„Oddawałam synowi całą emeryturę, by zapłacił za rachunki. Nie sądziłam, że własne dziecko zrobi mi za plecami coś takiego”
„Moje pieniądze. Moja emerytura, na którą pracowałam czterdzieści lat w szwalni, niszcząc sobie wzrok i kręgosłup. Każdy ten paragon był jak cios w plecy. On nie tylko nie płacił rachunków. On żył jak król za pieniądze matki”.

Myślałam, że na starość będę miała w nim oparcie. Że wychowałam go na odpowiedzialnego mężczyznę, który poda mi szklankę wody i zadba o to, bym nie musiała martwić się przyziemnymi sprawami.
Byłam dumna
Mój mąż Stanisław odszedł cztery lata temu, zostawiając mnie w trzypokojowym mieszkaniu ze wspomnieniami, które czaiły się w każdym kącie. Przez pierwsze lata radziłam sobie sama. Płaciłam rachunki na poczcie, robiłam zakupy w pobliskim dyskoncie, nosiłam siatki, choć kręgosłup bolał mnie niemiłosiernie. Ale czas płynął, a moje siły topniały jak śnieg w marcu.
Artur wprowadził się do mnie pół roku temu. Mówił, że to tylko na chwilę, że musi stanąć na nogi po rozstaniu z narzeczoną i zmianie pracy. Cieszyłam się. Dom znów ożył. Słyszałam trzaskanie drzwiami lodówki, szum telewizora w drugim pokoju, jego kroki na parkiecie. Czułam się mniej samotna. Pewnego dnia, gdy wróciłam z poczty zdyszana i czerwona na twarzy, Artur wziął ode mnie teczkę z rachunkami.
– Mamo, daj spokój – powiedział, sadzając mnie w fotelu. – Przecież ty się zamęczysz. Masz syna, chłopa jak dąb, a biegasz z tymi świstkami po urzędach. Daj mi to. Będę robił opłaty przez internet, szybciej, wygodniej. A zakupy też będę robił. Ty sobie odpocznij.
Wzruszyłam się. Naprawdę, łzy stanęły mi w oczach. Pomyślałam sobie, że jednak dobrze go wychowałam. Że ma serce po ojcu. Ustaliliśmy zasady. Gdy listonosz przynosił emeryturę, ja odliczałam sobie niewielką kwotę na leki i drobne wydatki, a resztę, czyli lwią część, wręczałam Arturowi. Miał z tego opłacić czynsz, prąd, gaz i kupić jedzenie na cały miesiąc.
Czułam ulgę. Jakby ktoś zdjął mi z pleców ogromny ciężar. Nie musiałam już pilnować terminów, stać w kolejkach, martwić się, czy starczy na wszystko. Mój syn przejął stery. Byłam taka dumna, opowiadałam o tym sąsiadkom na ławce przed blokiem.
Wszytko drożało
Przez pierwsze dwa miesiące wydawało mi się, że żyję w bajce. Artur przynosił zakupy, lodówka była pełna, choć zauważyłam, że produkty są nieco inne niż te, które kupowałam sama. Zamiast mojego ulubionego masła była jakaś tania margaryna. Wędlina, którą uwielbiałam, została zastąpiona mielonką.
– Synku, a nie było tej szynki z indyka? – zapytałam raz.
– Mamo, ceny poszły w górę tak, że głowa mała. Trzeba oszczędzać. Kupuję to, co jest w promocji, żeby starczyło na opłaty. Wiesz, jak teraz zdzierają za prąd.
Pokornie jadłam kanapkę. Przecież miał rację. W telewizji ciągle mówili o inflacji. Cieszyłam się, że mam tak gospodarną opiekę. Artur za to wyglądał kwitnąco. Kupił sobie nową kurtkę. Powiedział, że znalazł ją w sklepie z używaną odzieżą za grosze. Uwierzyłam. Dlaczego miałabym nie wierzyć własnemu dziecku? Potem pojawił się nowy zegarek.
– To prezent od kumpla, wisiał mi przysługę – wyjaśnił szybko, zanim zdążyłam zapytać.
Zaczęłam jednak zauważać pewne braki. W domu kończył się proszek do prania, a Artur zwlekał z kupnem nowego przez tydzień. Prałam ręcznie w szarym mydle, żeby nie robić mu wyrzutów. Kiedy prosiłam o owoce, przynosił dwa jabłka. Kiedy prosiłam o serek wiejski, mówił, że zapomniał. Ale zawsze, gdy wychodził z domu, pachniał drogimi perfumami, a wieczorami wracał zadowolony, często z pudełkiem pizzy, którą zjadał sam w swoim pokoju.
Nic nie podejrzewałam
Trzeci miesiąc był trudniejszy. Artur coraz rzadziej bywał w domu. Mówił, że łapie dorywcze zlecenia, że pomaga koledze na budowie, że jeździ jako kierowca. Pieniądze z emerytury znikały w jego kieszeni w dniu wizyty listonosza, a lodówka świeciła pustkami już po tygodniu.
– Synku, może ja jednak sama zrobię zakupy? – zaproponowałam, widząc, że na obiad znów mamy tylko ziemniaki z kefirem. – Zostało coś z tych pieniędzy?
– Mamo, nie denerwuj mnie – fuknął, nie podnosząc wzroku znad telefonu. Nowego. – Wszystko poszło na rachunki. Przyszło wyrównanie za wodę. Ogromna kwota. Musiałem dołożyć ze swoich, których prawie nie mam. Powinnaś mi dziękować, a nie wypominać ziemniaki.
Zamilkłam. Czułam się winna. Skoro przyszło wyrównanie, to faktycznie, moja wina, może za dużo wody zużywam przy myciu naczyń? Zaczęłam oszczędzać jeszcze bardziej. Myłam się w misce, wodę po płukaniu warzyw używałam do podlewania kwiatów. Wtedy zaczęły przychodzić dziwne listy, z czerwonymi pieczątkami na kopertach. Zazwyczaj wyjmowałam je ze skrzynki, ale Artur niemal wyrywał mi je z ręki.
– To do mnie – mówił szybko. – Sprawy urzędowe, nic ważnego.
Albo:
– To pomyłka, znowu przysyłają reklamy stylizowane na wezwania, żeby naciągnąć starszych ludzi. Nie czytaj tego, mamo, tylko się zdenerwujesz. Ja to wyrzucę.
Nie mogłam uwierzyć
I wyrzucał. A przynajmniej tak myślałam. Ufałam mu bezgranicznie. W końcu to mój syn. Krew z krwi. Pamiętałam go jako małego chłopca, który płakał, gdy złamał patyk, bo myślał, że drzewo to boli. Jak taki wrażliwy chłopiec mógłby mnie okłamywać? Pewnego popołudnia, gdy Artur wyszedł, usłyszałam dzwonek do drzwi. W progu stała administratorka naszego bloku. Znałyśmy się od lat. Miała minę, jakby szła na pogrzeb.
– Pani Alino – zaczęła, nie wchodząc do środka. – Ja wiem, że sytuacja jest trudna, ale nie możemy już dłużej czekać. Spółdzielnia wysłała ostateczne przedsądowe wezwanie.
Serce podeszło mi do gardła. Oparłam się o framugę, bo nogi stały się nagle jak z waty.
– Jakie wezwanie? O czym pani mówi? Przecież syn wszystko płaci. Co miesiąc daję mu pieniądze. Mówił, że było jakieś wyrównanie za wodę…
Kobieta spojrzała na mnie ze współczuciem, które zabolało bardziej niż policzek.
– Czynsz nie jest płacony od czterech miesięcy. Nie wpłynęła ani złotówka. Zadłużenie jest ogromne, doliczono odsetki. Jeśli nie uregulujecie tego w ciągu dwóch tygodni, sprawa trafi do sądu i komornika. A to dopiero początek, bo wiem od inkasenta, że prąd też jest na liście do odcięcia.
Odkryłam prawdę
Świat zawirował. Musiałam usiąść na szafce na buty w przedpokoju. Cztery miesiące? Ale przecież… on brał te pieniądze. Mówił, że płaci. Mówił, że dokłada swoje.
– To musi być pomyłka – szepnęłam, choć w głębi duszy wiedziałam już, że to nie pomyłka. To była okrutna prawda.
Kiedy administratorka wyszła, siedziałam w przedpokoju przez godzinę. Nie miałam siły wstać. W głowie miałam chaos. Przypominałam sobie każdy gest Artura, każde jego słowo z ostatnich miesięcy. Nowa kurtka. Zegarek. Telefon. Wychodzenie do pracy. Pizza.
Wstałam powoli i poszłam do jego pokoju. Nigdy tam nie wchodziłam bez pukania, szanowałam jego prywatność, ale teraz czułam, że mam prawo. Pokój był zagracony. Na biurku leżały opakowania po jedzeniu na wynos, jakieś pudełka po elektronice – słuchawki bezprzewodowe, nowy smartfon. Otworzyłam szufladę.
Były tam. Wszystkie listy, które „wyrzucał”. Wezwania do zapłaty za prąd. Wezwania za gaz. Ostrzeżenia ze spółdzielni. Monity z firmy telekomunikacyjnej. ale to nie wszystko. Znalazłam paragony. Sklep z markową odzieżą męską: 400 złotych. Sklep z grami: 300 złotych. Restauracja w centrum: 150 złotych.
Oszukiwał mnie
Moje pieniądze. Moja emerytura, na którą pracowałam czterdzieści lat w szwalni, niszcząc sobie wzrok i kręgosłup. Każdy ten paragon był jak cios nożem w plecy. On nie tylko nie płacił rachunków. On żył jak król za pieniądze matki, która jadła ziemniaki i myła się w misce, żeby oszczędzać.
Znalazłam też coś jeszcze. W rogu szuflady leżała mała, aksamitna torebka. W środku była złota bransoletka. Na pewno nie dla mnie. Kupił prezenty dla obcej kobiety za pieniądze, które miały chronić nas przed bezdomnością. Usiadłam na jego łóżku i zaczęłam płakać. Czułam się tak potwornie głupia. Tak naiwna. Stara, niepotrzebna kobieta, którą własny syn traktuje jak bankomat. Wrócił wieczorem, nucąc coś pod nosem. W ręku trzymał torbę z logo sklepu sportowego. Wszedł do kuchni, gdzie siedziałam przy zgaszonym świetle.
– Mamo? Czemu siedzisz po ciemku? – zapytał, sięgając do włącznika. Światło nie zapaliło się. Pstryknął kilka razy. – Żarówka się spaliła? – mruknął.
– Nie – powiedziałam spokojnym, martwym głosem. – Odcięli prąd. Dziś po południu. Byli panowie z energetyki.
W kuchni zapadła cisza. Słyszałam tylko jego przyspieszony oddech.
– Jak to odcięli? To jakaś pomyłka, jutro tam pójdę i zrobię awanturę – zaczął, ale w jego głosie nie było już tej pewności siebie co dawniej. Był strach.
Miał pretensje
– Przestań kłamać – przerwałam mu.
Zapaliłam świeczkę, którą przygotowałam wcześniej. Płomień oświetlił stół, na którym rozłożyłam wszystko, co znalazłam w jego szufladzie. Wezwania, paragony, pudełka po gadżetach. Artur zamarł. Patrzył na stół, potem na mnie. Przez chwilę myślałam, że przeprosi. Że padnie na kolana, że wytłumaczy się jakimś desperackim długiem, czymkolwiek. Ale on tylko wzruszył ramionami i rzucił torbę na podłogę.
– Grzebałaś mi w rzeczach? Ładnie to tak? – zaatakował.
– Ja grzebałam? Artur, ty ukradłeś moje pieniądze! – krzyknęłam, wstając. – Oddawałam ci wszystko! Nie płaciłeś czynszu od czterech miesięcy! Grozi nam eksmisja! Nie mamy prądu! Co ty zrobiłeś z tymi pieniędzmi?!
– Należy mi się coś od życia! – wrzasnął nagle, a jego twarz wykrzywiła się w grymasie, którego nie znałam. – Myślisz, że łatwo jest patrzeć, jak inni mają wszystko, a ja nic? Chciałem pożyć jak człowiek! Te twoje grosze i tak by na nic nie starczyły w tym kraju!
Byłam wściekła
– Moje grosze? – powtórzyłam cicho. – Te grosze to było nasze jedzenie. Nasz dach nad głową. Kupiłeś sobie buty za pięćset złotych, a ja jadłam suchy chleb, żebyś ty miał co do garnka włożyć! Oszukiwałeś mnie prosto w oczy!
– Daj spokój, mamo. Dramatyzujesz. Zapłacę to, jak znajdę robotę. Wielkie mi halo.
Wtedy zrozumiałam, że do niego nic nie dociera. On nie czuł winy. On czuł się pokrzywdzony, że jego sielanka się skończyła. Tej nocy nie spałam. Artur zamknął się w pokoju. Ja siedziałam w kuchni przy świeczce, licząc, ile tak naprawdę mamy długu. Kwota była przerażająca. Przekraczała moje możliwości spłaty w ciągu roku, a co dopiero w dwa tygodnie. Rano podjęłam decyzję, najtrudniejszą w moim życiu. Kiedy Artur wyszedł z łazienki, czekałam na niego.
– Masz się wyprowadzić – powiedziałam twardo.
Parsknął śmiechem.
– Co ty gadasz? Dokąd mam iść? To też mój dom, jestem tu zameldowany.
– Nie, to moje mieszkanie. Wymeldowałeś się lata temu, jak szedłeś na swoje. Nie jesteś tu zameldowany. Masz się spakować i wyjść. Dziś.
Nie chciałam go znać
Jego uśmiech zgasł.
– Mamo, nie wygłupiaj się. Nie mam dokąd iść. Nie mam pieniędzy.
– Masz pieniądze na buty, na zegarki, na knajpy. Sprzedaj to wszystko. Poradzisz sobie. Jesteś dorosły. Okradłeś własną matkę, skazałeś mnie na życie w ciemności i strachu przed komornikiem. Nie chcę cię znać.
Zaczął krzyczeć, grozić, potem prosić, płakać. Próbował wziąć mnie na litość.
– Mamo, jak możesz, twoje jedyne dziecko!
Ale ja byłam jak kamień. Coś we mnie umarło poprzedniego wieczora. Miłość matki jest bezgraniczna, ale godność ma swoje granice. On je przekroczył, depcząc je swoimi nowymi, markowymi butami. W końcu spakował się. Zabrał te swoje gadżety, ciuchy. Wychodząc, nie powiedział nawet „przepraszam”. Zostałam sama. W ciszy. Bez prądu.
Poszłam do administratorki. Opowiedziałam jej wszystko, płacząc ze wstydu. Okazała się wspaniałą kobietą. Pomogła mi napisać pismo do spółdzielni o rozłożenie długu na raty. Poszłam też do opieki społecznej, choć nigdy nie myślałam, że będę musiała to zrobić. Dostałam celowy zasiłek na spłatę części prądu, żeby włączyli mi licznik.
To było pół roku temu. Moje życie jest teraz bardzo skromne. Spłacam raty za czynsz, co pochłania dużą część emerytury. Jem prosto, kupuję tylko najtańsze rzeczy, ale nikt mnie nie oszukuje. Listy otwieram sama. Wiem, na czym stoję.
Alina, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie wiedziałam, ile kasy dać księdzu do koperty i przesadziłam. Ten gest kosztował mnie wiele więcej niż dniówka”
- „Nie miałem zamiaru napychać koperty dla księdza na kolędę w tym roku. Szybko pożałowałem swojego skąpstwa”
- „Mój mąż nie miał czasu, żeby jechać z dziećmi na ferie, więc zabrałam teścia. On zatroszczył się o całą rodzinę”

