. A potem siedziałam długo w ciszy.
Poszłam na kawę do sąsiada
Wyszłam z domu pod pretekstem wyrzucenia śmieci, choć worek był w połowie pusty. Zimne powietrze natychmiast wdarło się pod kołnierz, ale nie wróciłam. Poszłam naokoło, żeby choć przez chwilę nie patrzeć na zasłony w naszym oknie, które Edward zawsze teraz zasuwa. Na klatce minęłam Jarka. Niósł dwie siatki z dyskontu. Papier toaletowy wystawał z jednej z nich.
– Aniu, może pomóc? – zapytał i uśmiechnął się tym swoim łagodnym, nieśpiesznym uśmiechem.
– Dziękuję, ja tylko… śmieci idę wyrzucić. – Wskazałam worek, jakby to coś wyjaśniało.
– Ty to zawsze taka zorganizowana. Ja jak zwykle – z zakupami na ostatnią chwilę. A i tak zapomniałem płynu do naczyń.
– To znak, że trzeba będzie do kogoś wpaść na kawę, żeby nie brudzić więcej swoich. – Zdziwiłam się, że to powiedziałam. Ale on się tylko roześmiał.
– Skoro tak stawiamy sprawę, to zapraszam. Mam ciasto ze sklepu, ale udaje domowe.
Pół godziny później siedzieliśmy w jego kuchni. Skromnej, pachnącej cynamonem i czymś jeszcze. Bez zapisków, bez kontrolowania zegarka. Po prostu siedzieliśmy.
– Twoje oczy są smutne – powiedział nagle, patrząc mi prosto w twarz.
Poczułam, jak ściska mnie w gardle. I w tym właśnie momencie zadzwonił telefon.
– Gdzie jesteś? – głos Edwarda. Nieprzyjemny, jakby niepokój był zbyt luksusowym uczuciem.
– Zaraz wracam. – Rozłączyłam się.
Jarek nic nie mówił. Tylko patrzył.
– Muszę już iść – szepnęłam.
– Wiem, ale wróć kiedyś. Zapraszam.
Wróciłam do domu powoli. I wcale nie miałam na to ochoty.
Mąż miał pretensje
Siedział w kuchni, jakby nigdy nie wyszedł. Jakby był tam zaklęty od rana – przy stole, z zeszytem, z długopisem, który stuk, stuk, stuk – jak młotek do wbicia mi w głowę, że to on tu rządzi.
– Zamiast w domu siedzieć, włóczysz się po osiedlu – rzucił, nawet na mnie nie patrząc.
Zamknęłam drzwi mocniej niż trzeba. Podeszłam do stołu.
– A może powinnam dostać przepustkę? Masz może jakiś grafik wyjść i powrotów dla żony? – spytałam. Głos mi zadrżał, ale się nie złamałam.
– Nie trzeba być złośliwym. Ja tylko pytam, gdzie byłaś.
– Naprawdę chcesz wiedzieć?
Cisza. Patrzył na ten cholerny zeszyt, jakby miał mu odpowiedzieć za mnie.
– Byłam z Jarkiem. Sąsiadem. Tak, tym wdowcem z parteru. Pomogłam mu z zakupami. Piliśmy kawę. Rozmawialiśmy. Wiesz, że to jeszcze możliwe? Że ludzie rozmawiają?
Zamarł. Oczy miał nagle szerokie, jakby coś w nich pękło. Albo właśnie się zapaliło.
– Zaczynasz się mnie zdradzać na starość, tak?
– Nie. Zaczynam oddychać.
Wstałam. Wzięłam głęboki oddech, dłoń zacisnęła się w pięść.
– Nie o to chodzi, że liczysz chleb, Edward. Chodzi o to, że liczysz mnie. Że każde moje słowo musi się zmieścić w twojej tabelce. Że każdy uśmiech musi się zgadzać z kolumną „zachowanie żony”. Z każdym dniem czuję się mniej warta. Boję się oddychać głośniej, żebyś nie zanotował, że zużyłam za dużo powietrza.
Milczał. Patrzył na mnie, ale jak przez mgłę. Może po raz pierwszy naprawdę mnie słuchał. Albo po prostu nie wiedział, co odpowiedzieć.
– Nie jestem twoim wrogiem, Edziu. Ale od miesięcy czuję się jak intruz we własnym domu.
Zostawiłam go tam, z zeszytem. Ja już wiedziałam, co muszę zrobić.
Nie wytrzymałam
Wieczorem siedziałam w kuchni, patrząc na walizkę, którą wyciągnęłam z pawlacza. Pachniała kurzem i starymi wakacjami. Tymi sprzed lat, gdy jeszcze wyjeżdżaliśmy. Gdy Edward potrafił się śmiać.
Układałam w niej rzeczy mechanicznie: dwie pary spodni, sweter, bielizna, kosmetyczka. Wzięłam też książkę, którą zaczęłam czytać pół roku temu i której nie mogłam skończyć – zawsze coś „ważniejszego” było do zrobienia. Teraz miałam czas.
Napisałam list. Długo siedziałam z długopisem nad pustą kartką. W końcu zaczęłam pisać, bez planu, z serca:
„Edwardzie. Wyjeżdżam. Nie zostawiam cię z nienawiści ani zemsty. Zostawiam cię, bo przestałam czuć, że tu jestem sobą. Potrzebuję kilku dni, tygodni – może miesięcy – żeby przypomnieć sobie, kim byłam, zanim zaczęłam bać się wracać do własnego domu. Nie wiem, czy wrócę. Ale muszę spróbować. Anna.”
Złożyłam kartkę i położyłam ją na stole. Bez dramatów. Bez hałasu.
Zanim wyszłam, zajrzałam jeszcze do Jarka. Nie musiałam nic mówić – spojrzał tylko na walizkę i kiwnął głową.
– Nareszcie – powiedział cicho. – Potrzebowałaś długo, żeby dojść do tego momentu. Ale doszłaś.
– Może jeszcze wrócę… – szepnęłam.
– Ale najpierw musisz pomyśleć o sobie
Na dworze wiało. Autobus przyjechał spóźniony. Jechałam do Karoliny. Przynajmniej na razie.
Anna, 61 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dla pieniędzy zgodziłam się na małżeństwo z rozsądku. Nie sądziłam, że będę tak żałować tej decyzji”
- „Ojciec zapisał cały swój majątek kochance. Na pogrzebie nie pozwoliła mi nawet podejść do trumny”
- „Pojechałam na ferie z rodziną, by trochę odpocząć. Nie sądziłam, że przez cały wyjazd będę robić za ich służącą”

