Reklama

Martyna wychowywałam sama, odkąd Paweł, jej ojciec, zniknął z naszego życia. Przez lata godziłam pracę, dom i wszystkie obowiązki — byleby tylko jej niczego nie zabrakło. Nie jestem kobietą, która szasta pieniędzmi. Każdą złotówkę oglądam dwa razy. Pracuję w markecie budowlanym, kręgosłup daje mi w kość, ale nie narzekam, bo wszystko, co mam, zbudowałam sama. Zgodziłam się sfinansować studniówkę, bo wiedziałam, że to ważna noc. Obiecałam, że pomogę, ale ustaliłyśmy limit. Bez szaleństw. Przynajmniej tak mi się wydawało. Bo odkąd Martyna zaczęła trzymać się z Kamilą, dziewczyną z domu, gdzie pieniędzy nikt nie liczy, coś się zmieniło. Coraz częściej wracała do domu z „okazjami”, coraz rzadziej mnie o cokolwiek pytała.

Między nami rosła cisza. A ja miałam wrażenie, że moja córka się oddala. Że przestaję być kimś ważnym: staję się tylko tą, która płaci.

— Ewa, czy ja naprawdę zrobiłam coś źle? — zapytałam sąsiadkę, z którą często przegaduję wieczory. — Przecież chciałam tylko, żeby miała ładną studniówkę…

— Może za bardzo chcesz — odpowiedziała spokojnie. — I ona to czuje.

A ja poczułam coś innego. Że ta studniówka nie będzie końcem szkoły. Może być końcem nas.

Zostałam sama w kuchni

Kiedy zobaczyłam rachunek za sukienkę, aż mnie cofnęło. 2150 złotych. Bez żadnego „Mamo, czy mogę”, bez wcześniejszej rozmowy. Leżał sobie nonszalancko na blacie w kuchni, jakby to był paragon za bułki.

— Martyna! — zawołałam, próbując nie wybuchnąć. — Co to jest?!

Wyszła z pokoju z telefonem w ręku, jakby nie rozumiała, o co mi chodzi.

— Co? No… sukienka. Piękna, prawda?

— Dwa tysiące?! Przecież ustaliłyśmy limit. Miało być rozsądnie!

— Ale to była promocja… — burknęła. — Wszyscy wydają więcej. Kamila ma kreację za trzy tysiące i...

— Ja nie jestem matką Kamili! — przerwałam jej ostro. — My nie mamy takich pieniędzy! My to ustaliłyśmy!

— Ty ustaliłaś — rzuciła chłodno. — Ja chciałam się poczuć wyjątkowo choć raz. Ale oczywiście, zawsze musi być po twojemu.

Zatkało mnie. Jakby ktoś mnie spoliczkował. Stałam w kuchni, trzymając ten cholerny paragon, i czułam, że między nami pękło coś więcej niż tylko umowa.

— To ja ci płacę za tę zabawę. Nie Kamila. I mam prawo wiedzieć, na co idą moje pieniądze — powiedziałam już ciszej, ale przez zaciśnięte zęby.

Martyna nic nie odpowiedziała. Odwróciła się i zamknęła w swoim pokoju. Zostałam sama w kuchni, z tym papierkiem w dłoni i ciężarem w piersi. Myślałam tylko jedno: Ona mnie nie szanuje. Nie widzi, ile poświęciłam. A może nigdy nie widziała?

Uderzyły mnie te słowa

Następnego dnia próbowałam podejść do tematu inaczej. Bez emocji. Bez oskarżeń. Usiadłam przy stole z dwiema kawami — dla niej i dla mnie. Ale Martyna nawet nie spojrzała na filiżankę, tylko zasiadła naprzeciwko mnie z założonymi rękami, zimna jak lód.

— Wiem, że może przesadziłam z reakcją — zaczęłam. — Ale nie chodzi tylko o pieniądze.

— A o co? — zapytała z udawaną ciekawością, przechylając głowę. — O to, że nie pytam o pozwolenie co pięć minut?

— O to, że jesteś moją córką i chcę cię rozumieć. A ty zachowujesz się, jakbyś miała mnie gdzieś.

— Bo zawsze chodzi o ciebie! — przerwała mi. — Wszystko musisz komentować, wszystko wiesz lepiej. Ja nie mogę nic zrobić po swojemu, bo zaraz jest wielka drama!

— Ja ci to życie zbudowałam! — Uniosłam głos. — A teraz jestem dla ciebie czym? Balastem?

— Toksyczną matką. — Te dwa słowa padły tak spokojnie, jakby mówiła o pogodzie. — Wiecznie wtrącającą się i zrzędzącą.

Poczułam, jakby mnie ktoś wyzuł z powietrza. Uderzyły mnie te słowa, tak bezpośrednie, tak raniące, że nie byłam w stanie nic powiedzieć. Po prostu siedziałam i patrzyłam na nią, na tę samą dziewczynkę, którą kiedyś tuliłam, gdy miała gorączkę. A teraz...? „Czy naprawdę jestem taka?” — przemknęło mi przez głowę. „Czy ona mnie już tylko nienawidzi?”. Wstałam, odwróciłam się i weszłam do swojego pokoju. I płakałam. Po raz pierwszy od dawna tak bezgłośnie, jak ktoś, kto już nawet nie wierzy, że zostanie usłyszany.

Poderwała się jak oparzona

Wieczorem Martyna zamknęła się w swoim pokoju. Jak zwykle. Ale drzwi zostawiła lekko uchylone. Przechodziłam korytarzem, kiedy usłyszałam jej głos. Mówiła przez telefon:

— No przecież mówię ci, zrobiła dramat o jakąś sukienkę. Jakby to były jej ostatnie pieniądze. — Przerwała, słuchając. — No dokładnie! Bo ona zawsze robi z siebie ofiarę. Jakby nikt nie mógł być szczęśliwy, jak ona cierpi.

Zamarłam.

— Nie rozumie, że to mój dzień, moja studniówka. Mam jej dość. Naprawdę.

— Musisz jej postawić granice — odezwała się druga dziewczyna. Głos Kamili. — Bo jak nie odetniesz pępowiny, to nigdy nie będziesz sobą.

— Wiem. I tak już wszystko kontroluje. Nawet jak nie mówi, to patrzy tym wzrokiem… Jakbym była jej projektem.

Weszłam. Cicho. Powoli.

— Szkoda, że nie powiedziałaś mi tego w twarz — powiedziałam spokojnie. — Byłoby uczciwiej.

Martyna poderwała się jak oparzona, a telefon wypadł jej z dłoni. Kamila chyba jeszcze coś mówiła, ale nie zdążyła skończyć — Martyna rozłączyła połączenie.

— Mamo, ja…

— Wszystko słyszałam — przerwałam jej, patrząc na nią z takim bólem, jakiego dawno nie czułam. — Nie martw się, nie będę już robić z siebie „ofiary”. Ale dobrze wiedzieć, co naprawdę o mnie myślisz.

Nie czekałam na odpowiedź. Wróciłam do swojego pokoju i zamknęłam drzwi. Ale tym razem to nie ja płakałam. To była ona.

Spojrzałam na nią ostro

Rano nie rozmawiałyśmy. Z kuchni zniknęła tylko jedna kromka chleba, jakby Julia chciała zaznaczyć, że wciąż tu mieszka, ale nie ma nic do powiedzenia. Nie wiedziałam, co mnie bolało bardziej — jej milczenie czy to, że zaczęłam się do niego przyzwyczajać.

Po południu poszłam do Ewy. Musiałam z kimś pogadać, zanim pęknę.

Ona mnie nienawidzi, Ewa — powiedziałam, dusząc w sobie płacz. — Ja ją kocham jak powietrze, a ona... Słyszałaś, co mówiła? Że jestem toksyczna. Że robię z siebie ofiarę.

Ewa nalała nam herbaty. Siedziałyśmy w ciszy.

Może to bunt? — zaczęła ostrożnie. — Dorasta. Nie chce już matki za plecami, tylko miejsce na własne życie.

— Ale ja chcę tylko, żeby była szczęśliwa! — wybuchłam. — Żeby wiedziała, ile ją kosztowałam. Ile ja siebie oddałam, żeby ona miała wszystko…

— A może właśnie dlatego ona chce być kimś innym? — Ewa spojrzała na mnie łagodnie. — Żeby nie czuć się wiecznie zadłużona.

Milczałam.

— Zastanawiałaś się, żeby pogadać z Pawłem?

Spojrzałam na nią ostro.

— Paweł? Ten Paweł, który wyparował, jak była w pieluchach?

— Właśnie ten. Może spojrzy na nią z dystansu. Może jej posłucha. Albo przynajmniej powie jej, że nie jesteś potworem.

Przez chwilę się wahałam. To był ostatni człowiek, którego chciałam prosić o pomoc. Ale teraz… wszystko się waliło.

— Może masz rację — westchnęłam. — Gorzej już chyba być nie może.

Wieczorem napisałam do Pawła — tylko jedno zdanie: „Chodzi o Julię. Jeśli cię jeszcze w ogóle interesuje – odezwij się”. I poszłam spać, jakbym wysłała wiadomość w butelce.

Spotkali się tydzień później

Paweł odpisał dopiero następnego dnia wieczorem. Krótko: „Jestem w mieście. Możemy pogadać.” Spotkaliśmy się w kawiarni, jak dawniej, zanim wszystko się rozpadło. Siedział naprzeciwko mnie, lekko siwiejący, ale dalej z tym swoim chłopięcym uśmiechem. Przez chwilę nikt się nie odzywał.

— Ona nie chce mnie znać — powiedziałam w końcu. — Mówi, że jestem toksyczna. Że wszystko kontroluję. A ja tylko chciałam... nie wiem... dobrze?

Paweł pokiwał głową.

— Martyna do mnie czasem pisze. Krótko. Zdawkowo. Ale… chyba mnie słucha. Może więcej niż ciebie. Bo nie mam historii, nie mam tej... całej przeszłości z nią.

— Nie masz nic, bo cię nie było — prychnęłam. — Nie było cię, kiedy gorączkowała, kiedy nie miałyśmy na buty, kiedy płakała, bo wszystkie dzieci mają tatusiów, a ona nie.

Spojrzał na mnie bez gniewu.

— Wiem. Popsułem to. Ale jeśli teraz mogę jakoś pomóc… porozmawiam z nią.

Zgodziłam się. Co mi zostało?

Spotkali się tydzień później. Nie wiem, gdzie, nie powiedzieli. Ale kiedy Julia wróciła, spojrzała na mnie inaczej. Nie z czułością, ale też nie z nienawiścią. Obca. Trochę łagodniejsza.
Od Pawła dostałam krótką wiadomość. „Nie oczekuj cudów. Ale powiedziała jedno: ‘Nie chcę jej nienawidzić. Tylko już nie chcę żyć jej życiem”. Czyli coś pękło. Albo może coś drgnęło. Może nie jestem jedyną, która już nie śpi po nocach.

Anna, 47 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama