Reklama

Kiedy patrzę na siebie w lustrze, widzę już więcej zmarszczek niż dawniej – każda z nich to ślad po minionych latach, troskach, sukcesach, porażkach. Od lat, odkąd odeszła Zofia, moja żona, nie rozstaję się z poczuciem pustki. Niby rodzina przychodzi, dzwoni, czasem nawet ktoś zapyta, czy czegoś nie potrzeba – ale to nie to samo. Żony nikt nie zastąpi. Była moją najlepszą przyjaciółką, najbardziej przenikliwym sędzią i, nie ukrywam, sumieniem.

Mam jednak dzieci – Annę i Marka – i wnuki, które, jak sądziłem, będą sensem mojej jesieni życia. Zawsze starałem się być dla nich sprawiedliwy. Ceniłem dyscyplinę, szczerość, uczciwość, a nade wszystko skromność. To Zosia uczyła mnie, że czasem lepiej milczeć, dać się wygadać, a potem… po prostu przytulić. Gdy patrzę na moje dzieci, coraz częściej mam jednak wrażenie, że gdzieś po drodze, w tym pędzie do lepszego życia, coś im umknęło. Że to, co próbowałem w nich zaszczepić, przegrało z codzienną gonitwą, konsumpcją, byciem „lepszym od innych”.

Przyszedł Dzień Dziadka. Postanowiłem zrobić rodzinny obiad – nie dla prezentów czy laurki, ale żeby zobaczyć, czy jeszcze mam rodzinę, jaką znałem. Zanim mnie zabraknie, chciałbym wierzyć, że coś po mnie zostanie – nie tylko dom i działka, ale przede wszystkim zasady. Niestety, z każdym rokiem coraz trudniej o tę wiarę. Czuję, że nasze więzi się rozluźniają. Czasem mam wrażenie, że nawet własnych uczuć już nie rozumiem, a świat, który znałem, odpływa coraz dalej. Czekałem na ten obiad z niepokojem. Bo może to już ostatni taki dzień, kiedy jeszcze coś zależy ode mnie.

To miał być miły obiad

Rodzina zaczęła schodzić się około trzynastej. Anna weszła pierwsza, jak zawsze pewnym krokiem, z dwoma córkami przyklejonymi do telefonu. Marek, jakby niepewnie, pojawił się chwilę później z Tomkiem i Igorem. Przy stole od razu zrobiło się gwarno. Anna od progu rzucała spojrzenia na każdy detal – czy talerze są czyste, czy kawa w odpowiedniej filiżance. Jej córki bez ceregieli usiadły na kanapie, a jedna z nich, Lena, spojrzała na mnie znad ekranu:

Dziadku, a kto dostanie twój dom, jak już… no, wiesz…

Anna roześmiała się głośno.

– No powiedz dziadkowi, że ci się żart udał, Lena! – ale nie brzmiała na szczerze rozbawioną.

Marek spochmurniał.

– Może byście najpierw dziadkowi dzień dobry powiedziały i życzenia złożyły – wtrącił cicho, ale Anna od razu go uciszyła.

– Marek, nie zaczynaj.

Starałem się nadać spotkaniu normalny ton, pytałem wnuki o szkołę. Zosia prychnęła:

– Ja nie mam czasu na głupoty, dziadku. Robię filmiki do internetu, mam więcej followersów niż cała klasa.

Tomek próbował opowiedzieć o konkursie z fizyki, ale nikt nie słuchał. Igor milczał, siedział wyprostowany jak struna. Anna i Marek przekomarzali się o to, kto z nich „lepiej sobie radzi w życiu”. W słowach Anny pobrzmiewała rywalizacja, słychać było, że patrzy na brata z góry.

Może byś trochę pohamowała swoje córki – Marek próbował jeszcze raz.

– Może byś wreszcie ogarnął swoje życie, Marek – Anka odpowiedziała z nieukrywaną złośliwością.

Patrzyłem na nich i czułem złość. Ten obiad miał być świętem. A zamieniał się w teatr pretensji i pogardy. Wtedy zrozumiałem, że chyba zbyt długo łudziłem się, że to jeszcze moja rodzina.

Czułem narastające rozczarowanie

Gdy skończyliśmy jeść, wnuki niemal wybiegły do ogrodu – dziewczyny, bo chciały nagrać „challenge”, chłopcy – bo chyba potrzebowali chwili ciszy. Zostałem sam z Anią i Markiem. Przez chwilę panowała niezręczna cisza, aż w końcu spróbowałem wywołać rozmowę.

Kiedyś uczyło się dzieci wdzięczności – zacząłem, szukając wzroku Anny.

Oparła się wygodnie o krzesło, spojrzała na mnie z lekkim politowaniem.

– Tato, czasy się zmieniły. Teraz ważne są inne rzeczy. Dzieci mają swoje sprawy, są zapracowane, świat jest szybki. Muszą umieć się odnaleźć, a nie słuchać moralistów – dodała, jakby z przekąsem.

Marek, przez moment jakby chciał wtrącić coś od siebie, otworzył usta, ale Anna nawet nie zauważyła, że mu przerywa.

– Właśnie! Ty to wszystko widzisz jak za dawnych lat. Tylko, że dzisiaj to nie działa – rzuciła, zerkając na zegarek.

Spojrzałem na nich oboje i nagle poczułem, że patrzę na dwoje obcych ludzi. Ania mówiła dużo, ostro, z pewnością siebie, której kiedyś nie miała. Marek siedział cicho, przygarbiony, jakby całe życie słuchał, że jest gorszy.

– Myślisz, że ich rozpieszczam? – Anna nagle zmieniła ton. – Może i tak. Ale wolę to, niż żeby były takie… jak my.

W tej chwili przeszłość wróciła jak bolesne echo. Przypomniałem sobie nasze domowe kłótnie, wieczne wyliczanki, kto komu więcej, kto miał lepiej. Czy rzeczywiście to ja, ich ojciec, jestem winny temu, że potrafią się tylko kłócić?

Zrobiło mi się ciężko na sercu. Czułem narastające rozczarowanie. Moje dzieci żyły w świecie, w którym nie było już miejsca na zwykłą bliskość – tylko podział, ocena, złośliwość. Chciałem powiedzieć im, jak bardzo mnie to boli, ale nie znalazłem słów.

Nie podobało mi się to

Gdy rodzina zaczęła się rozchodzić, w domu zrobiło się cicho. Odsunąłem się od okna, patrząc za nimi – jak idą każdy w swoją stronę, jakby nic ich nie łączyło. Nagle poczułem się niesamowicie samotny. Myśli krążyły wokół jednego: „Nie tak sobie to wyobrażałem”. Przez chwilę miałem ochotę zadzwonić do Zosi. „Pamiętaj, nie nagradzaj niewdzięczności”, mówiła mi kiedyś, gdy dzieci były małe, a ja tłumaczyłem każdą ich psotę, każdą złośliwość.

Usiadłem przy stole, położyłem dłonie na blacie. Tak bardzo chciałem zostawić im coś dobrego, coś więcej niż dom i pieniądze. Ale czy naprawdę zasługują, by dostać wszystko, tylko dlatego, że są moimi dziećmi? Przypomniałem sobie dzisiejszy obiad – spojrzenia pełne wyższości, docinki, pytania o spadek rzucane jak żarty. Dzieci Anny nawet nie podziękowały za obiad. Z kolei Tomek i Igor, chłopcy Marka, chociaż cisi, podeszli na końcu, podali mi rękę. Ich „dziękuję, dziadku” zabrzmiało prawdziwie, nie dla oka.

Podjąłem decyzję

Westchnąłem i sięgnąłem po telefon. Wybrałem numer znajomego, który nieraz ratował mnie z prawnych opresji.

– Panie Henryku, mówił pan, że chce pan zmienić zapis? – usłyszałem jego spokojny głos.

– Tak. Chciałem… chciałem, żeby wszystko było równo. Ale wie pan co? Już nie chcę. Nie będę nagradzał niewdzięczności.

Czułem, jak narasta we mnie złość, zmieszana z żalem i dziwną ulgą. Decyzja dojrzewała w mojej głowie od lat, ale teraz poczułem, że już nie ma odwrotu.

– Przepiszę większość na Tomka i Igora. Oni przynajmniej mają jeszcze szansę nie powtórzyć moich błędów – dodałem, a głos mi zadrżał.

Po chwili odłożyłem słuchawkę, czując niepokój i dziwną pustkę. Ale jednocześnie – po raz pierwszy od dawna – byłem ze sobą szczery.

Następnego dnia umówiłem się z notariuszem na żywo. Jego kancelaria miała specyficzny zapach – od razu przypomniały mi się dawne czasy, kiedy z Zosią załatwialiśmy pierwszy akt własności. Teraz siedziałem naprzeciw przyjaciela, czując na sobie jego uważne spojrzenie.

– To bardzo nietypowe, Henryku – zaczął spokojnie, kiedy przedstawiłem mu decyzję.

– A życie bywa nietypowe. I często bardzo rozczarowujące – odpowiedziałem, patrząc mu prosto w oczy.

Byłem tego pewny

Zacząłem mu tłumaczyć wszystko, jak chłopcu, który nie rozumie, że świat potrafi rozczarować nawet tych, którzy najbardziej się starają. Wyjaśniłem, że dzieci dostaną tylko symboliczne części majątku: po jednej pamiątce rodzinnej, kilka starych książek, ułamek oszczędności. Wszystko, co najważniejsze – dom, działki, konto oszczędnościowe – miało przypaść Tomkowi i Igorowi. Do testamentu kazałem dopisać słowa, które chyba miały być bardziej przestrogą niż wskazówką: „Nie popełnijcie błędów swoich rodziców. Doceniajcie siebie nawzajem, bo rodzina to nie pieniądze, tylko to, co po nas zostaje w sercach innych ludzi.”

Notariusz spojrzał na mnie poważnie.

Jesteś pewny? To może wywołać awanturę.

– Zniosę to. Gorszej już nie było.

Wyszedłem z kancelarii i przez chwilę stałem na ulicy, obserwując ludzi biegnących w swoich sprawach. Poczułem się stary, zmęczony. Zastanawiałem się, czy ktokolwiek kiedykolwiek naprawdę zrozumie, co znaczy poświęcić życie rodzinie i na koniec zostać w tej rodzinie samemu. Czułem ulgę, ale też gorycz. Bo wszystko, co robiłem przez lata, nie miało znaczenia, jeśli nie nauczyłem swoich dzieci szacunku.

Córka była wściekła

Minęły dwa tygodnie od zmiany testamentu. Spokój trwał krótko, bo oznajmiłem swoją decyzję. Najpierw zadzwoniła Ania – krzyczała przez telefon.

Jak mogłeś zrobić coś takiego?! – wrzeszczała bez wstępu, jej oddech urywał się od emocji. – To ja całe życie dbałam o wszystko, a ty oddajesz wszystko Markowi? Co z moimi córkami?!

Odetchnąłem, patrząc przez okno na pusty ogród.

– Jak wy mogliście mnie tak traktować przez lata? – odpowiedziałem spokojnie, choć w środku czułem, jak serce ściska się ze złości i smutku. – To nie majątek jest najważniejszy, Aniu. I nie twoje pretensje. Zastanów się, co po tobie zostanie.

Anna rozłączyła się, zanim dokończyłem.

Tego samego dnia zjawił się Marek. Przyszedł sam, bez dzieci, trzymał czapkę w dłoni, wyglądał na zbitego psa. Usiadł na krześle naprzeciwko mnie.

– Tato… Nie wiem, co powiedzieć – odezwał się cicho.

– Nie mów nic – przerwałem mu. – Po prostu… zrób coś dobrego z tym, co wam zostawię. Spróbuj nie zmarnować tej szansy.

Marek przytaknął bez słów. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, której nikt nie próbował przerwać. Widziałem, że walczy ze sobą. Zawsze był inny niż Ania – spokojniejszy, bardziej skryty, może przez to tyle razy niedoceniany.

Wieczorem usiadłem w fotelu, w którym Zosia szydełkowała przez długie zimowe wieczory. Długo patrzyłem w ciemność, rozważając, ile właściwie znaczy testament, a ile to, co zostaje po człowieku naprawdę. Moje wnuki nie wiedziały jeszcze, że właśnie zaczęły dostawać prawdziwą lekcję życia. Lepiej, żeby ją odrobiły.

Henryk, 78 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama