Reklama

Przez dwa lata żyłam w trybie ciągłego oczekiwania, wierząc w każde słowo, które padało z jego ust. Byłam mistrzynią w usprawiedliwianiu jego nieobecności i ekspertką od cichego płaczu w poduszkę, gdy kolejny „ostateczny termin” mijał bez echa. Wmawiałam sobie, że to ja jestem jego prawdziwym życiem, a tamten dom to tylko pusta skorupa, którą wkrótce opuści. Dopiero przypadkowe spotkanie w alejce z narzędziami ogrodniczymi otworzyło mi oczy na brutalną prawdę: w jego scenariuszu to ja byłam jedynie przerwą na reklamy, a nie filmem, który chciał oglądać do końca życia.

Zawsze było jakieś „potem”

Wszystko zaczęło się od kawy, która przeciągnęła się w nieskończoność. Olek był klientem mojej firmy organizującej eventy. Charyzmatyczny, z tym rodzajem zmęczenia w oczach, które kobiety takie jak ja mylą z głębią duszy. Od początku wiedziałam, że ma żonę. Nie ukrywał obrączki, choć często bawił się nią, przesuwając złoty krążek w górę i w dół palca, jakby go uwierał.

— To skomplikowane — powiedział podczas trzeciego spotkania, gdy omawialiśmy jubileusz jego firmy. — Żyjemy obok siebie. Dla dzieci. Magda to dobra kobieta, ale... wypaliliśmy się lata temu.

Uwierzyłam mu. Dlaczego miałabym nie wierzyć? Patrzył na mnie z takim uwielbieniem, jakiego nie widziałam u nikogo od lat. Czułam się przy nim ważna, słuchana i adorowana. Wkrótce nasze spotkania przestały dotyczyć cateringu i dekoracji sali. Stały się moją codziennością, moim tlenem. Wpadłam w pułapkę, którą sama pomogłam zbudować. Każdy nasz wspólny wieczór był kradziony. Musiał wracać do domu przed dwudziestą drugą, bo „córka ma problemy z matematyką”, bo „nie chcę robić awantur przy dzieciach”, bo „Magda ma migrenę”.

Byłam cierpliwa. Przecież on cierpiał, tkwiąc w martwym związku. Tak mi mówił. A ja, jako ta wyrozumiała i lepsza, miałam obowiązek czekać na właściwy moment.

— Jeszcze tylko te święta — obiecywał w grudniu, głaszcząc mnie po policzku. — Nie mogę im tego zrobić teraz. Po Nowym Roku porozmawiam z nią o rozwodzie.

Nowy Rok minął, a rozmowa się nie odbyła. Powodem był rzekomy kryzys w pracy Magdy. Potem komunia syna. Potem wakacje, które „były zaplanowane rok temu i nie można ich odwołać”. Zawsze było jakieś „potem”, a ja ciągle żyłam w „teraz”, które bolało coraz bardziej.

Oni byli zespołem

W międzyczasie moje życie zawodowe nabrało tempa, co paradoksalnie tylko pogłębiało moją frustrację. Dostałam zlecenie na organizację Srebrnych Godów państwa K. To było wielkie wydarzenie, ponad stu gości, sala balowa w starym dworku, orkiestra. Pani Krystyna K. była kobietą niezwykle wymagającą. Potrafiła dzwonić do mnie o siódmej rano, by dyskutować o odcieniu serwetek.

— Pani Ewo, ten błękit musi być jak niebo w lipcu, nie jak sprany dżins — tłumaczyła z pasją.

Mimo jej pedantyzmu, widziałam w niej coś, czego zazdrościłam do bólu kości. Widziałam, jak jej mąż, pan Jerzy, patrzy na nią, gdy ona denerwuje się o te nieszczęsne serwetki. Nie przewracał oczami. Uśmiechał się łagodnie, kładł jej rękę na ramieniu i mówił: „Krysiu, cokolwiek wybierzesz, będzie pięknie”. Oni byli zespołem. Nawet gdy się sprzeczali o menu, robili to razem, mając wspólny cel. Ja i Olek byliśmy jak dwa statki, z których jeden stoi na kotwicy w bezpiecznym porcie, a drugi dryfuje na otwartym morzu, czekając na pozwolenie, by wpłynąć.

Pewnego popołudnia, gdy siedziałam w biurze nad projektem zaproszeń dla K., zadzwonił Olek.

Nie dam rady dzisiaj wpaść — powiedział szybko tonem, który sugerował, że nie jest sam.

— Ale obiecałeś — szepnęłam, czując ten znajomy ucisk w żołądku. — Kupiłam bilety do teatru. Mieliśmy świętować moje urodziny, pamiętasz? Przełożyliśmy to z zeszłego tygodnia.

— Wiem, kochanie, przepraszam. Magda... Magda coś podejrzewa. Zaczęła zadawać pytania. Muszę być ostrożny, dla naszego dobra. Rozumiesz, prawda? To tylko chwila, niedługo wszystko się ułoży.

Zrozumiałam. Zawsze rozumiałam. Odłożyłam słuchawkę i spojrzałam na projekt zaproszenia leżący na biurku. Napis „25 lat razem — w słońcu i w deszczu” wydawał się kpiną z mojej sytuacji. Spędziłam swoje trzydzieste czwarte urodziny sama, jedząc sałatkę z pudełka i oglądając seriale, podczas gdy mój „prawie wolny” mężczyzna jadł kolację z kobietą, której rzekomo nie kochał.

Obraziłam się na nią

Moją jedyną powierniczką była Natalia, przyjaciółka jeszcze ze studiów. Natalia była osobą, która nie owijała w bawełnę. Kiedyś, gdy siedziałyśmy w kawiarni, nie wytrzymała mojego narzekania.

— Ewa, czy ty siebie słyszysz? — zapytała, odstawiając gwałtownie filiżankę. — On ci to mówi od dwóch lat. Słowo w słowo. Zmieniają się tylko okoliczności. Raz jest chora matka, raz egzaminy dzieci, raz depresja żony.

— Ale on ją zostawi! — broniłam go, choć w głębi duszy czułam, jak krucha jest moja obrona. — Widzę, jak na mnie patrzy. Mówi, że przy mnie odżył. Że w domu tylko wegetuje.

— Faceci, którzy chcą odejść, odchodzą — powiedziała Natalia twardo. — Pakują walizki i wychodzą. Nie czekają na idealny układ gwiazd. On ma ciastko i chce zjeść ciastko. Ma ciepły dom, wyprane koszule i rodzinne obiady, a u ciebie ma namiętność i brak obowiązków. Po co ma to zmieniać?

Obraziłam się na nią wtedy. Wyszłam z kawiarni, trzaskając drzwiami. Wydawało mi się, że ona po prostu nie rozumie głębi naszego uczucia. Że jest cyniczna, bo sama była po trudnym rozwodzie. Przecież Olek był inny. On był wrażliwy. On był ofiarą sytuacji. Wróciłam do domu i napisałam do niego długą wiadomość, pełną tęsknoty. Odpisał dopiero rano: „Tęsknię. Wytrzymaj jeszcze trochę. Kocham”. To jedno słowo „kocham” wystarczyło, bym znowu zresetowała licznik wątpliwości. Znów byłam gotowa czekać.

Znowu ustąpiłam

Przełom nastąpił powoli, sącząc się do mojej świadomości jak zimna woda. Zbliżał się majowy weekend. Olek obiecał, że wyjedziemy. Tylko my dwoje, do małego domku w Bieszczadach, gdzie nikt nas nie znajdzie. To miał być test przed jego wyprowadzką. Miał powiedzieć żonie, że jedzie na konferencję. Cieszyłam się jak dziecko. Kupiłam nowe ubrania, zaplanowałam trasy spacerowe. Dwa dni przed wyjazdem przyszedł do mnie. Nie musiał nic mówić — widziałam to w jego postawie. Ramiona opuszczone, wzrok wbity w podłogę.

— Nie mogę — powiedział cicho. — Magda zorganizowała wyjazd do rodziców. Jej ojciec ma imieniny. Cała rodzina się zjeżdża. Jeśli nie pojadę, to będzie koniec. Zrobi awanturę, nastawi dzieci przeciwko mnie.

— A my? — zapytałam, czując, jak łzy pieką mnie pod powiekami. — Co z nami? Co z moimi uczuciami? Czy ja się w ogóle liczę?

— Liczysz się najbardziej. — Podszedł i chwycił mnie za ręce. — Robię to dla nas. Żeby potem mieć czystą kartę. Jeśli teraz wywołam wojnę, ona zniszczy mnie w sądzie. Muszę to rozegrać dyplomatycznie.

Znowu ustąpiłam. Zostałam w mieście. Ten weekend był jednym z najdłuższych w moim życiu. Z nudów i frustracji zaczęłam robić coś, czego wcześniej unikałam jak ognia — przeglądałam profile społecznościowe jego rodziny. Olek nie miał konta, ale jego żona tak. Jej profil był otwarty.

Zobaczyłam zdjęcia z tego weekendu. Był grill w ogrodzie, uśmiechnięci ludzie, słońce. Na jednym ze zdjęć Olek stał przy grillu w zabawnym fartuchu, śmiejąc się z czegoś, co mówiła jego żona. Magda wyglądała na szczęśliwą. Nie wyglądała na „współlokatorkę”, której się unika. Nie wyglądała na kobietę w depresji, z którą nic go nie łączy. Na kolejnym zdjęciu, grupowym, trzymał ją objętą w pasie. Jego dłoń spoczywała na jej biodrze w sposób naturalny, swobodny.

To nie był gest człowieka, który brzydzi się dotyku swojej żony. To był gest kogoś, kto czuje się tam bezpiecznie. Kto jest u siebie. Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. To nie była gra pozorów. To było ich życie. Prawdziwe, namacalne życie, pełne wspólnych znajomych, rodzinnych żartów i historii. Ja byłam tylko cieniem, który znikał, gdy wschodziło słońce ich codzienności.

Olek i Magda

Tydzień po majówce musiałam pojechać do dużego centrum ogrodniczego na obrzeżach miasta. Pani Krystyna K. wymyśliła sobie, że sala balowa ma tonąć w konkretnym gatunku hortensji, a ja, jako profesjonalistka, postanowiłam osobiście wybrać najpiękniejsze okazy. Chodziłam między alejkami, wdychając zapach wilgotnej ziemi i kwiatów, próbując skupić się na pracy, a nie na milczącym telefonie w kieszeni. Olek pisał rzadziej. Twierdził, że w pracy mają audyt.

Skręciłam w alejkę z meblami ogrodowymi i wtedy ich zobaczyłam. Olek i Magda. Nie zauważyli mnie — byli zajęci oglądaniem wielkiej, dwuosobowej huśtawki ogrodowej, takiej z baldachimem i miękkimi poduchami. Stałam jak wryta za wielką donicą z tujami, nie mogąc się ruszyć. Serce waliło mi tak głośno, że bałam się, że mnie usłyszą.

— Zobacz, Olek, ta będzie idealna na taras — powiedziała Magda, siadając na huśtawce. — Będziemy mogli wieczorami czytać książki.

— Trochę droga — mruknął Olek, ale w jego głosie nie było sprzeciwu, raczej rozbawienie. Usiadł obok niej

— Ale solidna — odparła, opierając głowę o jego ramię. — Ma nam służyć lata.

Zamarłam. „Ma nam służyć lata”. Olek objął ją ramieniem i pocałował w czubek głowy.

— Masz rację. Bierzemy. Będzie pasować do tych nowych nasadzeń, które planujemy jesienią.

Jesienią. Planowali jesień. Planowali lata. Kupowali meble, na których mieli się starzeć razem. W tym momencie runęła cała moja konstrukcja usprawiedliwień. Wszystkie te bajki o „osobnych sypialniach”, o „życiu obok siebie”, o rozwodzie, który jest tuż za rogiem. Człowiek, który planuje odejść, nie kupuje z żoną drogiej huśtawki ogrodowej. Nie planuje nasadzeń na jesień. Nie całuje jej z taką czułością w miejscu publicznym, gdy nikt nie patrzy, bo przecież nie musieli nikogo udawać przed obsługą sklepu.

Zrozumiałam wtedy coś potwornego. On nie był nieszczęśliwy. On był po prostu chciwy. Chciał mieć to bezpieczne, wygodne gniazdo z Magdą, gdzie wszystko jest znane i stabilne, a jednocześnie chciał mieć dreszczyk emocji ze mną. Byłam jego odskocznią, jego kaprysem, wentylem bezpieczeństwa, który pozwalał mu wracać do domu i być „dobrym mężem”. Moja rola polegała na byciu tymczasową. Nigdy nie miałam być stała. To jego małżeństwo było fundamentem, którego nie miał zamiaru naruszyć.

Wycofałam się bezszelestnie. Wyszłam ze sklepu, nie kupując hortensji. Wsiadłam do samochodu i siedziałam tam przez godzinę, patrząc tępo przed siebie. Nie płakałam. Czułam raczej chłód, jakby ktoś otworzył okno w środku zimy. Ale ten chłód był otrzeźwiający.

Słowa uderzyły we mnie z ogromną siłą

Następnego dnia odbyła się impreza państwa K. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Hortensje (kupione w innej kwiaciarni) wyglądały obłędnie. Sala lśniła. Patrzyłam na jubilatów tańczących pierwszy taniec. Byli starsi, nieidealni, pan Jerzy deptał żonie po palcach, a ona śmiała się z tego w głos. Kiedy muzyka ucichła, pan Jerzy wziął mikrofon.

— Moi drodzy — zaczął drżącym głosem. — Dwadzieścia pięć lat to kawał czasu. Nie zawsze było różowo. Były burze, były ciche dni. Ale wiecie, co jest najważniejsze? Że nigdy, nawet przez chwilę, nie chcieliśmy być nigdzie indziej, niż przy sobie. Małżeństwo to nie jest stan, to jest ciągła praca i wybór. Codziennie wybieram Krysię.

Te słowa uderzyły we mnie z ogromną siłą. Olek nie wybierał mnie. On wybierał Magdę — każdego dnia, wracając do niej, jedząc z nią śniadania, kupując huśtawki. Mnie wybierał tylko wtedy, gdy miał nadmiar czasu do zagospodarowania. Wyszłam na taras, by zaczerpnąć powietrza. Wyciągnęłam telefon. Miałam trzy nieodebrane połączenia od Olka. Pewnie znalazł chwilę w garażu albo wyszedł z psem, żeby do mnie zadzwonić i sprzedać kolejną porcję kłamstw o tym, jak bardzo za mną tęskni i jak strasznie jest w domu.

Wyszedł bez słowa

Zadzwoniłam do niego następnego dnia. Powiedziałam, że musimy się spotkać. Przyjechał do mnie wieczorem, z bukietem tulipanów i tym swoim przepraszającym uśmiechem.

— Ewa, wiem, że jesteś zła o majówkę — zaczął od progu, próbując mnie przytulić. — Ale przysięgam, to był ostatni raz. Już rozmawiałem z prawnikiem...

— Przestań — przerwałam mu spokojnie. Nie było w moim głosie histerii, której się spodziewał. — Widziałam was.

— Co? Gdzie? — Zbladł lekko.

— W centrum ogrodniczym. Kupowaliście huśtawkę. Tę dużą, z baldachimem. Planowaliście nasadzenia na jesień.

Zapadła cisza. Olek usiadł na brzegu fotela, wciąż trzymając w ręku tulipany, które teraz wyglądały groteskowo. Próbował jeszcze walczyć.

— Ewa, to nic nie znaczy. Muszę zachowywać pozory...

— Nie, Olek. Pozory zachowuje się na oficjalnych bankietach. W sklepie ogrodniczym, kiedy nikt nie patrzy, buduje się dom. Zrozumiałam, że to ja jestem twoją przerwą w życiorysie, a nie twoją przyszłością. Twoje małżeństwo nie jest martwe. Może jest nudne, może rutynowe, ale jest trwałe. A ja nie chcę być dodatkiem do twojej rutyny.

— Kocham cię — powiedział, ale zabrzmiało to pusto. Jak wyuczone zaklęcie, które przestało działać.

— Może i tak — odparłam, otwierając drzwi. — Ale za mało, żeby zmienić swoje życie. A ja kocham siebie już wystarczająco mocno, żeby nie godzić się na bycie „tą drugą” ani dnia dłużej.

Wstał. Przez chwilę wyglądał, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, wytłumaczyć, może znowu obiecać. Ale spojrzał mi w oczy i zobaczył tam ścianę. Nie było już we mnie tej naiwnej Ewy, która czekała na okruchy z pańskiego stołu. Wyszedł bez słowa. Zamknęłam za nim drzwi i przekręciłam zamek dwa razy. Dźwięk ryglującego się zamka był najpiękniejszą muzyką, jaką słyszałam od lat.

Tulipany, które zostawił na szafce, wyrzuciłam do kosza. Następnego dnia kupiłam sobie wielki bukiet hortensji. Niebieskich. Takich jak niebo w lipcu. Postawiłam je na stole i po raz pierwszy od dwóch lat wypiłam kawę, nie patrząc na telefon. Czułam pustkę, to prawda. Ale była to moja własna, czysta pustka, którą mogłam teraz zapełnić czymkolwiek zechcę, a nie cudzymi kłamstwami. Zrozumiałam, że lepiej być samotną w prawdzie, niż kochaną w kłamstwie.

Ewa, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama