Reklama

Od kiedy przestałem pracować, świat jakby przyspieszył, a ja zostałem na przystanku. Wszystko stało się elektroniczne: rachunki, wizyty, nawet rozmowy z urzędem. Z Rafałem kiedyś potrafiliśmy godzinami majsterkować w garażu, dziś częściej słyszałem od niego, że „to się załatwia przez aplikację”. Najbardziej zabolało mnie to, że pewnego dnia poczułem się przy własnym synu jak uczeń, który nie nadąża za lekcją.

Syn chciał dostęp do konta

Pierwszy raz poprosiłem Rafała o pomoc, gdy bank zablokował mi dostęp do konta. Siedziałem przy kuchennym stole, wpatrzony w ekran laptopa, na którym pojawiał się komunikat o błędnym haśle.

– Wpisuję dobrze – mruknąłem do Lucyny. – Przecież zawsze było takie samo.

– Zadzwoń do Rafała – odparła ostrożnie. – On się zna.

Przyjechał jeszcze tego samego dnia. Usiadł naprzeciwko mnie, przesunął laptop w swoją stronę i zaczął szybko stukać w klawiaturę.

– Tato, ile razy mówiłem, żebyś nie używał jednego hasła wszędzie? – westchnął. – To się prosi o kłopoty.

Nigdy nie miałem żadnych kłopotów – odpowiedziałem, czując, jak robi mi się gorąco.

– Do czasu – odparł krótko.

W kilka minut zrobił coś, czego ja nie potrafiłem przez godzinę. Konto odblokowane, nowe hasło ustawione, jakieś dodatkowe zabezpieczenia włączone. Patrzyłem na niego z mieszaniną podziwu i wstydu.

– Najlepiej będzie, jak na jakiś czas przejmę zarządzanie twoim kontem – powiedział, zamykając laptop. – Żebyś nie dał się oszukać. Teraz tyle się słyszy.

Lucyna spojrzała na mnie pytająco.

Może to dobry pomysł? – szepnęła.

Nie chciałem wyjść na upartego starca. Skinąłem głową.

– Dobrze. Na jakiś czas.

Straciłem kontrolę nad pieniędzmi

Od tego „na jakiś czas” wszystko zaczęło się zmieniać szybciej, niż byłem gotów przyznać.

Opłacę wam rachunki hurtem, będzie wygodniej – tłumaczył. – Zrobię stałe zlecenia.

Potem powiedział, że zmieni adres e-mail powiązany z bankiem, bo „ten wasz stary jest niebezpieczny”.

– Powiadomienia będą przychodziły do mnie, będę miał wszystko pod kontrolą – dodał.

Zauważyłem, że przestałem dostawać jakiekolwiek wiadomości z banku. Gdy zapytałem, machnął ręką.

– Porządkuję sprawy. Nie musisz się tym martwić.

Coraz częściej słyszałem to zdanie: „nie musisz się tym martwić”. Brzmiało jak pocieszenie, ale w środku czułem, że coś mi odbiera. Pewnego dnia wspomniałem, że chciałbym kupić nowe narzędzia do garażu.

– Tato, po co ci kolejne? – zapytał. – Masz ich pełno.

– Te już się zużyły.

Ustalmy budżet – powiedział spokojnie, jakby rozmawiał z kimś znacznie młodszym. – Co miesiąc określona kwota na dodatkowe wydatki. Resztę będę odkładał.

– Odkładał? – uniosłem brwi.

– Na waszą przyszłość. Trzeba racjonalnie gospodarować środkami.

Zgodziłem się, choć w gardle miałem sucho. Kiedyś to ja dawałem mu kieszonkowe. Uczyłem go, że pieniądze trzeba szanować. Teraz siedział przede mną i wyznaczał mi limit.

Musiałem się prosić

Pierwszy raz musiałem poprosić go o pieniądze na drobne wydatki, gdy chciałem zapłacić za naprawę roweru Lucyny.

– Już wykorzystałeś miesięczny limit – oznajmił przez telefon. – Przeleję ci dodatkową kwotę, ale następnym razem daj znać wcześniej.

Stałem wtedy przy oknie warsztatu, ściskając telefon tak mocno, że aż zbielały mi palce.

To moje pieniądze – wymknęło mi się ciszej, niż zamierzałem.

– Oczywiście, tato – odpowiedział szybko. – Ja tylko pomagam.

Rozłączył się, a ja poczułem się tak, jakby ktoś postawił mnie do kąta. Nie dlatego, że brakowało mi pieniędzy. Bolało mnie to, że musiałem prosić. Wieczorem powiedziałem do Lucyny:

– Widzisz, do czego doszło? Muszę pytać syna, czy mogę wydać własną emeryturę.

– On chce dobrze – odparła łagodnie. – Martwi się.

– A ja? Ja mam się przestać martwić o siebie?

Nie odpowiedziała. Patrzyła w stół, jakby szukała tam rozwiązania.

Zrozumiałem wtedy, że między mną a Rafałem zaczęło się coś zmieniać. Niby wciąż był moim synem, ale coraz częściej mówił do mnie tonem mentora. A ja, zamiast się sprzeciwić, milczałem. Bałem się, że jeśli zaprotestuję, uzna mnie za niewdzięcznego i nieporadnego. I chyba właśnie to bolało najbardziej.

Dostawałem kieszonkowe

Zmiana przyszła niepostrzeżenie. Zamiast swobodnie korzystać z karty, zacząłem co tydzień otrzymywać przelew od Rafała. Stała kwota, w tytule wpisane: „na bieżące wydatki”.

– Tak będzie prościej – wyjaśnił, gdy zapytałem, dlaczego nie mogę po prostu płacić jak dawniej. – Masz określony budżet, nie musisz się zastanawiać, ile zostało.

– Ja się całe życie zastanawiałem i jakoś dawałem radę – odpowiedziałem spokojnie.

Uśmiechnął się tylko, jakby chciał zakończyć temat.

Najbardziej zabolało mnie w sklepie. Stałem przy kasie z koszykiem, w którym były kawa, kilka produktów na obiad i nowa żarówka do lampy w przedpokoju. Podałem kartę. Kasjerka przeciągnęła ją przez terminal, spojrzała na ekran i podała mi z powrotem.

Transakcja odrzucona.

Serce zaczęło mi bić szybciej.

– To niemożliwe – mruknąłem i spróbowałem jeszcze raz.

Ten sam komunikat. Za mną ustawiła się kolejka. Czułem na plecach czyjeś spojrzenia. Odsunąłem się na bok i wyciągnąłem telefon.

– Rafał? – powiedziałem, gdy odebrał. – Karta nie działa.

– Przekroczyłeś limit – odpowiedział rzeczowo. – Mówiłem, że masz określoną kwotę.

– Ale to tylko zakupy spożywcze.

– Ile wyszło?

Podałem sumę.

Dobrze, już zwiększam limit. Spróbuj za chwilę.

Byłem wściekły

Stałem tam, jak uczeń czekający na zgodę nauczyciela. Gdy transakcja w końcu przeszła, poczułem ulgę, ale też coś jeszcze – wstyd, którego nie umiałem nazwać. W domu rzuciłem torbę z zakupami na stół.

– To już przesada – powiedziałem do Lucyny. – Mam siedemdziesiąt dwa lata, a muszę prosić o odblokowanie własnych pieniędzy.

– Może rzeczywiście za dużo wydajesz? – zapytała cicho.

– Na jedzenie i rachunki?

Usiadła naprzeciwko mnie.

– Rafał twierdzi, że odkłada dla nas. Że musimy myśleć o przyszłości.

O jakiej przyszłości? Jesteśmy starzy – uniosłem głos. – Czy on pytał, czego ja chcę?

Coraz częściej między nami pojawiało się napięcie. Zarzucałem jej, że stoi po stronie syna. Ona odpowiadała, że ja nie potrafię przyznać, że czasy się zmieniły.

Kilka dni później usłyszałem, jak Rafał przez telefon tłumaczy Lucynie:

– Tata podejmuje nieprzemyślane decyzje. Gdybym tego nie kontrolował, pieniądze rozeszłyby się w kilka miesięcy.

Stałem w korytarzu i słuchałem. „Nieprzemyślane decyzje”. Tak nazwał moje życie. Wtedy po raz pierwszy przemknęła mi przez głowę myśl, że może nie wszystko jest tak przejrzyste, jak mi się wydaje. Skoro on widzi każdy przelew, to ja nie widzę już żadnego. Nie wiedziałem, ile dokładnie wpływa na konto, ile zostaje, gdzie trafia reszta. Wieczorem zapytałem go wprost:

Możesz mi pokazać zestawienie z ostatnich miesięcy?

Zawahał się.

– Po co ci to, tato? Ja nad tym czuwam.

– Chcę wiedzieć.

W słuchawce zapadła cisza.

– Przyjadę w weekend – powiedział w końcu. – Omówimy wszystko spokojnie.

Odłożyłem telefon, ale spokoju nie czułem. Po raz pierwszy pomyślałem, że może nie chodzi tylko o troskę. A jeśli ja naprawdę przestałem być właścicielem własnych pieniędzy?

Miałem dość kontroli

Po tamtym wieczorze dom zrobił się nienaturalnie spokojny. Telefon, który wcześniej dzwonił co kilka dni, teraz milczał. Rafał nie przyjeżdżał bez zapowiedzi. Jeśli już się odzywał, to krótko, rzeczowo.

– Jak się czujecie? – pytał.

– Dobrze – odpowiadałem.

– W porządku – mówiła Lucyna.

Rozmowy kończyły się szybciej, niż się zaczynały. Karolina raz przyjechała z nim. Siedzieliśmy przy stole, a ona patrzyła na mnie z chłodną uprzejmością.

– Starszym osobom trudno zaakceptować, że świat się zmienia – powiedziała, mieszając herbatę. – Rafał naprawdę wziął na siebie dużą odpowiedzialność.

Odpowiedzialność czy kontrolę? – zapytałem.

Uśmiechnęła się delikatnie.

– Czasem to to samo.

Nie odpowiedziałem. Czułem, że każde słowo tylko pogłębi przepaść.

Tak będzie lepiej

Kilka dni później poszedłem do banku sam. W końcu to ja byłem właścicielem konta. Ręce lekko mi drżały, gdy czekałem na swoją kolej. Młoda pracownica wyjaśniała mi cierpliwie kolejne kroki: nowe hasło, autoryzacje, aplikacja w telefonie.

– Proszę się nie martwić, wszystko można ustawić tak, żeby było bezpiecznie – mówiła spokojnie.

Chcę mieć wgląd w każdą złotówkę – odpowiedziałem.

Odzyskanie pełnego dostępu zajęło dwa dni. Kiedy pierwszy raz zalogowałem się samodzielnie i zobaczyłem historię operacji, poczułem coś na kształt ulgi. Tak jakbym wrócił do własnego mieszkania po długiej nieobecności. Pierwszy przelew zrobiłem z bijącym sercem. Opłaciłem rachunek za prąd. Niby drobiazg, a jednak siedziałem potem w fotelu z poczuciem małego zwycięstwa.

– Widzisz? – powiedziałem do Lucyny. – Dałem radę.

Uśmiechnęła się, ale w jej oczach była troska.

– Tylko żeby to wszystko nie kosztowało nas utraty syna.

Te słowa wracały do mnie wieczorami. Czy naprawdę to ja przesadziłem? Czy powinienem był przymknąć oko? Przecież to nasz syn. Wychowaliśmy go najlepiej, jak umieliśmy. Spotkaliśmy się z nim jeszcze raz, już po zmianach w banku. Atmosfera była sztywna.

Naprawdę nie ufasz mi aż tak? – zapytał.

– Ufność to nie to samo co oddanie wszystkiego – odpowiedziałem spokojnie.

– Chciałem was zabezpieczyć.

– A ja chciałem być traktowany jak dorosły człowiek.

Spojrzał na mnie, jakby pierwszy raz usłyszał, że to dla mnie takie ważne.

Od tamtej pory nasze relacje stały się poprawne. Przyjeżdża w niedzielę, czasem pomoże w ogrodzie. Rozmawiamy o pogodzie, o pracy, o sąsiadach. Unikamy tematu pieniędzy. Unikamy tamtego wieczoru. Ja zaś codziennie uczę się nowych rzeczy. Sprawdzam stan konta, robię przelewy, czytam komunikaty z banku. Czasem się mylę, czasem muszę coś poprawić. Ale robię to sam. Najbardziej boli mnie nie suma, która zniknęła z rachunku, lecz to, że tak łatwo oddałem kontrolę. Nie tylko nad pieniędzmi, ale też nad sobą.

Stanisław, 72 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama