„Obiad na Dzień Babci otworzył mi w końcu oczy. Moim wnukom zależy na moich pieniądzach, nie na mnie”
„– Miło? – powtórzyłam. – Nie wiem, Ewo. Mam wrażenie, że to nie był obiad z okazji Dnia Babci. Raczej giełda życzeń i próśb. – Mamo, nie przesadzaj – roześmiała się nerwowo”.

Wciąż się łudzę, żee jestem potrzebna, że ktoś jeszcze o mnie myśli, że rodzina to coś więcej niż wymiana SMS-ów raz na dwa tygodnie. Od śmierci mojego męża, Zbyszka, minęło już dziewięć lat. Zostało mi po nim tylko zdjęcie na komodzie, stary dzbanek do herbaty i wspomnienie, jak siedział z gazetą przy oknie. Dzieci – Ewa i Marek – niby są. Ale tak naprawdę są wszędzie indziej. W pracy, w telefonach, w pośpiechu.
Na Dzień Babci zaproponowali wspólny obiad. "Mamo, nie musisz nic robić, zamówimy coś z dobrej restauracji" – powiedziała Ewa. Ucieszyłam się. Naprawdę. Przypięłam broszkę, którą kiedyś dostałam od Zbyszka. Upiekłam szarlotkę, mimo że miała być kolacja bez gotowania. Chciałam, żeby było jak dawniej. Rodzinnie. Ciepło.
Ale coś było nie tak. Zamiast rozmów o życiu, były pytania o moje zdrowie, o testament, o mieszkanie. „Mieszkanie w takiej lokalizacji, babciu, to skarb” – rzuciła Ada, niby żartem. Uśmiechałam się, a w środku czułam zimny ciężar. Tego dnia po raz pierwszy naprawdę się przestraszyłam. Że dla nich nie jestem już babcią Haliną. Tylko właścicielką lokalu.
Rodzinny obiad był farsą
Spóźnili się. Zwykle nie zwracam na to uwagi, ale tym razem siedziałam przy stole od piętnastej, patrząc na zegarek i słuchając tykania, które denerwowało mnie coraz bardziej. Przyszli dopiero po wpół do czwartej – Ewa z torbami, Ada z telefonem w ręku, Kuba z miną, jakby ktoś go zmusił do przyjścia. Marek jak zwykle sztywny, chłodny, z Szymonem obok. Tylko ten ostatni, mój najstarszy wnuk, podszedł i ucałował mnie w policzek bez pośpiechu.
– Babciu, pięknie wyglądasz – rzuciła Ada, poprawiając włosy w lustrze. – Nowy sweterek?
– Nie, ten sam, co zawsze – uśmiechnęłam się.
– Ale wiesz, wyglądasz młodo. I trzymasz się świetnie, jak na swój wiek. Wszyskiego najlepszego z okazji Dnia Babci – dodała, niby z troską.
Przynieśli jedzenie. Jakieś dziwne dania, sałatki. Mojej szarlotki nikt nawet nie spróbował. Rozmowy toczyły się obok mnie. O pracy, studiach, planach na wakacje. A potem… zaczęły się pytania.
– A babciu, jak tam zdrowie? – zagaił Kuba. – Bo jakby coś, to trzeba by może pomyśleć o jakimś zabezpieczeniu...
– Zabezpieczeniu? – zmarszczyłam brwi.
– No wiesz, żebyś była spokojna. Mieszkanie w dobrej lokalizacji... Żeby potem nie było kłopotów – rzuciła Ewa, jakby mówiła o czymś całkiem normalnym.
Zamarłam. Słuchałam, jak mówią o „przyszłości”, o „rozsądnym podziale”, o notariuszu. O mnie – jakby mnie już nie było. Nikt nie zapytał, czy jestem szczęśliwa. Czy nie czuję się samotna. A ja patrzyłam na nich i czułam się jak mebel. Jeszcze użyteczny, ale już niepotrzebny.
Chodziło im tylko o pieniądze
Wieczorem odtwarzałam w głowie rozmowy z obiadu. Słowo po słowie. Jak Ada pytała niby żartem, czy byłam już u notariusza. Jak Kuba mruczał, że nowy telefon to koszt, a on przecież „nie ma od kogo pożyczyć, tylko babcia zawsze ratuje sytuację”. Jak Marek rzucił sucho, że „warto pomyśleć o spadku, zanim będzie za późno”.
Przypominałam sobie wszystkie momenty, kiedy pożyczałam, dawałam, dopłacałam. Rata Kuby za kurs prawa jazdy, laptop dla Ady, pieniądze Ewie na trudny miesiąc, kiedy straciła pracę. Nigdy nie odmawiałam, bo kocham ich. Ale dziś poczułam coś nowego.
– Czy ja jestem tylko bankomatem? – szepnęłam do siebie. – Czy oni widzą we mnie coś więcej niż tylko... właścicielkę mieszkania?
Pokręciłam głową. Przez chwilę chciałam ich bronić. Może przesadzam? Może każdy się kiedyś martwi o przyszłość, o majątek? Ale coś w środku mówiło mi: nie, Halina. Dziś nie było miłości. Było tylko wyrachowanie. I po raz pierwszy od dawna... nie chciałam się uśmiechać. Chciałam coś zmienić.
Pokłóciłam się z córką
Zadzwoniłam do Ewy nazajutrz, chwilę po ósmej. Wiedziałam, że wtedy wypija swoją pierwszą kawę przed pracą. Odebrała szybko, zaskoczona.
– Mamo? Coś się stało?
– Nie, wszystko w porządku – zaczęłam spokojnie. – Chciałam tylko chwilę porozmawiać. O wczorajszym obiedzie.
– Aha… – wyczułam lekkie spięcie w jej głosie. – No jasne, bardzo miło było, prawda?
– Miło? – powtórzyłam. – Nie wiem, Ewo. Mam wrażenie, że to nie był obiad z okazji Dnia Babci. Raczej giełda życzeń i próśb.
– Mamo, nie przesadzaj – roześmiała się nerwowo. – Dzieci cię uwielbiają. Po prostu... martwią się o ciebie. Chcą wiedzieć, co planujesz, w razie gdyby coś...
– W razie gdyby co? Gdybym umarła? – wtrąciłam, nie mogąc już powstrzymać złości. – Dziękuję za troskę, ale ja żyję. I mam się dobrze.
Zapadła cisza. W końcu Ewa westchnęła:
– Mamo, my tylko pytaliśmy. Nikt nie chce ci niczego zabierać.
– Ale nikt też nie zapytał, jak się czuję. Czy jestem szczęśliwa. Czy nie doskwiera mi samotność. To boli, Ewo.
– Nie dramatyzuj – rzuciła chłodno. – My też mamy swoje życie, problemy, zobowiązania. Nie wszystko kręci się wokół ciebie.
Te słowa zabolały najbardziej. Nagle poczułam, że przestałam być dla niej matką – stałam się kłopotem, który trzeba jakoś „rozwiązać”.
– W takim razie nie zawracam głowy – powiedziałam cicho i się rozłączyłam.
Siedziałam długo z telefonem w dłoni, ale nie uroniłam ani jednej łzy.
Byli wyrachowani
Nie zapowiadało się na żadne wielkie wydarzenia. Wpadłam do Ewy bez zapowiedzi – tak po prostu, jak kiedyś. Upiekłam ciasto z jabłkami, wzięłam kilka książek, które obiecałam jej oddać. Zadzwoniłam do drzwi, ale nikt nie otwierał. Spróbowałam jeszcze raz. W końcu nacisnęłam klamkę – jak zwykle zostawiała otwarte, „bo przecież kto tu wchodzi bez pukania, mamo”.
Zanim zdążyłam zawołać, usłyszałam głosy z salonu. Zatrzymałam się. To był Kuba i Ewa. Nie widzieli mnie, nie słyszeli. I wtedy usłyszałam zdanie, które zamroziło mnie w miejscu.
– Trzeba pogadać z babcią, zanim coś wymyśli. Wiesz, że może przepisać to mieszkanie komukolwiek? Nawet jakiejś fundacji. Babki tak mają.
– No właśnie – odpowiedziała Ewa. – Zrobi się jeszcze bardziej dziwna, coś podpisze i potem będzie płacz. Musimy jej przypilnować. Nie zrobimy z siebie idiotów.
– Może Marek coś kombinuje? – mruknął Kuba. – On nic nie mówi, ale kto wie?
– Tym bardziej trzeba działać szybko – powiedziała Ewa. – To mieszkanie to jedyna szansa, żebyś kiedyś miał coś swojego. A ja też nie mogę całe życie wynajmować. Ona nie będzie wieczna...
Nie słyszałam już więcej. Cofnęłam się po cichu, niemal na palcach. Drzwi zostawiłam tak, jak były. Wyszłam na klatkę i stanęłam na schodach. W głowie miałam jedno zdanie: "Musimy jej przypilnować." Jakby mówiła o dziecku.
Nagle nie byłam już mamą i babcią. Byłam przeszkodą.
Potrzebowałam wsparcia
Wróciłam do mieszkania w ciszy. Nie zdejmując płaszcza, usiadłam w kuchni. Woda na herbatę zagotowała się, ale zapomniałam wsypać liści. Patrzyłam na parę unoszącą się z pustego czajnika, jakbym miała w niej znaleźć odpowiedź. Jeszcze tego samego wieczoru wybrałam numer Marka. Odbierał niechętnie, jak zwykle.
– Mamo? Coś się stało?
– Chciałabym się spotkać. Dzisiaj. Wiem, że jest późno, ale to ważne.
– Przyjadę – powiedział po chwili milczenia. – Za pół godziny.
Przyszedł sam, bez Szymona. Usiadł, spojrzał mi w oczy i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, rzucił:
– Wiem, co się dzieje.
Zamarłam.
– Ewa do mnie dzwoniła. Domyśliłem się, że byłaś u niej. I że usłyszałaś więcej, niż powinnaś.
Nie odpowiedziałam. Patrzyłam tylko. Czekałam, czy się zacznie tłumaczyć. Ale nie.
– Nie chcę cię okłamywać, mamo. Ada ma już swój plan na twoje mieszkanie. Kuba też. Ewa o wszystkim wie. A ja… ja trzymam się z boku, ale nie mogę udawać, że nic nie widzę.
– A ty? – zapytałam. – Ty też liczysz na coś?
Marek pokręcił głową.
– Nie. Chcę tylko, żebyś była szczęśliwa. Ale wiem, że się czujesz zdradzona. I nie dziwię się.
Spojrzałam na niego. Pierwszy raz od dawna nie widziałam w nim obcego mężczyzny. Zobaczyłam chłopca, którego kiedyś tuliłam do snu.
– Marek… Ja muszę coś z tym zrobić.
– Wiem. I cokolwiek postanowisz – zrobisz dobrze. A ja ci w tym pomogę.
Wstał. Pocałował mnie w czoło.
– Nie jesteś sama, mamo.
Halina, 74 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dzień Babci spędziłam samotnie, bo wnuczka kocha mnie tylko, gdy mam pieniądze. Płakałam przez cały tydzień”
- „W Dzień Babci i Dziadka mam ochotę zamknąć dom na 4 spusty. Mam dość udawania, że cieszę się z tandety i czekoladek”
- „Kolejny Dzień Babci znów spędzam sama w kapciach przed telewizorem. Niedługo całkiem zapomnę, jak wygląda mój wnuk”

