Reklama

Myślałam, że znam moją babcię, dopóki pewnego styczniowego wieczoru nie spojrzałam na nią inaczej niż zwykle. To, co powiedziała później, zmieniło sposób, w jaki patrzę na rodzinę i na samą siebie.

Dzień Babci w naszej rodzinie od zawsze wyglądał jak kopia poprzedniego. Ten sam stół, to samo miejsce przy oknie dla babci Heleny, ten sam sernik mamy, który niby za każdym razem miał smakować inaczej, a w rzeczywistości smakował identycznie. Ola i Maciek od rana ćwiczyli wierszyki, a ja już w drodze do domu rodziców czułam znajome napięcie w żołądku, jak przed przykrym obowiązkiem, który trzeba odhaczyć.

Babcia zawsze była nienaganna. Włosy idealnie ułożone, garsonka dopasowana, zapach perfum, który bardziej kojarzył się z teatrem niż z domem. Nigdy nie była „ciepłą babcią”. Nie piekła ciast z wnukami, nie opowiadała bajek, nie brała nas na kolana. Gdy byliśmy mali, mówiła do nas z dystansem, jakbyśmy byli uczniami, a nie wnukami. Długo myślałam, że taka po prostu jest.

Dopiero kiedy sama dorosłam, zaczęłam rozumieć coś jeszcze. Im częściej słyszałam pytania o ślub i dzieci, tym wyraźniej czułam, że nie chcę tej drogi. Nie umiałam tego nazwać, a już na pewno nie umiałam tego powiedzieć głośno. Wolałam milczeć i się uśmiechać, tak jak babcia przez całe lata.

Tego dnia coś jednak było inne. Babcia unikała aparatu, odsuwała się od uścisków, odpowiadała zdawkowo. Gdy złożyłam jej życzenia, spojrzała na mnie długo, uważnie, jakby widziała mnie naprawdę po raz pierwszy.

– Dziękuję, Zosiu – powiedziała cicho. – To dziwne święto.

W jej oczach zobaczyłam zmęczenie. I ulgę, która zapowiadała, że zaraz wydarzy się coś, czego nie da się już cofnąć.

Wszyscy byli w szoku

Siedzieliśmy przy stole, który nagle wydał mi się za mały na wszystkich. Talerze były pełne, rozmowy sztuczne, śmiech zbyt głośny. Mama krzątała się nerwowo między kuchnią a jadalnią, jakby ruch mógł zagłuszyć napięcie. Tata milczał, krojąc mięso z przesadną dokładnością. Ola i Maciek szeptali coś do siebie, zajęci bardziej deserem niż dorosłymi.

Babcia Helena jadła powoli. Widelec odkładała z precyzją, która zawsze mnie onieśmielała. Jej twarz była spokojna, lecz palce lekko drżały. Zauważyłam to tylko ja. W pewnym momencie odsunęła talerz.

Nie chcę dziś świętować – powiedziała cicho.

Sztućce zawisły w powietrzu. Mama podniosła głowę gwałtownie.

– Mamo, co ty mówisz? – zapytała ostrzej, niż zamierzała.

Babcia spojrzała przed siebie, nie na nikogo.

Nigdy nie chciałam być babcią.

Powietrze zgęstniało. Serce zaczęło mi walić tak głośno, że miałam wrażenie, że wszyscy je słyszą.

– Jak możesz tak mówić przy dzieciach?! – wybuchła mama. – To okrutne.

– Nie mówię, że ich nie kocham – odpowiedziała Helena spokojnie. – Mówię, że to nie było moje marzenie.

Tata odchrząknął.

– Może pozwólmy mamie dokończyć – rzucił pojednawczo.

Babcia uniosła wzrok. W jej oczach nie było prowokacji, tylko zmęczenie.

– Dzień Babci mnie przygnębia – powiedziała. – To dzień, który przypomina mi, kim się stałam. Nie z wyboru. Z obowiązku.

Mama uderzyła dłonią w stół.

– A my? Twoja córka? Twoje wnuki? – głos jej się załamał.

– Całe życie miałam inne plany – ciągnęła babcia. – Podróże, taniec, pisanie. Zawsze było „później”. Potem zostałam babcią i już nie było kiedy.

Siedziałam nieruchomo, czując coś pomiędzy strachem a ulgą. Po raz pierwszy ktoś wypowiedział na głos myśl, której sama się bałam.

Tylko ja rozumiałam babcię

Kolacja zakończyła się momentalnie. Mama zbierała talerze zbyt szybko, zbyt głośno, jakby chciała zagłuszyć to, co właśnie padło. Ola i Maciek poszli do innego pokoju, a tata zniknął w łazience pod pretekstem odebrania ważnego telefonu. Zostałam w salonie, udając, że przeglądam coś w telefonie, choć każdy mięsień miałam napięty. Głosy dobiegające z kuchni nie pozwalały udawać, że nic się nie dzieje.

– Zawsze musisz wszystko zniszczyć – powiedziała mama drżącym głosem. – Nawet dziś. Nawet teraz.

– Niczego nie niszczę. Mówię prawdę – odpowiedziała babcia spokojnie.

Twoja prawda rani ludzi! – mama niemal krzyczała. – Wiesz, jak się czułam przez całe życie? Jakby nigdy nie byłam dość dobra.

Zapadła cisza, ciężka i lepka.

Byłam samotna – odezwała się w końcu babcia. – W małżeństwie, w macierzyństwie. Potem przyszły ciężkie chwile, o których nikt nie chciał słuchać.

– A ja? – mama załkała. – Ja też byłam dzieckiem.

– Byłaś – powiedziała Helena ciszej. – A ja byłam kobietą, która nigdy nie mogła być sobą.

Podeszłam do kuchni niepewnie. Stały naprzeciwko siebie, jak dwie obce osoby. Mama miała zaczerwienione oczy, babcia ściskała blat tak mocno, że zbielały jej knykcie.

– Zawsze musi chodzić o ciebie – rzuciła mama. – Nawet teraz robisz z siebie ofiarę.

– Bo całe życie byłam dla was – odpowiedziała babcia. – Nigdy dla siebie.

Czułam, jak coś we mnie pęka. Weszłam między nie.

– Babciu… ja cię rozumiem – powiedziałam cicho.

Obie spojrzały na mnie jednocześnie. Mama z niedowierzaniem, babcia z czymś, co przypominało wdzięczność. W tamtej chwili wiedziałam, że już nic nie będzie takie jak wcześniej.

Prawda nas połączyła

Zaprosiłam babcię do swojego pokoju trochę odruchowo, jakbym bała się, że jeśli tego nie zrobię, ona znowu zamknie się w sobie na kolejne lata. Szła za mną wolno, rozglądając się z ciekawością, jakby pierwszy raz naprawdę była w tej przestrzeni. Usiadła na brzegu łóżka, wygładzając dłonią narzutę.

– Dawno tu nie byłam – powiedziała cicho.

Usiadłam naprzeciwko niej, na krześle, czując się nagle jak uczennica przed egzaminem. Przez chwilę żadna z nas się nie odzywała. Cisza nie była jednak niezręczna. Była potrzebna. Babcia westchnęła głęboko.

– Wiesz, miałam paszport – zaczęła. – Leżał w szufladzie trzydzieści lat. Czekał na odpowiedni moment.

– Nigdy nigdzie nie pojechałaś? – zapytałam.

Zawsze było coś ważniejszego – odpowiedziała. – Dom, praca, twoja mama. Potem wnuki.

Podniosła na mnie wzrok.

– Nie sądziłam, że można to powiedzieć głośno i nie usłyszeć oskarżeń.

Poczułam ścisk w gardle.

– Ja też nie mówię tego na głos – przyznałam. – Ludzie patrzą wtedy dziwnie. Jakby coś było ze mną nie tak.

– Chodzi o dzieci? – zapytała spokojnie.

Skinęłam głową.

Nigdy ich nie chciałam. Boję się, że byłabym nieszczęśliwa.

Babcia nie zareagowała oburzeniem, nie zaprzeczyła. Przyglądała mi się uważnie, jakby coś analizowała.

– Może jesteś jedyną osobą, która naprawdę mnie zna – powiedziała po chwili.

Te słowa uderzyły we mnie mocniej, niż się spodziewałam. Poczułam ulgę i ciężar jednocześnie. W tamtym pokoju, pomiędzy plakatami i niedopitą herbatą, wydarzyło się coś ważnego. Dwie kobiety z różnych pokoleń przestały udawać.

Czułyśmy wzajemny szacunek

Rozmowa potoczyła się sama, jakbyśmy obie czekały na nią całe lata. Babcia usiadła wygodniej, zdjęła marynarkę i położyła ją obok, co było gestem niemal intymnym. Zawsze widziałam ją taką „formalną”, a teraz wyglądała zwyczajnie. Ludzko.

Moja matka wybrała mi męża – powiedziała nagle. – Szybko, bez pytania o zdanie. Miał być porządny i stabilny.

Patrzyłam na nią w milczeniu.

– Byłam młoda i przestraszona. Wmawiano mi, że szczęście przyjdzie później. Że każda kobieta musi coś poświęcić.

– A przyszło? – zapytałam.

Uśmiechnęła się gorzko.

– Przyszły obowiązki. Potem twoja mama. Kochałam ją, ale jednocześnie czułam, jak znikam.

Mówiła o nocach spędzonych na myśleniu, kim mogłaby być. O kursie tańca, na który nigdy się nie zapisała. O zeszycie z pierwszymi rozdziałami książki, który wyrzuciła podczas jednych z porządków.

– Bycie kobietą to czasem ciągła rezygnacja – powiedziała cicho.

Te słowa zapadły mi głęboko.

Chcę to przerwać – odpowiedziałam. – Dlatego nie chcę dzieci. Nie chcę obudzić się za trzydzieści lat z poczuciem, że żyłam cudzym życiem.

Babcia długo na mnie patrzyła. W jej spojrzeniu nie było zazdrości ani żalu. Był szacunek.

Jesteś odważniejsza niż ja – powiedziała. – Może dlatego zawsze byłaś mi najbliższa.

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. W tamtej chwili nie potrzebowałam niczego więcej. Wiedziałam jednak, że na dole czeka mama, z własnym bólem, którego jeszcze nikt nie wysłuchał.

Mama tego nie rozumiała

Mama czekała na mnie w salonie. Siedziała na kanapie z wyprostowanymi plecami, jakby przygotowywała się do rozmowy, której nie chciała, ale wiedziała, że musi ją odbyć. W dłoniach ściskała chusteczkę, zupełnie niepotrzebnie, bo łzy jeszcze nie płynęły. Jeszcze.

– Rozmawiałaś z nią – powiedziała bez pytania.

Usiadłam naprzeciwko.

– Tak.

– I co, przekonała cię? – zapytała z goryczą. – Też uważasz, że całe życie ją krzywdziliśmy?

– Nikt nikogo nie krzywdził celowo – odpowiedziałam spokojnie. – Każda z was robiła to, co umiała.

Mama parsknęła krótkim, nerwowym śmiechem.

Zawsze ją usprawiedliwiasz. Nawet teraz.

– Nie usprawiedliwiam – zaprzeczyłam. – Staram się zrozumieć.

– A mnie kto zrozumie? – głos jej się załamał. – Ja chciałam tylko normalnej matki.

Patrzyła na mnie tak, jakby bała się odpowiedzi.

– Zosiu, jak możesz ją rozumieć? – zapytała ciszej. – Przecież to ona powinna być dla nas.

Wzięłam głęboki oddech.

Nie każdy musi mieć dzieci – powiedziałam. – Nie każda kobieta musi się poświęcać, żeby zasłużyć na miłość.

Mama zesztywniała.

– Ty też? – wyszeptała. – Co się z wami dzieje? Kiedyś kobiety po prostu rodziły i żyły dalej.

– Właśnie o to chodzi – odpowiedziałam. – Żyły dalej, a nie naprawdę.

Wstała gwałtownie.

To wszystko mnie przerasta – powiedziała, odwracając się plecami.

– Może czasem trzeba coś zburzyć – dodałam cicho – żeby zbudować coś prawdziwego.

Nie odwróciła się. Wiedziałam, że te słowa zostaną z nią na długo.

Przestałyśmy się bać

Wyszłyśmy z domu późnym wieczorem, gdy ulica była już prawie pusta. Babcia założyła płaszcz bez pośpiechu, jakby nigdzie się nie spieszyła. Złapała mnie pod ramię, a ten gest zaskoczył mnie bardziej niż wszystkie słowa wypowiedziane tego dnia. Szłyśmy wolno, bez konkretnego celu, słuchając dźwięku własnych kroków.

Powietrze było chłodne i czyste. Czułam, jak napięcie stopniowo opuszcza moje ciało. Babcia nic nie mówiła, lecz jej obecność była wystarczająca. Po raz pierwszy nie czułam wobec niej dystansu. Nie była już tylko babcią z rodzinnych zdjęć. Stała się kobietą z historią, stratami i odwagą, która przyszła późno, lecz przyszła naprawdę.

Zatrzymałyśmy się na chwilę pod latarnią. Babcia ścisnęła moją dłoń.

Dziękuję, że mnie wysłuchałaś – powiedziała cicho. – To więcej, niż kiedykolwiek dostałam.

Nie odpowiedziałam od razu. Słowa wydawały się zbędne. Wiedziałam, że wrócimy do domu, w którym nic nie zostało naprawione do końca. Mama nadal będzie zraniona. Cisza między kobietami w naszej rodzinie nie zniknie magicznie. Prawda jednak wyszła na światło dzienne i nie dało się jej już schować z powrotem do szuflady.

– Może wcale nie trzeba być babcią – odezwałam się w końcu – żeby zostawić po sobie coś ważnego.

Babcia uśmiechnęła się lekko. Tym razem ten uśmiech dotarł do jej oczu. Wróciłyśmy, trzymając się za ręce, dwie kobiety z różnych pokoleń, które wreszcie przestały się bać własnych myśli.

Zosia, 25 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama