Reklama

Od zawsze uważałam się za kobietę rozsądną. Nie robiłam scen, nie podnosiłam głosu bez powodu, wszystko analizowałam na chłodno. Z Wiktorem tworzyliśmy spokojne małżeństwo – wspólne mieszkanie, stałe prace, odkładane „na później” plany o dziecku. Wieczorami jedliśmy kolację przy kuchennym stole, rozmawialiśmy o pracy, o rachunkach. A jednak od kilku miesięcy między nami rosła cisza.

Zauważyłam, że częściej zerkał na telefon, że bywał nieobecny. Kiedy pytałam, czy wszystko w porządku, odpowiadał krótko:

– Tak, po prostu jestem zmęczony.

Chciałam mu wierzyć. Do dnia, w którym zobaczyłam w historii naszego konta nazwisko, którego nie znałam.

Mąż przelewał komuś pieniądze

Przelew był niewielki, ale powtarzał się co miesiąc, zawsze tego samego dnia. „Nadia K.”. Wpatrywałam się w ekran tak długo, aż cyfry zaczęły mi się rozmazywać. Przecież mieliśmy wspólne konto. Wiedziałam o każdej większej płatności. O tej – nie.

Zamknęłam laptop, ale nazwisko zostało ze mną. Wieczorem obserwowałam Wiktora uważniej niż zwykle. Kroił chleb, jakby był sam w kuchni.

– Długo dziś byłeś w pracy – rzuciłam niby od niechcenia.

– Mieliśmy zamknięcie projektu.

Nie spojrzał na mnie. Następnego dnia znów sprawdziłam historię przelewów. Cofnęłam się o pół roku. Nadia pojawiała się regularnie. Zaczęłam porównywać daty z jego późnymi powrotami. Wszystko zaczęło mi się układać w jeden, bolesny obraz.

W pracy nie mogłam się skupić. W głowie widziałam młodą kobietę, może ładniejszą ode mnie, może bardziej spontaniczną. Przypominałam sobie historię koleżanki, którą mąż zostawił dla kogoś „z nową energią”. Zawsze mówiła, że niczego się nie spodziewała.

Wieczorem spróbowałam jeszcze raz.

– Wierzysz w to, że w małżeństwie da się być całkowicie szczerym? – zapytałam.

Uniósł brwi.

– Skąd to pytanie?

– Tak po prostu.

– Irena, jeśli coś chcesz powiedzieć, powiedz wprost.

Zamilkłam. Nie miałam odwagi. Ale w środku już byłam pewna, że mnie zdradza. I że nie pozwolę robić z siebie idiotki. Postanowiłam dowiedzieć się prawdy.

Śledziłam męża

Wzięłam dzień wolny pod pretekstem wizyty u dentysty. Rano zachowywałam się tak, jakby wszystko było w porządku. Pocałowałam Wiktora w policzek, życzyłam mu miłego dnia. Uśmiechnął się blado.

– Nie wrócę dziś wcześnie – powiedział, zakładając płaszcz. – Mam jeszcze jedno spotkanie.

Serce zabiło mi szybciej. Oczywiście.

Godzinę później siedziałam w samochodzie zaparkowanym po drugiej stronie ulicy od jego biura. Czułam się żałośnie. Przecież nie byłam zazdrosną nastolatką. A jednak ściskałam kierownicę tak mocno, że zbielały mi knykcie.

Kiedy wyszedł, nie wyglądał jak ktoś, kto idzie na romantyczne spotkanie. Miał w ręku torbę z zakupami. Ruszył w stronę przystanku. Jechałam za autobusem, przeklinając w myślach każde czerwone światło. Wysiadł na obrzeżach miasta, w dzielnicy z niskimi blokami i obdrapanymi balkonami. Zatrzymał się przed jednym z nich, poprawił torbę i wszedł do klatki.

Zaparkowałam kawałek dalej. Nogi miałam jak z waty. Przez chwilę chciałam odjechać. Udawać, że nic nie wiem. Ale ciekawość była silniejsza. Obeszłam blok od tyłu. Na parterze jedno z okien było lekko uchylone. Firanka poruszała się od przeciągu. I wtedy go zobaczyłam. Stał w niewielkim salonie. Naprzeciwko niego młoda kobieta – ciemne włosy spięte w niedbały kok, luźny sweter. Wyglądała zwyczajnie. Nie jak ktoś, kto rozbija małżeństwa.

Obok niej stała dziewczynka, może pięcioletnia. W różowej bluzie, z włosami związanymi w dwa kucyki.

Wiktor uklęknął, a ona rzuciła mu się na szyję.

– Tato! – usłyszałam przez uchylone okno.

Świat zawirował. On ją objął. Niepewnie, jakby uczył się tego gestu. Kobieta patrzyła na nich w milczeniu. Nie potrzebowałam więcej dowodów. „Tato”. Drugie życie. Drugie dziecko. Druga rodzina. Cofnęłam się, czując, jak policzki płoną mi z upokorzenia. Wsiadłam do samochodu i odjechałam, nie pamiętając nawet drogi powrotnej. W domu usiadłam przy stole, dokładnie tam, gdzie zwykle jedliśmy kolacje. Patrzyłam na zegar. Każda minuta była katorgą.

Kłamał prosto w oczy

Kiedy wieczorem wszedł do mieszkania, powitałam go ciszą.

– Coś się stało? – zapytał, zdejmując buty.

– Gdzie byłeś? – mój głos był nienaturalnie spokojny.

– Mówiłem, że mam spotkanie.

– Służbowe?

Zawahał się o ułamek sekundy.

– Tak.

To jedno słowo rozdarło mnie bardziej niż wszystko, co zobaczyłam.

Patrzyłam na niego i myślałam o małej dziewczynce obejmującej go za szyję. O tym, że potrafił wrócić do mnie i udawać, że nic się nie dzieje. Nie spałam tej nocy. Leżałam obok niego sztywna, wsłuchana w jego oddech. W głowie powtarzało się jedno pytanie: jak długo to trwało? Rano wiedziałam już, że nie wytrzymam ani dnia dłużej.

Chciałam znać prawdę

Nie planowałam sceny. Chciałam rozmowy, spokojnej, rzeczowej. Ale kiedy Wiktor usiadł przy stole z kubkiem herbaty, a ja zobaczyłam jego zwyczajny, niewinny wyraz twarzy, coś we mnie pękło.

Jak długo mnie okłamujesz? – zapytałam bez wstępu.

Zamarł z kubkiem w połowie drogi do ust.

– O czym ty mówisz?

– O niej. O dziecku. O tym mieszkaniu na obrzeżach.

Kubek stuknął o blat.

– Śledziłaś mnie?

– Wolałabym nigdy nie musieć tego robić – odpowiedziałam drżącym głosem. – Widziałam, jak ją przytulałeś. Widziałam, jak ona mówi do ciebie „tato”.

Zbladł. Naprawdę zbladł. Nie jak ktoś przyłapany na romansie, raczej jak ktoś, komu nagle zabrakło powietrza.

– Irena… to nie jest to, co myślisz.

– A co ja myślę, Wiktor? – podniosłam głos. – Że masz drugą rodzinę? Że płacisz jej za milczenie? Że ja jestem tylko dodatkiem?

Przeczesał dłonią włosy i usiadł ciężko na krześle.

– Nie mam romansu.

– Więc kim ona jest? – naciskałam. – I kim jest to dziecko?

Milczał. To milczenie było gorsze niż jakiekolwiek wyznanie.

– Powiedz coś! – krzyknęłam, czując, że łzy same napływają mi do oczu. – Zasługuję na prawdę.

– Bałem się – wyszeptał w końcu.

– Czego? Że odejdę? – zaśmiałam się gorzko. – Właśnie dajesz mi powód.

Mąż mi wszystko wyznał

Podniósł na mnie wzrok. Nie było w nim gniewu. Był wstyd.

– Kilka miesięcy temu odezwała się do mnie Nadia. Znałem ją na studiach. To był krótki związek, nic poważnego. Rozstaliśmy się i straciliśmy kontakt.

Serce waliło mi jak oszalałe.

– I?

– Powiedziała, że ma córkę. Że Lena jest moim dzieckiem.

Słowa zawisły w powietrzu, ciężkie i nieodwracalne.

– To niemożliwe – wyszeptałam.

– Zrobiłem badania. Wynik nie zostawiał wątpliwości.

Usiadłam naprzeciwko niego. Nagle zabrakło mi sił.

– Od kiedy wiesz?

– Od pół roku.

Pół roku. Pół roku wspólnych kolacji, planów, rozmów o naszej przyszłości. Pół roku, w którym nosił w sobie coś tak ogromnego.

– I ani razu nie pomyślałeś, żeby mi powiedzieć? – zapytałam cicho.

– Myślałem codziennie. Ale bałem się, że uznasz to za zdradę. Że odejdziesz. Sam nie wiedziałem, jak się w tym odnaleźć. Nagle dowiedziałem się, że mam dziecko. Dziewczynkę, która przez pięć lat nie wiedziała, kim jest jej ojciec.

Przypomniałam sobie, jak nieporadnie ją obejmował. Jakby dopiero uczył się tej roli.

Dlaczego płacisz jej pieniądze? – zapytałam.

– To nie dla Nadii. To na utrzymanie Leny. Chcę być odpowiedzialny.

W pokoju zapadła cisza. Moja wizja zdrady rozsypywała się, ale w jej miejscu pojawiała się inna rana.

– Okłamywałeś mnie – powiedziałam w końcu.

Opuścił głowę.

– Wiem.

Patrzyłam na niego i po raz pierwszy od wczoraj poczułam coś innego niż gniew. Wątpliwość. Może naprawdę nie miał drugiego życia. Może dopiero próbował zrozumieć to, które nagle go dogoniło.

Chcę ją poznać – powiedziałam niespodziewanie nawet dla siebie.

Podniósł wzrok.

– Jesteś pewna?

Nie byłam. Ale wiedziałam, że jeśli tego nie zrobię, ta historia zawsze będzie między nami jak mur.

– Tak. Pojedziemy razem.

Bałam się tej wizyty

Do mieszkania Nadii jechaliśmy w ciszy. Patrzyłam przez okno, jak mijamy znajome ulice, i zastanawiałam się, czy po tej wizycie cokolwiek jeszcze będzie znajome.

– Jeśli w którymkolwiek momencie będziesz chciała wyjść, po prostu wyjdziemy – powiedział cicho Wiktor, kiedy zaparkował pod blokiem.

Skinęłam głową. Nie byłam w stanie odpowiedzieć. Drzwi otworzyła Nadia. Na żywo wydawała się młodsza, niż zapamiętałam z tamtego dnia. W jej spojrzeniu nie było wyzwania ani triumfu. Było zmęczenie.

– Dzień dobry – powiedziała spokojnie. – Wejdźcie.

W mieszkaniu pachniało świeżo wypranym praniem. Na podłodze leżały kredki i kartki. Lena siedziała przy małym stoliku i coś rysowała. Kiedy zobaczyła Wiktora, jej twarz rozjaśniła się natychmiast.

– Tato! – zawołała i podbiegła do niego.

Zatrzymałam się kilka kroków za nimi. Patrzyłam, jak podnosi ją i przytula. Tym razem pewniej niż wcześniej. Jakby przez te kilka dni coś w nim dojrzało.

Dziewczynka spojrzała na mnie z ciekawością.

– A to kto? – zapytała szeptem, ale wystarczająco głośno, bym usłyszała.

Wiktor zawahał się.

– To Irena. Moja żona.

Lena zmrużyła oczy, jakby analizowała tę informację, po czym podeszła do mnie i wyciągnęła kartkę.

– Narysowałam nas w parku – powiedziała z dumą.

Na rysunku była ona, Wiktor i huśtawka. Trzymała go za rękę. Obok była jeszcze jedna postać – kobieta z długimi włosami.

– To mama – wyjaśniła.

Patrzyłam na ten prosty obrazek i czułam, jak coś we mnie mięknie. To nie była scena z romansu. To było dziecko, które chciało mieć tatę.

Nadia zaprosiła mnie do kuchni.

– Nie chciałam burzyć wam życia – powiedziała cicho, nalewając herbaty. – Długo zastanawiałam się, czy się odezwać. Ale Lena zaczęła pytać.

– Dlaczego wcześniej mu nie powiedziałaś? – zapytałam, patrząc jej w oczy.

– Bałam się. Byliśmy młodzi. Potem wyjechał. Uznałam, że poradzę sobie sama. Dopiero gdy zobaczyłam, że potrzebuje odpowiedzi, zdecydowałam się go znaleźć.

Nie brzmiała jak ktoś, kto chce coś zabrać. Raczej jak ktoś, kto przez lata dźwigał wszystko sam.

Teraz będzie inaczej

Kiedy wracaliśmy do domu, byłam wyczerpana. Wiktor prowadził w milczeniu.

– Żałujesz, że tam pojechałaś? – zapytał w końcu.

Zastanowiłam się.

– Nie. Ale to nie znaczy, że jest mi łatwo.

W domu usiedliśmy przy stole. Tym samym, przy którym kilka dni wcześniej oskarżałam go o zdradę.

Nie wiem jeszcze, jak to wszystko poukładać – powiedziałam szczerze. – Nie wiem, czy potrafię od razu zaakceptować twoją rolę ojca. Ale wiem, że jeśli mamy być razem, nie może być między nami więcej tajemnic.

– Nie będzie – odpowiedział bez wahania. – Przysięgam.

Po raz pierwszy od miesięcy spojrzał na mnie tak, jak dawniej – bez unikania wzroku. Nasze małżeństwo nie wróciło magicznie do dawnej beztroski. Bywały trudne rozmowy, chwile zazdrości, momenty, gdy czułam się odsunięta. Ale zaczęliśmy mówić o wszystkim. O pieniądzach, o planach, o tym, jak często będzie widywał Lenę. Ustalaliśmy granice razem.

Kilka tygodni później Lena przyszła do nas na obiad. Siedziała przy naszym stole i opowiadała o przedszkolu, a ja podałam jej kompot w małym kubku, który kiedyś kupiłam „na przyszłość”. Nie wiem, czy kiedykolwiek zapomnę tamten wieczór przy oknie. Ale dziś wiem, że prawda – nawet spóźniona – daje szansę. I że czasem trzeba zmierzyć się z przeszłością, żeby mieć jakąkolwiek przyszłość.

Irena, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama