Reklama

Czasem myślę, że starość to nie zmarszczki czy choroby. Starość zaczyna się wtedy, gdy jesteś w swoim domu i masz wrażenie, że jesteś gościem. Albo meblem.

Zawsze robiłam dla nich obiady na Dzień Babci. Tadeusz się wtedy śmiał, że to moje drugie Boże Narodzenie. A ja naprawdę się starałam – piekłam, gotowałam, nakrywałam stół jak dla królów. Bo przecież wnuki, dzieci… rodzina. Myślałam, że to coś znaczy.

W tym roku coś było inaczej. Przyszli wszyscy, tak jak zawsze, ale… czułam się jak przed komisją. Byli zbyt uprzejmi, za bardzo zainteresowani moim zdrowiem, pytali o testament, dom, dokumenty. Wnuczka rzuciła, że „dobrze, że babcia jeszcze kuma, co się dzieje”. Robert zaśmiał się nerwowo i zmienił temat. Ale ja już wiedziałam.

To nie był obiad. To był przegląd majątku na żywo. A ja siedziałam pośród nich z uśmiechem przyklejonym do twarzy i zastanawiałam się, czy już mnie pogrzebali, czy jeszcze tylko rozpisali, kto co po mnie weźmie.

Chodziło im tylko o jedno

– Cześć, mamo! – Adam pocałował mnie w policzek i nawet się uśmiechnął, ale spojrzenie miał takie, jakby oceniał stan ścian. – Nie malowałaś jeszcze?

– Dzień dobry, babciu! – zawołała Ola, moja najstarsza wnuczka, 19 lat. Wbiła wzrok w telefon i weszła, nie zdejmując słuchawek.

Robert z żoną przynieśli ciasto ze sklepu. Nawet nie udawali, że piekli. Usiedliśmy przy stole. Kluski, sos, zupa, sernik. Niby wszystko jak zawsze, ale cisza pomiędzy kęsami była inna, chłodna. Przerywana wymuszonymi pytaniami:

– Mamo, byłaś ostatnio u lekarza? – zapytał Robert z troską, której nie pamiętałam wcześniej.

– A nie myślałaś, żeby może już… wszystko uporządkować? Dokumenty, mieszkanie? – dorzuciła jego żona z zatroskaną miną.

Spojrzałam na nich, z łyżką w dłoni.

– Jeszcze nie wybieram się na tamten świat – rzuciłam oschle. – Ale miło, że się interesujecie.

– Babciu, spokojnie, to tylko z troski – mruknęła Ola. – I tak wiadomo, że wszystko zapiszesz Adamowi, nie?

Zaparło mi dech.

– Ola! – syknął jej ojciec. – Przeproś babcię!

– Żartowałam, no weźcie…

A ja siedziałam tam dalej, słuchając, jak Robert chwali się nowym samochodem, a Adam mówi o podwyżce. Jakby chcieli mi przypomnieć, że im się „należy”. Popatrzyłam na swój sernik, nietknięty. Na białe talerze i rozlane kompoty. I poczułam, że to nie był żaden obiad. To był casting na spadkobiercę.

Widziałam, co się dzieje

Zostali jeszcze chwilę po obiedzie. Wnuki poszły do pokoju – Ola w słuchawkach, Michał grał na konsoli. Synowe zmywały, ale robiły to z taką łaską, jakby szorowały publiczne toalety. Robert z rodziną pierwszy się zbierał. Tylko Adam został chwilę dłużej. I to właśnie jego poprosiłam, żeby ze mną został jeszcze pięć minut.

– Coś się stało? – zapytał, poprawiając mankiet koszuli.

– Tak – powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. – Powiedz mi, co to dzisiaj było. Ten cały teatr przy stole.

Zmieszał się. Ale tylko na moment.

– Mamo, nie przesadzaj. Przyszliśmy normalnie, jak co roku.

– Normalnie? Ola mówi o testamencie przy serniku, a wy z bratem pytacie mnie o lekarzy i papiery? Mam swoje lata, ale widzę, co się dzieje.

Westchnął ciężko i usiadł.

– Po prostu… chcemy mieć pewność, że wszystko masz załatwione. Żeby potem nie było problemów. Wiesz, jak to bywa. Sprawy spadkowe, sądy…

– A więc o to chodzi – przerwałam mu. – Żebyście nie musieli się użerać po moim pogrzebie?

– Mamo, nie mów tak.

– A jak mam mówić, skoro przyszliście tu nie po to, żeby być ze mną, tylko żeby sprawdzić, czy już można coś ugrać?

– Nieprawda. Po prostu… chcemy ci pomóc.

– Pomóc? To przyjdź w środę z zakupami, a nie tylko w Dzień Babci z pustymi słowami i kupnym ciastem.

Zamilkł. I wtedy po raz pierwszy naprawdę zobaczyłam, że nie ma nic do powiedzenia.

Wszystko za moimi plecami

Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, nie mogłam sobie znaleźć miejsca. W końcu wstałam po herbatę. Po drodze zatrzymałam się przy oknie – zobaczyłam, że na ganku pali się światło. Ktoś zostawił? Podeszłam bliżej. I wtedy usłyszałam głos Roberta.

– Mówię ci, Adam, jak ona przepisze dom tobie, to się zagotuję.

– A ty byś go nie sprzedał? – odparł Adam chłodno. – Przecież masz długi. Zresztą ona i tak pewnie wszystko rozdzieli na pół.

– Ja się nią zajmowałem po operacji! Ty wtedy byłeś na wakacjach z rodziną! Należy mi się więcej!

– Daj spokój, to nie aukcja. Ale fakt – działka na wsi to żadna nagroda.

– Lepiej, żeby była sprawiedliwość. A nie, że ty dostaniesz dom, a ja kartkę z kalendarza i srebrną łyżeczkę po dziadku.

Zaparło mi dech. Otworzyłam drzwi, a oni zamarli.

– Może od razu powiecie mi, co wam się należy, zanim umrę? – powiedziałam cicho, ale tak, że wszyscy słyszeli.

Adam jakby się zaciął.

– Mamo, to nie tak…

– To jak? – spojrzałam na nich obu. – Mówcie, kochani. Ile jestem według was warta? Tyle co dom z ogrodem czy może tylko szafka po Tadeuszu?

Cisza, słychać było tylko wiatr z podwórka. Odwróciłam się i wróciłam do kuchni. Herbata już wystygła.

Zostałam całkiem sama

Nazajutrz zadzwoniłam do nich obu. Bez czułości w głosie, bez „synku”.

– Przyjdźcie dzisiaj sami.

Przyszli po południu. Adam pierwszy, spięty. Robert chwilę później, trzaskając furtką. Usiedli przy stole, przy którym dzień wcześniej dzielili mnie na części.

Słyszałam wszystko – zaczęłam spokojnie. – Każde słowo. Każde „należy mi się”.

Adam spuścił wzrok. Robert założył ręce na piersi.

– Mamo, nie powinnaś była podsłuchiwać – mruknął Robert.

– Podsłuchiwać? To mój dom. Moje życie i moje rzeczy. A wy rozmawialiście o mnie jak o działce budowlanej.

– Przesadzasz – westchnął Adam. – To były emocje.

– Emocje? – zaśmiałam się krótko. – Ja dla was już umarłam. Jesteście jak hieny przy ciele, tylko jeszcze ciepłym.

Robert zerwał się z krzesła.

– To niesprawiedliwe! Ja się tobą zajmowałem! Byłem po operacji!

– Byłeś dwa tygodnie – przerwałam mu. – A potem zniknąłeś na pół roku. Pomoc to nie argument w walce o spadek.

Adam odezwał się cicho:

Chcieliśmy tylko sprawiedliwości.

– Sprawiedliwości? – spojrzałam na nich. – To czemu nikt nie zapytał, jak się czuję? Czy nie jestem samotna? Czy ja jeszcze w ogóle coś znaczę?

Cisza bolała bardziej niż krzyk. Robert wziął kurtkę.

Nie będę tego słuchał.

Drzwi trzasnęły. Adam siedział jeszcze chwilę.

– Mamo… – zaczął.

– Idź – powiedziałam. – Zanim powiesz coś, czego już nie cofniemy.

Zostałam sama. Pierwszy raz naprawdę.

Poczułam się naprawdę spokojna

Zadzwoniłam do notariusza w poniedziałek rano. Głos miał uprzejmy, młody, trochę zbyt pogodny jak na to, co miałam mu do powiedzenia.

Chcę spisać testament – powiedziałam bez zbędnych słów. – I nie, nie będzie standardowy.

– Proszę przyjść w środę, wszystko przygotujemy.

Zamknęłam się w sypialni z kartką i długopisem. Pisałam odręcznie, jakby to było coś więcej niż dokument – jakby to był ostatni list.

Dom zapisałam fundacji zajmującej się opieką nad starszymi osobami. Takiej, która daje ludziom, jak ja, trochę ciepła, gdy już nikt inny nie chce go dać. Adamowi zostawiłam książkę z dedykacją od ojca. Robertowi stare radio, które zawsze zabierał na działkę. Symbolicznie, po równo, ale bez złudzeń.

Wieczorem przyszedł notariusz. Złożyłam podpisy, przemyślałam każde słowo.

– Czy rodzina zna pani decyzję? – zapytał, odkładając dokumenty.

– Jeszcze nie – odparłam. – Ale poznają. W swoim czasie.

Potem poszłam do sąsiadki, pani Marii. Starsza, życzliwa, była ze mną, kiedy leżałam w szpitalu i nikt z rodziny nie miał czasu, by wpaść.

– I co, Danusiu? – zapytała, kiedy zrobiła mi herbaty.

Zrobiłam porządek – odparłam. – Może to małostkowe, ale nie chcę, żeby myśleli, że wygrali. Że wystarczy raz w roku przyjechać i dostać cały dom.

– To nie małostkowość – powiedziała cicho Maria. – To godność.

I może dopiero wtedy poczułam się naprawdę spokojna.

Danuta, 73 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama