Reklama

Nie wiem, czy to kwestia wieku, zmęczenia, czy może faktu, że po prostu zaczęłam mieć siebie dość. Siebie z zeszłego roku i z pięciu poprzednich lat. Tej wersji mnie, która wszystko wytrzyma, która przełknie gorzkie słowa i wciąż będzie robiła dobrą minę do złej gry. Kiedy nadszedł grudzień i znów wszyscy zaczęli mówić o noworocznych postanowieniach, coś we mnie drgnęło. A potem... pękło. Nie chciałam już tylko „próbować” albo „zastanawiać się”. Chciałam zacząć działać.

Wzięłam kartkę i długopis. Na samej górze napisałam: „Pozbyć się balastu”. A potem wypisałam wszystko, co mnie przygniata. Zaskakujące, jak wiele zmieściło się na tej jednej liście. Jeszcze bardziej zaskakujące było to, jak wiele z tych rzeczy leżało na naszej starej, wysiedzianej kanapie.

Udawałam, że nie słyszałam

— Widziałam dzisiaj piękną sofę — rzuciłam niby od niechcenia, podając Michałowi herbatę.

— Po co ci sofa, skoro mamy kanapę? — Nie oderwał wzroku od telewizora. Kątem oka zerknęłam na jego bose stopy oparte o mój puchaty koc. Mój. Jego ulubiona pozycja — nieruchomy jak posąg, z pilotem w dłoni i miną, która mogłaby zabić każdą rozmowę. Dawniej próbowałam: zadawałam pytania, dopytywałam o dzień, o plany, o uczucia. Z czasem nauczyłam się, że im mniej pytam, tym mniej boli, gdy nie dostaję odpowiedzi.

— Ta już się zapada — powiedziałam spokojnie.

Ty się zapadasz — mruknął pod nosem z cieniem uśmiechu, który miał udawać żart.

Udawałam, że nie słyszałam. Tak jak zawsze. W grudniu kanapa skrzypiała jeszcze głośniej niż zwykle. Ilekroć na niej siadałam, miałam wrażenie, że jęczy razem ze mną. Pomyślałam wtedy: może ona też już nie daje rady. Może też by chciała, żeby ktoś ją wymienił. W sylwestra Michał jak co roku zasnął przed północą, z butelką piwa w ręce, pilotem na brzuchu i moim kocem. O północy wyszłam na balkon z kieliszkiem szampana i patrzyłam na niebo. Wtedy coś postanowiłam. I nie chodziło tylko o kanapę.

Kiedyś był inny

Kiedy pierwszy raz naprawdę spojrzałam na Michała, bez tej wyrozumiałości i przyzwyczajenia, wydał mi się… obcy. Siedział w szlafroku, z kubkiem kawy, i przewijał wiadomości w telefonie. Patrzyłam na niego jak na współlokatora, który nie zapłacił rachunku — z lekką irytacją, z ulgą, że zaraz wychodzi, i z poczuciem, że jego obecność nie ma już ze mną nic wspólnego.

— Pojedziesz dziś po zakupy? — zapytałam, łudząc się, że może usłyszę: „jasne”.

Nie mam czasu. Mam robotę.

Robotę. Michał od dwóch lat „robił coś zdalnie”. Nigdy dokładnie nie powiedział co. Siedział z laptopem, czasem słuchał podcastów o giełdzie, częściej jednak przeglądał fora z memami. Gdy próbowałam o tym rozmawiać, zarzucał mi brak zaufania. Kiedyś był inny. Umiał być czuły. Śmialiśmy się razem, planowaliśmy. A teraz? Teraz był tylko dodatkiem do mebla. Przedłużeniem tej rozklekotanej kanapy. Tyle że cięższym, bardziej wymagającym i wiecznie zmęczonym.

W pierwszym tygodniu stycznia pojechałam sama do sklepu meblowego. Sprzedawczyni zapytała:

— A mąż? Doradzi?

— Nie, to ja wybieram. Kanapę i wszystko inne.

Zaczęłam pić kawę w ciszy

Michał nie zauważył, że w salonie stanęła nowa kanapa. Przysięgam. Przez cały dzień siedział przy biurku w sypialni, a wieczorem... rozłożył się na starej, tej samej, która stała tymczasowo w pokoju gościnnym.

Ta jest moja, nie? — rzucił w żartach, wyginając się jak foka na brzuchu.

Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Czy naprawdę nie zauważył, że główny mebel w naszym salonie się zmienił? Że ta nowa, beżowa, z eleganckim pikowaniem i miękkimi poduszkami, stoi tam, gdzie dawniej przecież... razem leżeliśmy, oglądając filmy?

— Nie, Michał. Ta była twoja. Teraz tamta jest moja — odpowiedziałam chłodno, wskazując nową kanapę.

Zmarszczył brwi, ale nie odpowiedział. Może dotarło do niego, że coś się zmienia. A może po prostu nie chciało mu się drążyć. Tak było wygodniej. W kolejnych dniach układałam życie wokół nowej przestrzeni. Przesunęłam stolik, powiesiłam zasłony, kupiłam nowe poduszki. Michał milczał. Ja zresztą też. Czułam, że nie jestem już częścią związku, tylko projektu do samodzielnej realizacji.

Zaczęłam pić kawę w ciszy, na nowej kanapie. Bez pytań, bez tłumaczenia się, bez prób.

Nie posiedzisz tu ze mną? — zapytał kiedyś, wskazując starą kanapę.

— Nie, dziękuję. Lubię nowe miejsca.

Wróciłam do sprzątania dokumentów

Zaczęłam mówić o nas w czasie przeszłym. Najpierw w głowie, potem szeptem, a w końcu na głos.

Mieliśmy kiedyś dobre momenty — powiedziałam do przyjaciółki, rozkładając ręczniki na saunie w klubie fitness.

— Ale to było „kiedyś”, nie? — mruknęła natychmiast.

Miała rację. Nie chodziło o jeden kryzys czy o gorszy czas. Michał nie był już częścią mojego życia. Był w nim obecny fizycznie, ale nieobecny we wszystkim, co ważne. W moich planach, w marzeniach, w problemach. Gdy mówiłam mu, że szefowa znów przerzuciła na mnie całą robotę, kiwał głową i mruczał: „To niedobrze”. Jak automat. Którejś nocy, kiedy nie mogłam zasnąć, usiadłam na nowej kanapie z notatnikiem. Z jednej strony napisałam: „Co się jeszcze da uratować”. Z drugiej: „Z czego muszę zrezygnować, żeby nie zwariować”. Pierwsza kolumna została pusta.

Pod koniec stycznia Michał zapytał, czy coś się dzieje. Zrobił to, stojąc w drzwiach, z telefonem w ręce, nie patrząc mi w oczy.

— Po prostu robię porządki — powiedziałam spokojnie.

I wróciłam do sprzątania dokumentów. Między paragony i gwarancje wsunęłam też nasz akt małżeństwa.

Ostatniego dnia marca zniknął

W lutym wyniosłam starą kanapę. Sama. Michał był wtedy u znajomego „na grillu” — mimo że był środek zimy. Nie pytałam. Już nawet nie udawałam zainteresowania. Kiedy zamówiłam ekipę, która miała zabrać kanapę na złom, chłopak z firmy spojrzał na mebel i zagadnął:

Tyle przeżyła, co?

Uśmiechnęłam się.

— Za dużo.

Zanim zamknęli drzwi samochodu, pogładziłam brzeg oparcia. Nie z sentymentem — raczej jak ktoś, kto wreszcie kończy zaległy rozdział. Michał nie zapytał, gdzie się podziała jego ulubiona kanapa. Zauważył, że jej nie ma, bo przez dwa dni narzekał na bóle pleców. Spał na rozkładanym łóżku, bo, jak sam stwierdził, „w salonie już nie ma gdzie”. I miał rację.

W marcu złożyłam pozew o rozwód. Całkiem spokojnie, jakbym wypełniała wniosek o nowy dowód osobisty. Michał przyjął to z rezygnacją, a może nawet z ulgą. Trudno było odczytać.

— Zaskoczyłaś mnie — powiedział tylko.

Szkoda, że tak późno — odpowiedziałam.

Ostatniego dnia marca zniknął. Zabrał tylko torbę z ubraniami i swoje stare kapcie. Na nową kanapę nie spojrzał. A ja... po raz pierwszy od dawna usiadłam wygodnie. I westchnęłam z ulgą.

Nie umiałam powiedzieć dość

Wiosną salon zaczął pachnieć inaczej. Może to przez świeże kwiaty, które wstawiałam do wazonu, a może przez to, że powietrze nie było już ciężkie od napięcia. W nowej przestrzeni wreszcie można było oddychać. Nie musiałam już nikomu się tłumaczyć, nie musiałam lawirować, żeby nie urazić czyjegoś zmęczonego ego. Miałam ciszę. I siebie.

Znajomi pytali: „To przez kanapę się rozstaliście?”. A ja się uśmiechałam. Bo przecież to nie o mebel chodziło. Chodziło o to, że przez lata nie umiałam powiedzieć „dość”. Że byłam bardziej lojalna wobec wspomnień niż wobec samej siebie. Kanapa tylko pomogła mi to zrozumieć. Czasem zdarza mi się jeszcze siąść na brzegu i przez chwilę spojrzeć na puste miejsce obok. Czasem w głowie odtwarza mi się jego głos, ale już bez bólu. Raczej z dystansem. Jak wspomnienie kogoś, kogo kiedyś znałam, ale kto już nie pasuje do mojego życia.

Alicja, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama