„Obiad na naszą 15. rocznicę ślubu skończył się wielką niespodzianką. Przez nią już nie mam męża”
„– Chciałam wznieść toast… Za miłość, która nie zawsze przychodzi w odpowiednim momencie – powiedziała, głos lekko jej zadrżał. – Za odwagę, żeby żyć prawdziwie, nawet jeśli ktoś przez to cierpi”.

Marek – mój mąż – od kilku lat coraz bardziej oddala się ode mnie, a ja… przyzwyczaiłam się, że codzienność wygrywa z uczuciami. Z zewnątrz jesteśmy typową parą: spokojne życie, praca, mieszkanie, dwa koty, czasem wyjazd nad morze. A jednak od dawna nie pamiętam, kiedy naprawdę się przytuliłam do Marka z własnej potrzeby, nie z przyzwyczajenia.
Zaprosiłam na rocznicowy obiad kilka osób i Justynę, moją przyjaciółkę od liceum, bo zawsze potrafiła rozładować każdą niezręczną sytuację. Może liczyłam, że dzięki niej coś się odmieni, wróci lekkość, żart, cień dawnych emocji. Tłumiłam w sobie rozczarowanie – może niepotrzebnie? Bałam się, że rutyna zabiła w nas wszystko. Czy piętnaście lat razem musi oznaczać koniec namiętności? Z trudem łapałam się nadziei, że jeszcze da się coś naprawić, wystarczy tylko spróbować.
Nie wiedziałam wtedy, że wszyscy odmówią i przyjdzie tylko Justyna, a ten obiad będzie początkiem końca wszystkiego, co znałam.
Tego się nie spodziewałam
Na kolację przyszliśmy punktualnie, oboje ubrani tak, jakby to był nasz pierwszy randkowy wieczór, a nie kolejna rocznica. Marek założył nową koszulę, którą sam sobie kupił – nie pamiętam, kiedy ostatni raz sam się o coś postarał. Ja włożyłam sukienkę, której dawno nie nosiłam, żeby poczuć się choć trochę wyjątkowo. W restauracji już czekała Justyna – uśmiechnięta, z kieliszkiem prosecco w dłoni, jakby od początku wiedziała, że to będzie szczególny wieczór.
– Sandra, wyglądasz dziś świetnie! – rzuciła na powitanie, a Marek tylko uśmiechnął się pod nosem i unikał mojego wzroku.
Zawsze, kiedy byliśmy razem z Justyną, atmosfera stawała się lekka, żartowaliśmy, wspominaliśmy liceum. Tak było i tym razem – śmialiśmy się z głupich historii, Justyna opowiadała, jak kiedyś uciekłyśmy z lekcji i wróciłyśmy przemoczone do suchej nitki. Marek czasem się włączał, ale coś w jego spojrzeniu sprawiało, że czułam się jak widz, nie uczestnik.
Po godzinie, kiedy na stole pojawiło się drugie wino, Justyna zaczęła być wyraźnie ożywiona. Nagle podniosła kieliszek i spojrzała na mnie z dziwną powagą.
– Chciałam wznieść toast… Za miłość, która nie zawsze przychodzi w odpowiednim momencie – powiedziała, głos lekko jej zadrżał. – Za odwagę, żeby żyć prawdziwie, nawet jeśli ktoś przez to cierpi.
Zamilkła, a ja poczułam dziwny chłód w żołądku. Patrzyłam na nią pytająco, Marek spuszczał wzrok. Justyna dokończyła cicho:
– Wybacz mi, Sandra. Ale nie mogłam już dłużej udawać. Kocham twojego męża.
Cisza przy stole była nie do zniesienia. Wiedziałam, że wszystko właśnie się skończyło – choć jeszcze nie rozumiałam jak.
Byłam wściekła
Wyszliśmy z restauracji szybciej, niż planowałam. Marek szedł krok za mną, jakby wciąż miał nadzieję, że to wszystko jest tylko żartem Justyny, że zaraz się odwrócę i zacznę się śmiać. Ale nie potrafiłam już nawet płakać. Wsiadłam do samochodu, trzaskając drzwiami. Marek ruszył za mną.
– Sandra, poczekaj… – zaczął niepewnie, siadając za kierownicą.
– Nie. Teraz ty poczekasz. Wyjaśnij mi to. – Wpatrywałam się w jego twarz, której nie poznawałam. – Jak długo? Ile razy mnie okłamywałeś?
Przez chwilę milczał, a potem westchnął ciężko, jakby dopiero teraz odważył się wypuścić powietrze.
– Sandra… To nie było zaplanowane. Po prostu się stało…
– Po prostu się stało?! – podniosłam głos. – I co, to miał być twój prezent na rocznicę? – Słowa paliły mnie w gardło. – Odpowiedz mi. Jak długo to trwało?
Marek zacisnął dłonie na kierownicy, patrzył gdzieś w bok. W końcu wyszeptał:
– To nie był tylko jeden raz.
Przez chwilę miałam wrażenie, że cała przeszłość – każde wyjście, każdy uśmiech, każde „nie mam czasu” – zlała się w jedną ciemną plamę. Próbowałam coś powiedzieć, ale zabrakło mi słów.
– A ja? – spytałam szeptem. – Piętnaście lat… Naprawdę nic dla ciebie nie znaczyło?
– Próbowałem, Sandra… Naprawdę próbowałem to zakończyć. Ale… z Justyną wszystko było inne.
Usłyszałam swoje serce, które biło tak głośno, że miałam wrażenie, że Marek je słyszy. Patrzyłam na niego i nagle zobaczyłam kogoś zupełnie obcego. Już wiedziałam, że tego nie da się naprawić.
Musieliśmy od siebie odpocząć
Tej nocy nie zmrużyłam oka. Leżałam na kanapie w salonie, słyszałam jak Marek chodzi po mieszkaniu, jak pakuje walizkę, jak cicho zamyka drzwi od sypialni, jakby już nie chciał tu należeć. Przez godzinę bezwiednie wpatrywałam się w telefon – otwierałam okno wiadomości do Justyny, pisałam kilka zdań, kasowałam. „Dlaczego?” „Jak mogłaś?” „Czy to naprawdę byłeś ty, Marek?” Nie wysłałam nic. Co mogłaby mi odpowiedzieć, co mogłoby mnie ukoić?
O świcie Marek zszedł do kuchni. Wyglądał, jakby spał w ubraniu. Bez słowa nalał sobie kawy, nie patrzył mi w oczy.
– Co teraz zrobisz? – zapytałam cicho, sama siebie nie poznając.
– Pojadę na kilka dni do Tomasza. Muszę się ogarnąć… – odezwał się, głosem pozbawionym emocji.
Patrzyłam na niego bez złości. Był mi zupełnie obojętny. Tyle lat razem, a ja nie potrafiłam znaleźć w sobie nawet resztki żalu, tylko pustkę.
– Marek… byłeś kiedykolwiek ze mną szczęśliwy? – wymsknęło mi się, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Zawahał się, a potem odparł tak cicho, że ledwie usłyszałam:
– Nie wiem, Sandra. Może przez chwilę. Ale już dawno… chyba nie.
Złamało mnie to. Po jego wyjściu usiadłam na podłodze w kuchni, tuliłam stare zdjęcie, na którym śmiałam się razem z Justyną, zupełnie nieświadoma, jak bardzo można się pomylić co do ludzi. Przypomniałam sobie jej słowa sprzed kilku miesięcy: „Zazdroszczę ci Marka. Zawsze cię tak kocha.” Gorzko się uśmiechnęłam. Czy w ogóle kiedykolwiek coś w moim życiu było prawdziwe?
Czułam tylko pustkę – i coraz mniej siły, by udawać, że to wszystko jeszcze ma jakiś sens.
Zabrała mi wszystko
Nie potrafiłam usiedzieć w czterech ścianach. W południe, bez uprzedzenia, pojechałam do Justyny. Drzwi otworzyła niemal natychmiast, jakby czekała, że przyjdę. Jej oczy były czerwone, policzki spuchnięte od płaczu.
– Sandra… – zaczęła, ale przerwałam jej, wchodząc do środka. W mieszkaniu unosił się zapach taniej świecy i nieświeżej kawy. Usiadłam na brzegu kanapy, nie zdejmując płaszcza.
– Dlaczego właśnie ty? – wyrzuciłam, próbując nie krzyczeć.
Justyna usiadła naprzeciwko, wycierając nos rękawem bluzy.
– Nie planowałam tego… Marek… wszystko przyszło samo… My… rozumieliśmy się bez słów.
Prychnęłam, patrząc na nią z pogardą.
– A ja? Co ze mną? Byłam twoją przyjaciółką! Zabrałaś mi wszystko, Justyna. I nawet nie masz odwagi, żeby powiedzieć, że ci na nim zależy?
Jej dolna warga zaczęła drżeć. Przez długą chwilę milczała, patrzyła w podłogę.
– Kochasz go? – zapytałam, choć znałam już odpowiedź.
Justyna uniosła wzrok, w którym mieszał się żal i strach. Nie odpowiedziała, ale w tej ciszy zawierało się wszystko. Ta jej bezradność zabolała mnie bardziej niż jakiekolwiek słowa.
– Wiesz co? – powiedziałam cicho. – Ty nawet nie potrafisz być uczciwa. Jesteś żałosna.
Chciałam wyjść, ale coś mnie jeszcze zatrzymało – ta ostatnia, beznadziejna próba odzyskania siebie.
– Mam nadzieję, że było warto, Justyna. Bo dla mnie nie zostało już nic.
Trzasnęłam drzwiami tak mocno, że echo mojego gniewu rozniosło się po całej klatce schodowej. Po raz pierwszy w życiu czułam się naprawdę sama.
Czułam ogromny żal
Minęły dwa dni. Marek nie odezwał się ani słowem. Ja przeżywałam wszystko od nowa, aż w końcu zadzwoniłam do Tomasza, jego brata. Spotkaliśmy się. Tomasz od razu uważnie mi się przyjrzał.
– Chciałem cię zobaczyć, Sandra. Marek u mnie mieszka od kilku dni, wygląda okropnie. Wiem, że chcesz wiedzieć, dlaczego tak się stało.
Patrzyłam na niego zmęczonym wzrokiem, ściskając w dłoniach kubek z zimną już kawą.
– Tomasz… Powiedz mi tylko jedno. Czy Marek był ze mną nieszczęśliwy już od dawna?
Zamyślił się, szukając słów.
– On zawsze czuł, że żyje nie swoim życiem, rozumiesz? Już jako dzieciak był niespokojny. Mama chciała, żeby był ideałem, żeby wszystko robił tak, jak ona wymyśliła. Zawsze chciał się komuś podobać, nigdy nie potrafił postawić na swoim.
Westchnęłam ciężko.
– A ja? Kim ja byłam przez te piętnaście lat?
Tomasz zawahał się.
– Może jedynym, co go trzymało przy sobie. Ale… – spojrzał na mnie ze współczuciem – …ale też jego więzieniem.
Zrobiło mi się niedobrze. W jednej chwili zrozumiałam, że Marek zawsze był gdzieś obok – nigdy tak naprawdę przy mnie. Tomasz odchrząknął.
– Wiesz… Marek myśli o rozwodzie od dłuższego czasu.
Słowa Tomasza przeszyły mnie na wskroś. Pojawiła się gorzka refleksja, próba zrozumienia, ale też wściekłość, że tyle lat grałam rolę w teatrze cudzych oczekiwań.
– Dzięki, Tomasz – powiedziałam cicho. – Może lepiej było nie wiedzieć.
Wyszłam z kawiarni, zostawiając za sobą kawałek życia, który nigdy naprawdę do mnie nie należał.
Sandra, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Synowa nie wie, co robię z dziećmi, gdy tylko zamknie drzwi. Skoro mam pilnować wnuki, to na moich zasadach”
- „Rodzinne ferie na wsi miały być za darmo. Byłam w szoku, gdy dostałam od kuzynki rachunek na 3 tysiące”
- „Mąż zniknął z kochanką, a teściowa od razu załatwiła mi prawnika. Pomogła mi przejść przez rozwód z klasą”

