„Od dawna z trudem wiążę koniec z końcem. Odrobinę radości wprowadził do mojego życia ktoś, kto umiał słuchać”
„On tylko wzruszył ramionami, jakby już się przyzwyczaił. A ja poczułam tę znajomą falę żalu — nie tylko do siebie, ale i do życia, które tak bardzo rozjechało się z tym, co sobie wyobrażałam, mając dwadzieścia lat. Byłam głodna. Nie tylko w sensie jedzenia, bo śniadania znów nie zdążyłam zjeść, ale głodna wszystkiego — dotyku, czułości, uwagi”.

Nie wiem, czy to bieda, czy wygórowane ambicje, ale faktem jest, że co miesiąc, pod koniec, zostaję z niemal pustym kontem. Mąż zarabia średnio, ja pracuję na półtora etatu, dzieci ciągle czegoś potrzebują. Wiadomo: wycieczki szkolne, nowe buty, lekcje angielskiego. Życie kosztuje, a my chcemy wyglądać, jakby nas było stać — czasem dla sąsiadów, czasem dla samych siebie. Tylko że prawda jest taka, że już dawno przestało nas być na to wszystko stać. Dlatego, poza własną rodziną, szukam też sensu życia gdzie indziej. U mężczyzny, który z początku tylko mnie słuchał.
Nie potrafiłam zrezygnować z pozorów
— Kochanie, zamówiłam ten nowy dywan z Instagrama, co ci wczoraj pokazywałam. Wspaniale będzie pasował do salonu — powiedziałam do męża, kiedy wieczorem wyciągałam z piekarnika zapiekankę.
— No nie wiem, czy to teraz dobry pomysł... — mruknął, nie odrywając wzroku od telefonu. — Mamy przecież ratę kredytu za tydzień.
Rzeczywiście, mieliśmy. I to niejedną. Kredyt za dom, kredyt za samochód, rata za lodówkę i jeszcze karta kredytowa, z której ciągle coś spłacaliśmy, a zarazem znów coś się na niej pojawiało. Żyliśmy jak większość naszych znajomych — niby średnia krajowa, ale wszystko w ratach. Tyle że ja nie potrafiłam zrezygnować z pozorów. Dbałam o to, żeby dzieci nie chodziły w podniszczonych butach, żeby na parapetówce sąsiadki pochwaliły wystrój mojego salonu. Nawet jak wiedziałam, że na koncie zostało dwieście złotych do końca miesiąca.
— Damy radę — uśmiechałam się do męża i stawiałam talerze na stole. On już nie pytał, jak. Wiedział, że i tak coś wymyślę. Bo zawsze wymyślałam. Tylko że ostatnio coraz częściej łapałam się na tym, że wymyślam coś, czego wolałabym nie przyznać nawet sama przed sobą.
Mnie też czegoś brakowało
— Mamo, mogę dostać dwadzieścia złotych na pizzę po szkole? — zapytał syn z buzią umazaną pastą do zębów. — Wszyscy idą, głupio tak stać obok i patrzeć.
— Jasne — odpowiedziałam odruchowo i poszłam do torebki sprawdzić, czy w ogóle mam cokolwiek. Znalazłam pięć złotych i paragon z apteki. Resztę drobnych wczoraj wrzuciłam do automatu na mleko w szkole młodszej córki.
— Nie dziś, kochanie — powiedziałam cicho, bo jakoś nie chciałam, żeby słyszał, jak grzebię po kieszeniach i liczę monety.
On tylko wzruszył ramionami, jakby już się przyzwyczaił. A ja poczułam tę znajomą falę żalu — nie tylko do siebie, ale i do życia, które tak bardzo rozjechało się z tym, co sobie wyobrażałam, mając dwadzieścia lat. Byłam głodna. Nie tylko w sensie jedzenia, bo śniadania znów nie zdążyłam zjeść, ale głodna wszystkiego — dotyku, czułości, uwagi. Mąż wracał z pracy późno, padał na kanapę, a potem zasypiał z pilotem w ręku. Dzieci to dzieci — kochane, ale też wiecznie czegoś potrzebujące.
A ja? Przecież mnie też czegoś brakowało. Może właśnie dlatego, kiedy Grzesiek z biura zapytał mnie, czy chciałabym iść z nim na lunch, powiedziałam „tak” szybciej, niż zdążyłam pomyśleć, co robię.
Tak to sobie tłumaczyłam
Grzesiek nie był żadnym Adonisem. Zwykły facet po czterdziestce, trochę łysiejący, z miękkim brzuchem i wiecznie rozwichrzonym kołnierzykiem. Ale słuchał. I to jakoś wystarczyło.
— I co, znowu młoda dyrektorka cisnęła cię o te raporty? — zapytał, kiedy siedzieliśmy razem w barze mlecznym obok biura. — Przecież ona nie ma pojęcia, co ty tam właściwie robisz.
Parsknęłam śmiechem. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio mogłam się tak roześmiać w czyimś towarzystwie. Z mężem rozmawialiśmy głównie o rachunkach, dzieciach i brudnych skarpetkach. Z Grześkiem mogłam pogadać o wszystkim, o niczym, o mnie. Pytał, jak się czuję, czy się wysypiam, czy boli mnie głowa, kiedy biorę tyle nadgodzin. Pewnego dnia przyniósł mi drożdżówkę.
— Wczoraj mówiłaś, że nie miałaś śniadania. — Położył ją na moim biurku i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, już go nie było.
Drobiazg. Banalny. Ale zrobił więcej niż jakiekolwiek słowa. Poczułam się zauważona. Może pierwszy raz od miesięcy. Wtedy jeszcze sądziłam, że to nic. Tylko zwykła sympatia między kolegami z pracy. Tak to sobie tłumaczyłam. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że czekałam na jego wiadomości bardziej niż na „kocham cię” od własnego męża?
Już nie było odwrotu
Zaczęło się niewinnie — zostaliśmy dłużej w pracy, bo projekt się sypał. Grzesiek zaproponował, żebyśmy zamówili coś do jedzenia. Chińszczyzna, herbata z automatu, śmiech z byle czego. Ostatni autobus mi uciekł. On zaproponował, żebym nie jechała nocnym, tylko przenocowała u niego.
— Mam drugi pokój, spokojnie — dodał od razu, jakby wyczuwał moje napięcie.
Miał rację. Miał drugi pokój. Z pościelą pachnącą płynem do płukania i kocem z lamą. Położyłam się i długo nie mogłam zasnąć. Przekręcałam się z boku na bok, wpatrując w sufit. Nagle usłyszałam delikatne pukanie.
— Wszystko w porządku? — zapytał szeptem.
Nie odpowiedziałam. Po prostu podniosłam kołdrę i zrobiłam mu miejsce. A on... wszedł. I położył się obok. Bez dotykania. Bez żadnych gestów. Po prostu był. I to wystarczyło, żeby zaczęłam płakać cicho, bezgłośnie. W tamtej chwili nie czułam się kochanką. Nie czułam się żoną. Czułam się kobietą, która znowu może zasnąć bez lęku. Która na moment zapomniała o pustym koncie, rachunkach i obojętnym spojrzeniu męża przy kolacji. A rano... rano już nie było odwrotu. Grzesiek zrobił mi kawę i powiedział:
— Możesz tu wracać, kiedy tylko chcesz.
Wróciłam. Jeszcze nie raz.
Tyle że ja też płaciłam
— Przecież nie robisz nic złego — mówił Grzesiek, kiedy po raz pierwszy zaczęłam się wycofywać. — Nie zabieram cię mężowi. Nie proszę, żebyś zostawiła dzieci. Po prostu... jesteśmy dla siebie ważni.
Siedzieliśmy w jego kuchni, jedliśmy naleśniki z dżemem. Było tak domowo, że aż ściskało w gardle. Właśnie dlatego coraz trudniej było mi pogodzić to podwójne życie. W domu byłam matką, żoną, księgową, kucharką i pielęgniarką. U Grześka tylko sobą. I ta „ja” też miała potrzeby. Też chciała się śmiać, czuć dotyk, słyszeć „jesteś piękna”. Ale ta druga rzeczywistość miała swoją cenę.
Grzesiek nie był utrzymankiem w dosłownym sensie. Nie dawałam mu pieniędzy. Nie kupowałam mu prezentów. To on częściej coś przynosił — bilety do kina, kolację na wynos, czasem nawet jakąś książkę, którą „powinnam przeczytać”. I tak, płacił za wszystko. Tyle że ja też płaciłam — własnym sumieniem. Strachem, że dzieci kiedyś usłyszą coś w szkole. Że mąż znajdzie wiadomość w telefonie. Że się dowie.
I jeszcze jednym: ciszą. Bo nie miałam komu się zwierzyć. Największą tajemnicą mojego życia nie mogłam podzielić się z nikim. Nie mogłam wygadać się przyjaciółce, siostrze ani nawet samej sobie, kiedy patrzyłam w lustro.
Nie wiem, co dalej
Dzień, w którym mąż stracił pracę, zaczął się jak każdy inny. Śniadanie, kanapki do szkoły, moje szybkie espresso wypite w biegu. Dopiero wieczorem, po kolacji, powiedział mi bez emocji:
— Nie przedłużyli umowy. Szef tylko wzruszył ramionami.
Nie zapytał, jak damy radę. Nie robił dramatów. Po prostu wyszedł na balkon i siedział tam, aż zrobiło się ciemno. A ja siedziałam w kuchni i patrzyłam na tabelkę z domowym budżetem. W tej tabelce nie było miejsca na błędy. Na opóźnienia. Na „później zapłacimy”. Wtedy zadzwonił Grzesiek. Nie odebrałam. Wysłał wiadomość: „Jutro wieczorem. Tęsknię”.
Patrzyłam na ekran długo. Za długo. Potem skasowałam wiadomość. Po raz pierwszy. Bo nagle wszystko to wydało mi się chore. Utrzymanie tego, co zbudowałam na kłamstwie, przestało być warte ryzyka. Zwłaszcza teraz. Nie wiem, co dalej. Mąż szuka pracy, a ja... ja przestałam chodzić na lunch do Grześka. Unikam go, mijam na korytarzach. Nie wiem, czy się domyśla, że to koniec. Może tak, a może jednak nie. Wypłata nadal ledwo wystarcza mi do pierwszego. Dzieci nadal chcą pizzę, mąż milczy. Ale przynajmniej wieczorem zasypiam we własnym łóżku. Sama ze sobą.
Renata, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż traktował mnie jak powietrze. Kiedy spotkałam kogoś, kto mnie dostrzegł, nie wahałam się ani chwili”
- „Synowa nie wie, co robię z dziećmi, gdy tylko zamknie drzwi. Skoro mam pilnować wnuki, to na moich zasadach”
- „Rodzinne ferie na wsi miały być za darmo. Byłam w szoku, gdy dostałam od kuzynki rachunek na 3 tysiące”

