Reklama

Zawsze powtarzałam, że dla dziecka zrobi się wszystko. Nawet jeśli oznacza to oddanie czegoś, na co pracowało się latami. Mój samochód nie był tylko środkiem transportu – był symbolem mojej niezależności po rozwodzie. Gdy jednak córka zaczęła nową pracę na drugim końcu miasta, nie wahałam się ani chwili. Nie przypuszczałam, że w zamian usłyszę słowa, które zabolały mnie bardziej niż jakakolwiek strata.

Nie miałam siły się kłócić

Samochód stał pod blokiem. Patrzyłam na niego z okna kuchni, jakby miał zaraz zniknąć. Amelia krążyła po mieszkaniu, nerwowo sprawdzając godzinę.

– Mamo, naprawdę jesteś pewna? – zapytała, zatrzymując się w progu. – To duża rzecz.

– Oczywiście, że jestem pewna – odpowiedziałam, choć w środku czułam ukłucie. – Praca jest ważna, a autobusem jedziesz prawie godzinę.

Podałam jej kluczyki. Zawahała się przez sekundę, a potem przytuliła mnie krótko, jakby w pośpiechu.

– Oddam ci, jak tylko uzbieram na coś swojego.

Uśmiechnęłam się.

– Nie musisz mi oddawać. Wystarczy, że będziesz szczęśliwa.

Pierwsze tygodnie były spokojne. Amelia dzwoniła z pracy, opowiadała o nowych obowiązkach, o koleżankach z biura. Cieszyłam się, że samochód naprawdę jej pomaga. Sama zaczęłam chodzić pieszo do sklepu, czasem prosiłam sąsiadkę o podwiezienie do przychodni. Mówiłam sobie, że to drobiazg. Zmiana przyszła powoli. Najpierw Amelia przestała pytać, czy potrzebuję auta w weekend. Potem coraz rzadziej bywała w domu.

– Mogłabyś dać znać wcześniej, że wrócisz tak późno – powiedziałam kiedyś, gdy weszła po dwudziestej drugiej.

Mamo, pracuję. To nie szkoła średnia – rzuciła, odkładając torebkę.

Zabolało mnie to porównanie.

– Martwię się po prostu.

– Nie musisz. Poradzę sobie.

Któregoś dnia poprosiłam, żeby zawiozła mnie do kuzynki poza miasto. Zrobiła dziwną minę.

– W sobotę? Umówiłam się ze znajomymi. Nie możesz wziąć taksówki?

– Wiesz, że to dla mnie spory wydatek.

Westchnęła głośno.

– Mamo, bez przesady.

Nie odpowiedziałam. Zaczęłam mieć wrażenie, że auto przestało być „nasze”. Stało się jej przepustką do nowego życia, w którym ja byłam dodatkiem. Prawdziwy cios przyszedł kilka dni później. Siedziałyśmy przy kolacji. Opowiadała o planach wyjazdu służbowego.

– Może powinnaś trochę zwolnić – zasugerowałam ostrożnie. – Dopiero zaczęłaś.

– Ty nic nie rozumiesz – odparła ostro. – Gdyby nie ja, siedziałabyś tu sama. Bez mojego wsparcia jesteś nikim.

Zamarłam.

– Co powiedziałaś?

– No wiesz… – machnęła ręką. – Teraz ja ogarniam wszystko. Samochód, rachunki, zakupy. Gdyby nie ja…

– Samochód był mój – przerwałam jej cicho.

Spojrzała na mnie zniecierpliwiona.

Ale kto z niego korzysta? Kto dzięki niemu pracuje?

Wstałam od stołu. Nie miałam siły się kłócić. W łazience spojrzałam w lustro i zobaczyłam kobietę, która oddała część siebie w dobrej wierze, a teraz czuła się jak gość we własnym domu. Tego wieczoru długo nie mogłam zasnąć. Po raz pierwszy pomyślałam, że może zrobiłam błąd, ucząc córkę, że wszystko jej się należy.

Podjęłam decyzję

Przez kilka dni chodziłam jak cień. Amelia zachowywała się tak, jakby nic się nie stało. Wychodziła wcześnie, wracała późno, rzucała krótkie „cześć” i znikała w swoim pokoju. A we mnie rosło coś ciężkiego, czego nie umiałam już zignorować. W środę musiałam być w urzędzie na drugim końcu miasta. Dzień wcześniej postanowiłam porozmawiać z córką na ten temat.

– Jutro o dziesiątej mam ważne spotkanie. Potrzebuję samochodu na dwie godziny.

Nawet nie podniosła wzroku znad telefonu.

– Jutro mam prezentację. Nie mogę.

– To może zawieziesz mnie po drodze? – spróbowałam.

Westchnęła, jakbym prosiła ją o coś niemożliwego.

– Mamo, nie mogę się spóźnić. To poważna firma, nie jakieś twoje sprawunki.

Słowo „twoje” zabrzmiało jak oddzielenie dwóch światów.

– To nie są sprawunki, tylko dokumenty dotyczące mieszkania – odpowiedziałam spokojnie. – I nie mów do mnie w ten sposób.

– W jaki? – uniosła brwi. – Mówię prawdę. Teraz ja utrzymuję ten dom.

Zrobiło mi się zimno.

– Utrzymujesz? Płacę czynsz, rachunki i robię zakupy. Dokładasz się tylko do prądu i internetu.

– No właśnie! – podniosła głos. – Dokładam się. Gdyby nie moja pensja, byłoby ciężko. A samochód? Dzięki niemu mam tę pracę. Bez niego dalej siedziałabym na beznadziejnych zleceniach.

Patrzyłam na nią i nie poznawałam własnej córki.

– Dałam ci ten samochód, żebyś miała łatwiej, nie żebyś czuła się lepsza ode mnie.

– Ja się nie czuję lepsza – odparła chłodno. – Po prostu jestem bardziej zaradna.

Następnego dnia pojechałam do urzędu autobusem. Spóźniłam się, zmokłam, dokumenty miałam zmięte w torbie. W drodze powrotnej zobaczyłam nasz samochód zaparkowany pod modną kawiarnią. Amelia siedziała przy stoliku z koleżankami, śmiała się, energicznie gestykulując. Nie weszłam do środka. Stałam chwilę na chodniku i zrozumiałam coś, czego wcześniej nie chciałam przyjąć do wiadomości – oddałam jej nie tylko auto, ale i kontrolę nad własnym życiem. Wieczorem czekałam na nią w salonie.

– Musimy porozmawiać – powiedziałam, gdy weszła.

Jestem zmęczona.

– Ja też, ale to ważne.

Usiadła z wyraźną niechęcią.

– Dzisiaj widziałam cię w kawiarni – zaczęłam spokojnie. – Mówiłaś, że masz prezentację.

Zawahała się.

– Przełożyli ją. Poszłam na chwilę z dziewczynami.

Czyli mogłaś mnie zawieźć.

Przewróciła oczami.

Robisz z tego dramat. To tylko samochód.

– Nie. To nie tylko samochód. To kwestia szacunku.

Cisza była ciężka. W końcu powiedziałam coś, co dojrzewało we mnie od kilku dni.

W przyszłym miesiącu sprzedaję auto.

Spojrzała na mnie jak na obcą osobę.

– Co?

– Sprzedaję je. Potrzebuję pieniędzy na remont i na siebie. Ty możesz wziąć kredyt albo kupić coś tańszego. Jesteś zaradna, prawda?

– Nie możesz mi tego zrobić! – podniosła głos. – Przez ciebie stracę pracę!

– Nie przeze mnie. Praca nie powinna zależeć od mojej ofiary.

Wstała gwałtownie.

Jesteś niesprawiedliwa! Zawsze byłaś zazdrosna, że radzę sobie lepiej!

Te słowa przelały czarę.

– Wystarczy – powiedziałam stanowczo. – Nie pozwolę, żebyś mówiła do mnie w ten sposób w moim domu. Jeśli uważasz, że jestem nikim, to może czas sprawdzić, jak wygląda życie bez mojego „niczego”.

Wybiegła do swojego pokoju, trzaskając drzwiami. Ja zostałam sama, z bijącym sercem, ale po raz pierwszy od dawna czułam też coś innego – ulgę. Postawiłam granicę, której wcześniej się bałam. Nazajutrz wystawiłam samochód na sprzedaż. Telefon zaczął dzwonić szybciej, niż się spodziewałam.

Przytuliłam ją mocno

W sobotę rano przyjechało młode małżeństwo. Oglądali go dokładnie, zaglądali pod maskę, pytali o każdy szczegół. Stałam obok i odpowiadałam rzeczowo, jakby chodziło o zwykłą transakcję, a nie o kawałek mojego życia. Amelia wyszła z domu w połowie rozmowy.

– Co się dzieje? – zapytała, widząc obcych ludzi przy aucie.

– Sprzedaję samochód – odpowiedziałam spokojnie.

Myślałam, że tylko mnie straszysz – powiedziała cicho.

– Nie straszę. Podejmuję decyzje.

Kupujący podpisali umowę, wręczyli mi pieniądze. Gdy oddawałam kluczyki, przez moment ścisnęło mnie w gardle. To było symboliczne zamknięcie pewnego etapu. Nowi właściciele odjechali, a my zostałyśmy same na chodniku przed domem.

– I co teraz? – Amelia skrzyżowała ręce na piersi.

Teraz każda z nas będzie odpowiadała za siebie – odparłam. – Ja przez lata brałam odpowiedzialność za nas obie. Może za bardzo.

Wróciłyśmy do mieszkania w ciszy. Po południu usłyszałam, jak Amelia rozmawia przez telefon w swoim pokoju.

– Nie wiem, co zrobię… Może będę musiała dojeżdżać pociągiem… Tak, wiem, że to daleko…

Wieczorem przyszła do kuchni. Usiadła naprzeciwko mnie, bez telefonu w dłoni, bez tej pewności siebie, którą ostatnio tak demonstracyjnie nosiła.

– Mamo… – zaczęła niepewnie. – W pracy powiedzieli, że jeśli będę się spóźniać, nie przedłużą mi umowy.

Milczałam.

Nie myślałam, że naprawdę go sprzedasz.

– Ja też nie myślałam, że usłyszę, że jestem nikim – odpowiedziałam spokojnie.

Spuściła wzrok.

– To było w złości.

Słowa w złości też ranią.

Przez chwilę siedziałyśmy naprzeciw siebie, jak dwie obce kobiety, które dopiero uczą się rozmawiać.

– Bałam się – powiedziała w końcu. – Że jeśli nie wykorzystam tej szansy, znowu będę zależna. Od ciebie. Od kogokolwiek. A kiedy oddałaś mi samochód… poczułam się silna. Jakbym wreszcie coś miała swojego.

Ale to nie było twoje – zauważyłam łagodnie.

– Wiem. I chyba dlatego tak bardzo próbowałam udowodnić, że na nie zasługuję. Nawet kosztem ciebie.

Pierwszy raz od dawna zobaczyłam w jej oczach nie bunt, ale wstyd.

Nie chcę być przeciwko tobie – dodała ciszej. – Chcę być obok.

Westchnęłam.

– Też nie chcę walczyć z własną córką.

Następne tygodnie były trudne. Amelia wstawała wcześniej. Była zmęczona, czasem poddenerwowana, ale nie narzekała. Zaczęła odkładać pieniądze. W domu więcej rozmawiałyśmy – o kosztach, planach, o tym, czego każda z nas potrzebuje. Po trzech miesiącach wróciła z pracy z szerokim uśmiechem.

Przedłużyli mi umowę. I dostałam premię – powiedziała, obejmując mnie. – Odkładam na swoje auto. Już nie chcę niczego, co jest twoim poświęceniem. Chcę czegoś, na co sama zapracuję.

Przytuliłam ją mocno.

– Tego właśnie chciałam cię nauczyć.

Dziś nie mam samochodu, ale mam coś cenniejszego – poczucie, że nie jestem nikim. Jestem kobietą, która w porę przypomniała sobie o własnej wartości. A moja córka nauczyła się, że siła nie polega na tym, by stać na czyichś plecach, lecz by stanąć na własnych nogach.

Grażyna, 61 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama