Reklama

Miałam wrażenie, że wreszcie doganiamy własne szczęście. Tajlandia była naszym prezentem po trudnym roku: on harował po godzinach, ja uczyłam się odpuszczać. Wybraliśmy wyspę, o której wszyscy mówili szeptem, jak o obietnicy. Ciepłe wieczory pachniały mango i solą, a my śmialiśmy się, że to nasze małe życie w wersji luksusowej. Nie wiedziałam wtedy, że w walizce, obok kostiumu kąpielowego i kremu z filtrem, przywiozę do domu coś jeszcze. Ciszę, która miała zostać ze mną na zawsze.

Sylwester pod palmami

Na miejscu wszystko wydawało się prostsze. W hotelu mieli białe prześcieradła tak gładkie, jakby ktoś je codziennie prasował od nowa, a w recepcji witali nas uśmiechem, który w Polsce uznałabym za fałsz. Mój mąż, Dorian, rozpiął koszulę jeszcze zanim doszliśmy do pokoju i od razu poszedł na balkon patrzeć na morze. Stał tak długo, że zaczęłam się śmiać, że ogląda wodę, jakby chciał ją zapamiętać.

Wieczorem, w dzień sylwestrowy, zjedliśmy kolację na plaży. Lampiony wisiały nisko, kelner przynosił kolejne dania, a ja co chwilę łapałam Doriana za dłoń, jakby to dotknięcie miało zatrzymać czas. On był w dobrym humorze, nawet bardziej niż zwykle.

– Widzisz? – powiedział, unosząc kieliszek. – Mówiłem, że jeszcze będziemy mieli swoje miejsce na świecie.

– To jest moje miejsce, kiedy ty jesteś obok – odpowiedziałam, i naprawdę tak czułam.

Po północy ludzie krzyczeli, fajerwerki odbijały się w wodzie, a ja stałam boso w piasku, z mokrą od oceanu sukienką przyklejoną do ud. Dorian przytulił mnie mocno i zakręcił, jakbyśmy byli dziećmi. Nagle jednak odsunął się o krok i skrzywił.

– Co jest? – zapytałam.

– Nic. Serce mi przyspieszyło, pewnie od alkoholu i tego biegania – machnął ręką.

Chciałam go ciągnąć do tańca, ale on usiadł na leżaku, oddychając ciężej. W jego oczach pojawił się cień irytacji, jakby był zły na własne ciało, że śmie mu przeszkadzać. Pomyślałam wtedy tylko, że jest przemęczony i że odpoczynek mu pomoże. W Tajlandii każda rzecz wydaje się chwilowa. Nawet strach.

Morze przestało być spokojne

Następnego poranka obudziło mnie słońce, które wchodziło do pokoju bez pytania. Dorian leżał na plecach i patrzył w sufit. Miałam wrażenie, że nie spał.

– Nie śpisz? – spytałam cicho.

– Tylko… odpoczywam – odpowiedział zbyt szybko.

Wyszliśmy na śniadanie, ja z apetytem, on z wymuszonym uśmiechem. W pewnym momencie odsunął talerz.

Coś mi nie leży – mruknął.

Wybaczyłam mu. Tajskie przyprawy, zmiana strefy czasowej, stres, cokolwiek. Namówiłam go na spacer po plaży, bo wierzyłam, że świeże powietrze wszystko naprawia. Szliśmy, a piasek był tak ciepły, że parzył stopy. Dorian miał na sobie lekką koszulę, ale mimo tego widziałam na jego skroni pot. Przystanął, oparł dłonie na kolanach, jakby łapał oddech.

– Dorian, wracamy – powiedziałam stanowczo.

– Nie rób scen – warknął, po czym natychmiast spuścił wzrok. – Przepraszam. Jest mi głupio.

Wróciliśmy do pokoju. W recepcji poprosiłam o lekarza. On próbował protestować, udawał, że nic się nie dzieje, a jednak kiedy pojawił się medyk, zbladł. Lekarz mówił po angielsku, badał mu puls, mierzył ciśnienie, marszczył brwi.

– Hospital – powtórzył kilka razy. – Now.

Dorian spojrzał na mnie tak, jakby chciał mnie przeprosić za to, że psuje nam urlop. W karetce trzymałam go za rękę. Jego palce były chłodne, śliski pot zbierał się na skórze.

– To tylko strach, prawda? – zapytałam, bardziej siebie niż jego.

– Nie wiem – wyszeptał. – Coś mnie… gniecie.

Szpital pachniał chemią i czymś metalicznym. Widziałam, jak wprowadzają go na oddział, jak pielęgniarki mówią do siebie szybko, jak ktoś podpina mu kabelki. Próbowałam być dzielna, ale moje ciało zdradzało mnie drżeniem dłoni. Jeszcze dzień wcześniej śmiałam się pod palmami. Teraz patrzyłam na drzwi, które się zamknęły, i miałam wrażenie, że za nimi ktoś gasi światło.

Byłam całkiem bezradna

Pozwolili mi usiąść na plastikowym krześle, które było tak twarde, jakby zaprojektowano je specjalnie dla ludzi w strachu. Co chwilę podchodził ktoś z personelu, mówił krótko, zwięźle, jak do osoby, która i tak nie zrozumie. Dorian przeszedł serię badań, potem zabrali go na obserwację. Lekarz, wysoki mężczyzna z siwą grzywką, w końcu usiadł obok mnie.

– Pani mąż ma problemy z sercem – powiedział powoli. – Musimy zrobić więcej badań.

– On przeżyje? – wyrwało mi się po polsku.

Lekarz patrzył na mnie spokojnie, jakby widział już tysiące takich twarzy.

– Robimy wszystko – odpowiedział.

To „zrobimy wszystko” nie brzmiało jak obietnica. Brzmiało jak procedura. Zadzwoniłam do Polski. Najpierw do mojej siostry, potem do jego matki. W słuchawce słyszałam własny głos, jakby należał do kogoś obcego.

Jest w szpitalu, ale… nie panikuj – mówiłam, chociaż to ja tonęłam.

Wieczorem pozwolono mi wejść na chwilę. W świetle neonów wyglądał inaczej: starszy, bardziej kruchy. Uśmiechnął się, gdy mnie zobaczył, ale w tym uśmiechu było zmęczenie.

– Wybacz – powiedział cicho. – Miałem cię zabrać na rejs, pamiętasz?

– Nie mów tak, jakbyśmy się żegnali – syknęłam, a w gardle stanął mi płacz.

– Nie żegnamy się – odparł. – Tylko… boję się.

To był pierwszy raz, gdy mój mąż przyznał się do strachu. Zawsze udawał, że wszystko ma pod kontrolą, nawet kiedy w domu psuło się wszystko naraz. Teraz patrzył na mnie i próbował być dzielny, choć jego ciało mówiło co innego. W nocy zadzwonili, żebym przyszła. Pamiętam tylko, że biegłam korytarzem, że moje sandały uderzały o podłogę, a potem zobaczyłam grupę ludzi wokół jego łóżka. Nie dopuszczono mnie blisko.

– Proszę poczekać! – ktoś mnie zatrzymał.

Chciałam krzyczeć jego imię, ale głos ugrzązł mi w płucach. Po kilkunastu minutach lekarz podszedł do mnie i powiedział coś, czego na początku nie zrozumiałam. Dopiero gdy powtórzył „Przykro mi”, świat zaczął wirować.

Nie pamiętam naszego powrotu

Wszystko, co działo się potem, pamiętam jak przez wodę. Formularze, pieczątki, rozmowy z konsulem, długie oczekiwanie na dokumenty. W hotelu spakowałam jego rzeczy. Koszulę, którą miał na sylwestra, zwijałam tak ostrożnie, jakby nadal była ciepła od jego ciała. Kiedy odebrałam telefon od jego matki, nie potrafiłam mówić.

– Powiedz mi prawdę – usłyszałam. – On żyje?

– Nie – szepnęłam.

Po drugiej stronie rozległ się dźwięk, który przypominał mi zawodzenie. Nigdy wcześniej nie słyszałam w jej głosie czegoś tak pierwotnego, tak brutalnego. Chciałam ją uspokoić, ale nie miałam czym. Nie miałam słów, nie miałam ratunku, nie miałam Doriana. Transport ciała trwał kilka dni. W tym czasie siedziałam w obcym kraju, gdzie słońce świeciło tak samo jak zawsze, a ludzie wciąż się śmiali. Na ulicy sprzedawano owoce, dzieci biegały, ktoś flirtował w barze. Miałam ochotę potrząsnąć nimi wszystkimi.

– Nie widzicie? – chciałam krzyczeć. – Mój świat się skończył!

W samolocie wracałam sama. Stewardesa spytała, czy wszystko w porządku, a ja skinęłam głową, bo to było łatwiejsze niż tłumaczenie. Wylądowałam w Polsce w środku zimy. Powietrze było ostre, szare, jakby kraj czekał na mnie z chłodem w ramionach. Na lotnisku stała jego rodzina. Matka Doriana podeszła do mnie i uderzyła mnie pięścią w ramię.

Po coście jechali?! – krzyknęła, a potem osunęła się w płacz.

Nie umiałam jej nienawidzić. Widziałam w niej tylko kogoś, komu odebrano syna. Kogoś, kto musiał mieć winnego, bo inaczej rozpękłby od bólu. Przytuliłam ją, choć mnie samej brakowało oddechu. Wieczorem, już w mieszkaniu, zobaczyłam na stole jego niedopitą herbatę sprzed wyjazdu. Nagle dotarło do mnie, że on naprawdę nie wróci. Że te zwyczajne rzeczy staną się relikwiami. Usiadłam na podłodze w przedpokoju i trzymałam jego kurtkę tak długo, aż zniknął zapach lotu, potu, życia.

Nikt nie chciał znać prawdy

Pogrzeb odbył się tydzień po sylwestrze. Wciąż miałam w telefonie zdjęcia z Tajlandii: moje bose stopy w piasku, jego uśmiech, nasz stół przy oceanie. Na cmentarzu trzymałam te obrazy w głowie jak tarczę. Ludzie przychodzili, składali kondolencje, mówili coś o czasie, o tym, że „tak miało być”. Nie cierpiałam tych słów.

W kaplicy usiadłam w pierwszym rzędzie. Trumna była zamknięta, błyszcząca, obca. Patrzyłam na nią i nie potrafiłam zrozumieć, że w środku jest mój mąż. Ten sam, który tydzień wcześniej śmiał się z moich prób mówienia po angielsku. Kiedy ksiądz mówił o życiu, które jest drogą, usłyszałam szept za plecami.

– Pewnie coś zjadł, zaszkodziło mu, taka egzotyka…

Odwróciłam się gwałtownie. To była ciotka Doriana, ta sama, która zawsze komentowała wszystko, jakby musiała mieć odpowiedź.

– To nie było jedzenie – powiedziałam głośno, a kilka osób spojrzało na mnie zaskoczone. – To było serce. On pracował za dużo. Ignorował badania. Zawsze odkładał lekarza na później.

Ciotka spąsowiała.

– Nie rób teraz wykładów – syknęła.

– Teraz jest jedyny moment, kiedy to coś znaczy – odpowiedziałam, czując, jak rośnie we mnie złość. – Wszyscy mówiliście, że jest twardy, że jest facetem, że nie narzeka. Tylko że twardzi ludzie też umierają.

Po pogrzebie podszedł do mnie jego kolega z pracy. Trzymał w dłoni wieniec.

– Przepraszam… – zaczął niepewnie. – Myśmy go cisnęli, żeby brał nadgodziny. On zawsze brał. Mówił, że chce wam zapewnić wszystko.

– Mieliśmy wszystko – powiedziałam cicho. – Mieliśmy siebie. Tylko on w to nie wierzył.

Wieczorem, gdy wszyscy już poszli, zostałam sama nad świeżym grobem. Śnieg skrzypiał pod butami. Dotknęłam zimnego kamienia i dopiero wtedy naprawdę do mnie dotarło, że nie ma już do kogo mówić.

– Obiecałeś, że wrócimy tu razem – powiedziałam, a słowa uleciały w powietrze jak para.

Po wszystkim zostałam ja

Pierwsze dni po pogrzebie były jak życie w cudzym mieszkaniu. Wchodziłam do kuchni i odruchowo chciałam zrobić herbatę dla dwóch osób. Sięgałam po drugi kubek, a potem stawałam z nim w dłoni i nie wiedziałam, co dalej. Ludzie mówili, że powinnam odpocząć, wyjechać, zmienić otoczenie. Nie rozumieli, że ja właśnie wróciłam z miejsca, które miało być ucieczką, a stało się końcem.

Zaczęłam porządkować jego rzeczy. Nie dlatego, że byłam dzielna. Robiłam to, bo nie mogłam znieść bezczynności. W kieszeni jego spodni znalazłam złożoną kartkę. Moje serce przyspieszyło, jakby miało się wydarzyć coś ważnego. Rozłożyłam papier i zobaczyłam listę: „badania krwi”, „kardiolog”, „umówić termin”. Na dole było dopisane: „po powrocie z Tajlandii”.

Usiadłam na podłodze z tą kartką w dłoni. Płakałam inaczej niż wcześniej. To nie był już tylko ból po stracie. To była wściekłość na upór, na odwlekanie, na to, że człowiek potrafi sobie wmówić, że ma czas. Dorian miał zamiar to zrobić. Naprawdę. Tylko nie zdążył. W kolejnych tygodniach ludzie powoli wracali do swoich spraw. Telefony stawały się rzadsze. Ktoś przestawał pytać, jak się trzymam, bo odpowiedź zawsze była podobna. Zrozumiałam, że żałoba jest samotna, nawet gdy wokół jest tłum.

Pewnego dnia wyjęłam zdjęcia z Tajlandii i schowałam je do pudełka. Nie wyrzuciłam. Nie miałam takiej siły. Ułożyłam pudełko na szafie, jakby miało tam czekać na lepszy moment. Później poszłam na cmentarz i usiadłam przy jego grobie, opowiadając mu o rzeczach drobnych: o rachunkach, o tym, że sąsiad z góry znów wiercił w ścianie, o tym, że w sklepie zabrakło jego ulubionej herbaty.

Wracając do domu, pomyślałam, że już nigdy nie będę świętować Nowego Roku tak jak wtedy. Zostanie we mnie obraz fajerwerków nad oceanem i jego uśmiech, który miał być początkiem. Tylko że był końcem. A ja… ja musiałam nauczyć się oddychać w świecie, w którym nie ma jego oddechu.

Nina, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama