Reklama

Kiedyś niedziele wyglądały inaczej. Pachniało rosołem, a stół uginał się od śledzi, serników i ziemniaków w mundurkach. Śmiałam się wtedy dużo. Pamiętam, jak Bartek kradł bezy z patery, Kasia malowała mi paznokcie markerem, a Ola siadała na kolanach i śpiewała „Sto lat”, jakby to był największy przebój świata. Dom żył. Był gwar, był sens.

Teraz mam osiemdziesiąt cztery lata. I moje niedziele zaczynają się od dźwięku czajnika, a kończą się na szuraniu kapci po pustym mieszkaniu. Radio gra do pustych ścian. Prowadzący śmieją się z czegoś, czego nie rozumiem, a ja mieszam herbatę, choć nikt nie zapytał, czy słodzę. Dzień Babci... Nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś złożył mi życzenia tak od serca. Nie na odczepnego, nie w SMS-ie.

Mam trójkę wnucząt. Tylko Ola do mnie zagląda. Przynosi mleko, siada bez pośpiechu, czasem przynosi mi książkę, choć wie, że ostatnio litery zlewają mi się w jedno. Mówi, że lubi tu siedzieć. Nie wiem, czy mówi to, żeby zrobić mi przyjemność, czy mówi prawdę. Może jedno i drugie. I tylko to jedno mi wystarcza. Wczoraj przysiadła się do mnie.

– Wiesz, Olu, ludzie myślą, że starość to choroby i kule – powiedziałam, odkładając łyżeczkę. – Ale najgorsza jest cisza. Ta, co ci siada na ramieniu wieczorem.

– Babciu, przecież jestem – powiedziała cicho.

– I właśnie dlatego chcę, żebyś została. Na zawsze – odpowiedziałam.

Czas przestać milczeć. Choćby raz.

Powiedziałam prawdę na głos

Nie organizowałam rodzinnych obiadów od lat. Ostatni pamiętam jak przez mgłę – chyba jeszcze przed śmiercią Edka. Wtedy wszystko miało sens. Teraz? Nawet ziemniaki jakoś tak szybciej stygną, kiedy nikt nie marudzi przy stole.

Ale w tym roku zrobiłam wyjątek. Zadzwoniłam do wszystkich. Najpierw do córki, potem do syna. Zdziwili się, że zapraszam. „Coś się stało?” – pytali niemal równocześnie. Uśmiechnęłam się wtedy do słuchawki. „Nie, po prostu chciałam was zobaczyć”. Prawda była inna. Chciałam wreszcie powiedzieć głośno to, co od dawna we mnie narastało. I nie czekać, aż zrobią to za mnie notariusze po śmierci.

Przyszli wszyscy. Córka z mężem, Bartek i Kasia. Nawet Bartek przyniósł kwiaty – jakby próbował coś zrekompensować. Ola jak zwykle pomagała mi w kuchni, kroiła sałatkę i układała serwetki z taką czułością, że chciało się płakać. Obiad minął szybko. Rozmowy o niczym, sztuczne uśmiechy, jak na pogrzebie kogoś, kogo niby się znało, ale nie do końca. Dopiero po serniku zebrałam się na odwagę.

– Chciałam coś powiedzieć – zaczęłam spokojnie. – Podjęłam decyzję. Nie zamierzam jej zmieniać. Mieszkanie przepisuję Oli. Bo to ona była przy mnie, kiedy nikt inny nie miał czasu.

Zapadła cisza. Potem wybuchło.

– Nie wierzę. Czyli Ola cię kupiła kilkoma wizytami? – Kasia zmrużyła oczy, tonem bardziej jadowitym niż oburzonym.

– To niesprawiedliwe. My mamy swoje życie! – Bartek rzucił widelec na talerz.

– A ja miałam swoje samotne popołudnia. I co z tego? – odpowiedziałam chłodno, prawie bez emocji.

W środku wszystko we mnie drżało, ale nie żałowałam. Powiedziałam prawdę i pierwszy raz od lat poczułam, że żyję.

Coś w niej pękło

Wszyscy wyszli w pośpiechu. Kasia nie podała mi ręki, Bartek trzaskał drzwiami jak nastolatek. Tylko Ola została chwilę dłużej, zebrała talerze i próbowała udawać, że wszystko jest w porządku. Widziałam po jej ramionach, że nie było.

– Pójdę już, babciu – powiedziała cicho.

– Dziękuję, kochanie – odpowiedziałam, ściskając jej dłoń. – To nie była łatwa niedziela.

Zostałam sama z córką. Patrzyła na mnie tym swoim spojrzeniem – zmartwionym, ale też osądzającym. Siadła naprzeciwko mnie przy stole, z obrusem wciąż posypanym okruszkami z ciasta.

– Mamo, naprawdę musiałaś to dziś powiedzieć? W taki sposób? – zaczęła spokojnie, ale głos jej drżał.

– Lepiej tak, niż gdyby mieli dowiedzieć się po moim pogrzebie. Wtedy nikt by nie usłyszał dlaczego.

– Ale tak robisz tylko krzywdę. Poróżnisz wszystkich. Bartkowi i Kasi będzie żal, nie zrozumieją.

– A czy ty mnie rozumiesz? – spojrzałam jej w oczy. – To nie jest kara. To nie jest zemsta. To jest wybór.

– Przecież wszyscy cię kochają, tylko... życie jest jakie jest – powiedziała, ściskając palce.

– Miłość, której się nie okazuje, usycha. Jak kwiat bez wody – odpowiedziałam, czując, jak zbiera mi się gula w gardle.

Zamilkła. Wstała, przeszła się po kuchni. Zatrzymała przy parapecie, jakby szukała w oknie jakiejś innej wersji tej rozmowy.

– Czasem mam wrażenie, że dla was byłam tylko smutnym obowiązkiem. Jak podlewanie kaktusa raz na miesiąc – dodałam szeptem.

Nie odpowiedziała, ale wiem, że usłyszała. I że coś w niej pękło.

Bałam się zapomnienia

Przyszła trzy dni później. Weszła cicho, jakby bała się, że znów będzie musiała być świadkiem czegoś, co boli. Przyniosła jabłka i chleb. Położyła siatkę na stole, zdjęła płaszcz i usiadła bez słowa.

– Dobrze, że przyszłaś – powiedziałam. – Choć myślałam, że się przestraszysz.

Trochę się przestraszyłam – przyznała, podnosząc na mnie wzrok. – Nie tego, że dałaś mi mieszkanie. Tylko tego, co będzie potem.

– Potem? – powtórzyłam.

– A jeśli reszta mnie znienawidzi?

Wzruszyłam ramionami. Już nie miałam siły ani cierpliwości do lęków, które należały do innych.

To oni siebie nienawidzą. Ty tylko byłabyś pretekstem – powiedziałam cicho.

Ola spuściła głowę. Zawsze była delikatna, może za bardzo, ale widziała więcej niż inni. Nie trzeba jej było tłumaczyć, że samotność to nie wybór, tylko konsekwencja czyjejś nieobecności.

– Nie zrobiłam tego dla ciebie, Olu. Przynajmniej nie tylko. Zrobiłam to dla tego domu. Żeby nie był tylko adresem w papierach.

Spojrzała na mnie uważnie.

– Nie chcę, żeby to mieszkanie było martwe. Chcę, żeby ktoś tu dalej gotował rosół i czytał książki – dodałam, czując, jak mięknie mi głos.

– Będę o nie dbać, babciu. Ale bardziej o ciebie – szepnęła.

Uśmiechnęłam się. Bałam się śmierci, ale jeszcze bardziej bałam się zapomnienia. Teraz pierwszy raz od dawna pomyślałam, że może mnie ktoś zapamięta. Nie z litości. Tylko dlatego, że naprawdę byłam.

Zostaną po mnie wspomnienia

Siedziałyśmy we dwie, jak kiedyś, przy kuchennym stole. Ola piła herbatę z kubka po Edku. Lubiła ten z wyblakłym napisem „Najlepszy Dziadek”. Ja z kolei miałam swoje ulubione miejsce – blisko okna, żebym widziała drzewo, które zasadziliśmy po narodzinach Kasi.

– Chcesz, żebym coś ci pokazała? – zapytałam nagle.

Skinęła głową, jakby wiedziała, że to będzie coś więcej niż stare zdjęcia. Wyjęłam pudełko z kredensu. W środku były fotografie, kartki, opaska ze szpitala, obrączka Edka i mały kawałek niebieskiej wstążki. Patrzyła, nie przerywała, nie zadawała pytań. Tylko słuchała, kiedy opowiadałam.

– Tu jesteśmy z dziadkiem na weselu mojej siostry. Wtedy tańczyliśmy boso, bo oboje obtarliśmy sobie nogi. A to... to twoja mama. Miała wtedy cztery lata i wpakowała się do beczki po kiszonych ogórkach.

Śmiałyśmy się obie, ale wewnątrz czułam, jak coś we mnie mięknie. Jakby ta rozmowa była pożegnaniem. Albo przynajmniej próbą zatrzymania czasu.

– Wiesz, Olu... nie chcę, żebyś pamiętała mnie jako babcię z testamentem. Chcę, żebyś pamiętała mnie taką, jak wtedy, gdy uczyłam cię lepić pierogi. Albo jak razem robiłyśmy kartki świąteczne z brokatem.

Zawsze tak będę cię pamiętać – powiedziała i przytuliła mnie mocno.

Siedziałyśmy tak długo, w ciszy. Nie bałam się już. Bo wiedziałam, że ktoś będzie nosić ten dom w sobie. Tak jak ja przez lata nosiłam ich wszystkich.

Nie będę już czekać

Minęły dwa tygodnie. Telefony ucichły. Nie zadzwoniła ani Kasia, ani Bartek, ani nawet córka. Jakby moja decyzja była czymś, czego nie da się wybaczyć. A przecież nie byłą zdradą ani krzywdą – tylko wyborem. Moim, osobistym, nie ich. A jednak dla nich niewybaczalnym.

Nie płakałam, już nie. Przechadzałam się po mieszkaniu w ciszy, którą znałam na pamięć. Wiedziałam, o której sąsiadka z góry włącza odkurzacz, kiedy listonosz wrzuca ulotki i o której słońce pada na mój parapet. Codzienność bez zaskoczeń. Tylko Ola dalej przychodziła. Przynosiła jabłka, poprawiała zasłony, czasem po prostu siedziała w milczeniu, jakby rozumiała, że nie zawsze trzeba mówić.

– Nie odzywają się? – zapytała któregoś dnia, krojąc jabłko na talerzyku.

– Nie – odpowiedziałam. – Może nie potrafią. A może nie chcą. Może jedno i drugie.

– Może kiedyś zrozumieją.

– A może nie. Ale ja już nie będę czekać.

Spojrzała na mnie uważnie. Jakby widziała we mnie nie tylko babcię, ale kobietę. Taką, która wiele zniosła, ale w końcu przestała się tłumaczyć ze swoich decyzji.

– Nie każdemu da się pomóc. Czasem ludzie wolą być obrażeni niż szczerzy – dodałam.

Uśmiechnęła się smutno. Rozumiała. Z czasem nauczyłam się dystansu. Nie ze złości, nie z pogardy. Po prostu ze zmęczenia. Bo serce też ma granice. A moje długo udawało, że ich nie zna.

Postąpiłam w zgodzie ze sobą

Wieczorem siadam przy oknie. Patrzę na światła bloków, jak na niemy spektakl codzienności. Za każdym z tych okien ktoś wraca z pracy, ktoś podgrzewa zupę, ktoś się z kimś kłóci. Albo całuje w czółko na dobranoc. Kiedyś i u mnie tak było.

Pamiętam, jak wyglądał Dzień Babci, gdy byłam nieco młodsza. Rysunki z krzywymi serduszkami, laurki z makaronu i całusy z resztkami kakao na ustach. Pamiętam ciepło i zapach pierogów. Takie rzeczy zostają.

Nie jestem rozgoryczona. Nie mam w sobie jadu. Tylko prawdę. Bo zrozumiałam jedno – prawda nie uzdrawia. Nie skleja rodziny z powrotem, nie wywołuje cudów. Prawda to nie prezent. Ona nie jest po to, by było miło. Prawda daje ulgę, zdejmuje ciężar.

Czuję, że moje życie nie było zmarnowane. Choć nie wszystko poszło tak, jak sobie wyobrażałam, zostawię coś więcej niż meble i numery do lekarzy. Zostawię pamięć. Może tylko w jednej osobie, ale ta jedna wystarczy.

Nie mam dla nich żadnych nagród do rozdania. Nie czekam na zgodę, akceptację, zrozumienie. Jestem kobietą, która przez całe życie kochała za bardzo i mówiła za mało. Ale przynajmniej raz w życiu – powiedziałam wszystko.

Halina, 84 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama