„Obcy facet oświadczył mi się w walentynki, a ja powiedziałam: tak. Dziś wiem, że podjęłam najlepszą decyzję w życiu”
„W restauracji panował gwar i wszędzie unosił się zapach pizzy. Usiadłam z dziewczynami przy oknie, zaczęły się rozmowy o życiu, pracy i miłosnych niepowodzeniach. W pewnym momencie zobaczyłam, że do lokalu wchodzi on — mężczyzna od porannego spotkania. Patrzył prosto na mnie, jakby rozpoznawał mnie w tłumie”.

Niektórzy mówią, że przeznaczenie nie istnieje, inni wierzą, że każdemu z nas pisany jest jakiś los, tylko nie zawsze potrafimy go zauważyć. Ja przez lata byłam tą osobą, która wszystko analizowała, planowała i nawet drobne decyzje podejmowała z rozwagą. Moje życie było przewidywalne, spokojne, bez większych wzlotów czy upadków. Pracowałam w banku, miałam własne mieszkanie, kilku przyjaciół i kota. Od lat nie wierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia, a walentynki traktowałam jak przereklamowane święto, które bardziej przypominało festiwal kiczu niż prawdziwe uczucia.
Wszystko zmieniło się pewnego lutowego dnia, kiedy w najbardziej nieprawdopodobny sposób zostałam bohaterką historii, jaką zwykle ogląda się w filmach i której nigdy, przenigdy nie spodziewałabym się przeżyć na własnej skórze. Teraz, po piętnastu latach od tamtego dnia, wciąż potrafię wrócić myślami do chwili, gdy moje życie stanęło na głowie.
Wybuchnął śmiechem
Tego dnia od rana padał deszcz ze śniegiem, a ja miałam ochotę zostać w domu i nie pokazywać się ludziom na oczy. Po drodze do pracy kupiłam sobie drożdżówkę i kawę w plastikowym kubku, z zamiarem uczczenia samotnych walentynek małą przyjemnością. W tramwaju ludzie gapili się na siebie z rezerwą, niektórzy ściskali w rękach czerwone róże. Westchnęłam ciężko, starając się nie patrzeć na szczęśliwe pary i odliczałam przystanki do mojego biura.
Wysiadłam na swoim przystanku i ruszyłam szybkim krokiem, próbując ukryć się pod parasolem przed zacinającym deszczem. I wtedy, na przejściu dla pieszych, wpadłam prosto na wysokiego faceta z niebieską parasolką w ręce. Zamiast rzucić zwykłe „przepraszam”, on wybuchnął śmiechem.
— Oj, ktoś tu się śpieszy na randkę, co?
— Nie na randkę, tylko do pracy — burknęłam, czując, jak policzki mi czerwienieją.
— Praca też bywa romantyczna. — Mrugnął do mnie w sposób, który od razu powinien mnie zirytować, ale zamiast tego poczułam... sama nie wiem. Coś zupełnie nowego, czego nie umiałam nazwać. Potem zamieniliśmy jeszcze dwa zdania o pogodzie, on podał mi zgubioną rękawiczkę, a ja, nie wiedząc czemu, podziękowałam mu tak, jakbyśmy się znali od lat. Przez resztę dnia nie mogłam się skupić. Jego twarz wracała do mnie jak uparty refren piosenki, a ja po raz pierwszy od dawna poczułam, że czegoś mi w życiu brakuje.
Wieczór nabrał tempa
Po pracy wracałam do domu z zamiarem spędzenia wieczoru przed telewizorem. Chciałam zapomnieć o tym dziwnym poranku, lecz im bardziej się starałam, tym prędzej myśli wracały do spotkania z nieznajomym. Rzuciłam torbę na kanapę, włączyłam telewizor, ale żaden program mnie nie wciągał. Nagle usłyszałam dźwięk telefonu. Wiadomość od koleżanki z pracy: „Chodź z nami dziś na kolację, nie siedź sama!”. Przez chwilę się wahałam, jednak samotność przeważyła. Włożyłam sweter, poprawiłam włosy i wyszłam z domu.
W restauracji panował gwar i wszędzie unosił się zapach pizzy. Usiadłam z dziewczynami przy oknie, zamówiłyśmy wino, zaczęły się rozmowy o życiu, pracy i miłosnych niepowodzeniach. W pewnym momencie zobaczyłam, że do lokalu wchodzi on — mężczyzna od porannego spotkania. Patrzył prosto na mnie, jakby rozpoznawał mnie w tłumie. Podszedł, zawahał się przez chwilę, a potem uśmiechnął.
— Mamy dziś szczęście do spotkań — powiedział, lekko się pochylając.
Moje koleżanki spojrzały na mnie zaskoczone.
— To twój znajomy? — zapytała Asia.
— Nie... Znaczy, właściwie nie — odpowiedziałam, sama nie wiedząc, co mam myśleć.
Chłopak usiadł przy naszym stoliku, jakby to było oczywiste. Zaczął żartować, opowiadać zabawne historie. Wieczór nabrał tempa, śmiechom nie było końca, a ja poczułam, że świat na chwilę się zatrzymał.
Zaniemówiłam
Pod koniec wieczoru większość moich koleżanek zaczęła się żegnać, a ja zostałam przy stoliku tylko z nim. Nazywał się Michał. Przegadaliśmy jeszcze kilkadziesiąt minut, aż restauracja zaczęła pustoszeć. Czułam, jak narasta między nami napięcie, którego wcześniej nie znałam — zupełnie jakbyśmy się znali od lat, choć przecież nie wiedziałam o nim prawie nic.
— Chcesz się przejść? — zapytał nagle.
Skinęłam głową, nie zastanawiając się długo. Wyszliśmy w chłodną noc. Po drodze śmialiśmy się z przypadkowych rzeczy, zatrzymywaliśmy przy witrynach, a ja zaczynałam się czuć, jakbym wreszcie była na właściwym miejscu. Nagle Michał stanął przy jakiejś fontannie, spojrzał mi prosto w oczy i wypalił:
— Wiem, że to szalone, ale… wyjdziesz za mnie?
Zaniemówiłam. Patrzyłam na niego, próbując odczytać żart w jego oczach, ale widziałam w nich tylko powagę i dziwną pewność. Wszystko we mnie mówiło, że to nie ma sensu, że to głupota, że przecież się nie znamy. A jednak serce biło jak oszalałe.
— Nie żartujesz? — wyszeptałam.
— Jeszcze nigdy nie mówiłem bardziej serio — odpowiedział, ściskając moją dłoń.
Stałam tak chwilę, czując, że grunt ucieka mi spod nóg.
Przyciągnął mnie do siebie
W głowie huczało mi tysiąc myśli. Jak mogłam rozważać takie szaleństwo? Moja racjonalna strona podsuwała mi wszystkie logiczne argumenty: przecież go nie znałam, nie wiedziałam, kim jest, czy nie okaże się wariatem, oszustem albo po prostu kimś zupełnie mi obcym. Jednak równocześnie coś mnie do niego ciągnęło, jakaś cicha pewność, której nie potrafiłam wyjaśnić.
Stałam obok fontanny, z dłonią w jego dłoni, i nagle poczułam, że chyba właśnie tego szukałam przez całe życie. Czegoś, co wymyka się rozumowi, co jest kompletnie nielogiczne, ale prawdziwe. Michał patrzył na mnie bez uśmiechu, bez żartów. W jego oczach widziałam, że nie cofa się ani na krok.
— Daj mi pięć minut — powiedziałam. Odsunęłam się kawałek, krążąc w miejscu. Mój mózg walczył z sercem, aż w końcu po prostu podeszłam z powrotem do Michała.
— Jeśli chcesz, to spróbujmy — powiedziałam. — Nie wiem, dokąd nas to zaprowadzi, ale chcę się przekonać.
Z jego twarzy zniknęło napięcie. Przyciągnął mnie do siebie, objął i przez chwilę po prostu obejmowaliśmy się w milczeniu, jakby świat wokół nas przestał istnieć. Tego wieczoru pierwszy raz od dawna poczułam się wolna.
Nie mogłam trafić lepiej
Nie minęły dwa miesiące, a stanęliśmy razem przed urzędnikiem. Nasi znajomi i rodzina pukali się w czoło, nie dowierzając, że to robimy. Mama patrzyła na mnie z troską, tata próbował przekonać mnie do namysłu, a ja… nie miałam już wątpliwości. Wzięliśmy cichy ślub, zaprosiliśmy tylko najbliższych. Byliśmy trochę jak dzieci, które postanowiły zbudować własny świat bez mapy i instrukcji.
Pierwsze lata były jak jazda bez trzymanki. Były awantury o głupoty, wspólne gotowanie, płakanie przy filmach i śmiech do późna w nocy. Czasem czuliśmy się obco — przecież naprawdę dopiero się poznawaliśmy. Ja odkrywałam, że Michał zostawia skarpetki gdzie popadnie, on musiał pogodzić się z moimi wiecznymi listami rzeczy do zrobienia na lodówce. Każdego dnia uczyliśmy się siebie od nowa.
Bywały dni, gdy miałam ochotę wyjść i trzaskać drzwiami. Były też chwile, kiedy patrzyłam na niego i myślałam, że nie mogłam trafić lepiej. Zmienialiśmy się razem, trochę siebie szlifując, trochę łamiąc stare nawyki. Każdy dzień był trochę nieprzewidywalny, czasem męczący, ale nigdy nudny.
To był mój najważniejszy krok
Dziś, po piętnastu latach od tamtego dziwnego, nieprawdopodobnego dnia, kiedy obcy facet poprosił mnie o rękę w walentynki, wciąż czasem nie mogę uwierzyć, jak bardzo zmieniło się moje życie. Przez te wszystkie lata mieliśmy wzloty i upadki, wielkie kryzysy i ciche, zwyczajne szczęście. Czasem myślimy o tym, jakbyśmy wzięli udział w jakimś szalonym eksperymencie — czy można stworzyć coś prawdziwego z tak gwałtownego impulsu?
Odpowiedź poznawałam każdego dnia, patrząc, jak starzejemy się razem, jak nasze włosy powoli siwieją, jak śmiejemy się z tych samych żartów co piętnaście lat temu. Były chwile, kiedy myślałam, że nie dam rady, że różnice między nami są zbyt duże, że życie nas przerośnie. A potem wystarczało jedno spojrzenie, dotyk dłoni czy nawet zwykła kawa zaparzona rano, żeby przypomnieć sobie, dlaczego kiedyś podjęłam tę szaloną decyzję.
Nie wiem, czy istnieje coś takiego jak przeznaczenie. Może po prostu czasem trzeba posłuchać serca i przestać analizować wszystko na chłodno. Jedno wiem na pewno: nigdy nie żałowałam, że wtedy poszłam za głosem intuicji. To był mój najważniejszy krok.
Zofia, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Uważałam, że synowa nie pasuje do naszej rodziny. Dopiero zdrada mojego syna otworzyła mi oczy na prawdę”
- „Spotkałam miłość na przystanku. Magia walentynek dogoniła w mnie w szarej codzienności”
- „Bukiet róż na walentynki trochę mnie zaskoczył. Od lat jestem singielką, więc to nie moje święto”

