Reklama

Nowy Rok zawsze kojarzył mi się z nadzieją, nowym początkiem, chwilą, kiedy można postawić granicę między tym, co było, a tym, co ma dopiero nadejść. Przez trzydzieści lat byłam żoną, matką, gospodynią, kucharką i sprzątaczką. Codziennie zamykałam oczy i mówiłam sobie: Jakoś to będzie. Potem wstawałam i znowu prałam jego koszule, gotowałam jego obiady, sprzątałam jego bałagan. Nigdy nie zapytał, jak się czuję. Nigdy nie podziękował. 1 stycznia 2026 roku, zamiast usiąść do świątecznego obiadu, włożyłam płaszcz i poszłam do sądu. Złożyłam pozew o rozwód.

Noworoczna cisza

Nie było szampana, nie było życzeń. O północy siedzieliśmy osobno. On w fotelu, z pilotem w ręku, oglądał jakiś turniej skoków, a ja w kuchni zmywałam naczynia po kolacji, której nawet nie skomentował. Przez chwilę stałam w progu salonu, trzymając w ręku kieliszek, czekając... może podniesie wzrok, może coś powie. Nawet nie zauważył. Usłyszał wystrzały fajerwerków, wstał, podszedł do okna i mruknął:

– Znowu będą psy sąsiadki wyć przez pół nocy.

Odłożyłam kieliszek na komodę. Nie było sensu. Poszłam do sypialni, wzięłam zeszyt, ten z grubą granatową okładką, w którym czasem spisywałam myśli, i zaczęłam liczyć. Ile razy przez ostatni rok usłyszałam od niego „dziękuję”? Ani razu. „Kocham cię”? Zapomniałam, kiedy to było. „Jak się czujesz?” – raz, w marcu, kiedy miałam gorączkę i musiał iść sam do sklepu.

Zamknęłam zeszyt, wstałam i spojrzałam na siebie w lustrze. Nie młoda, nie stara. Po prostu kobieta, która przez trzy dekady żyła w cieniu mężczyzny, dla którego byłam oczywistością. Podeszłam do szafy, wyciągnęłam z niej swój stary wełniany płaszcz i położyłam go na krześle.

– Gdzie się wybierasz? – zapytał z korytarza, gdy usłyszał skrzypienie drzwi szafy.

– Jutro do sądu – odpowiedziałam spokojnie, nie odwracając głowy.

Nie odpowiedział. Jakby nie dosłyszał. Albo nie chciał.

Trzy dekady milczenia

Poznaliśmy się na weselu mojej kuzynki. Był cichy, opanowany, z tym swoim pewnym siebie uśmiechem. Miałam dwadzieścia dwa lata i myślałam, że spokój to stabilność, a stabilność to miłość. Przez pierwszy rok było nawet dobrze. Potem stopniowo wszystko cichło. Przestał pytać, co lubię, co mnie cieszy. Oczekiwał ciepłego obiadu, czystych koszul i żeby nie przeszkadzać, kiedy wraca zmęczony z pracy.

– Ty nie wiesz, jak to jest, harować osiem godzin – powtarzał, kiedy próbowałam wspomnieć, że opieka nad trójką dzieci to też nie urlop.

Z każdym rokiem stawałam się bardziej niewidzialna. Nie miał pretensji, nie podnosił głosu. On po prostu mnie nie zauważał. Kiedy dzieci były małe, nie było czasu na myślenie. Kiedy dorosły i się wyprowadziły, dom zrobił się cichy. On jeszcze bardziej zamknięty w sobie, ja jeszcze bardziej samotna. Tylko obowiązki się nie zmieniły.

– Pralkę znowu trzeba oczyścić, coś tam nie działa – mówił bez spojrzenia, odruchowo, jakby to była moja część ciała, a nie maszyna.

Zawsze mówił trzeba, warto by, przydałoby się, ale nigdy zróbmy. Jakbyśmy mieszkali razem, ale osobno. Kiedy zachorowała moja mama, pojechałam do niej na tydzień. Nie zadzwonił ani razu. Po powrocie zapytał tylko:

– A zupę pomidorową to kiedy zrobisz?

Patrzyłam na niego, próbując znaleźć choć cień tego chłopaka z wesela. Nic. Jakbym patrzyła na kogoś obcego.

Samotność przy pomidorowej

Starałam się przez lata. Gotowałam tak, jak lubił. Pomidorowa z ryżem, schabowy cienko rozbity, ogórki małosolne domowej roboty. Czasem zostawiał pusty talerz i nawet nie rzucił słowa. Kiedyś zapytałam:

– Smakowało ci?

Wzruszył ramionami.

Normalne jedzenie, jak zawsze.

Nie wiedział, ile razy sprawdzałam przepisy, by było idealnie. Nie widział, że gotowanie to była moja jedyna próba, by coś jeszcze nas łączyło. Pewnego dnia, w listopadzie, poszłam na spacer po osiedlu. Mijałam sąsiadkę, młodszą o kilka lat. Jej mąż wybiegał z domu z parasolem, bo zaczęło padać.

– Masz, żebyś nie zmokła! – zawołał, a ona się zaśmiała i cmoknęła go w policzek.

Stałam pod drzewem i patrzyłam, jak odchodzą razem, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie – troska. A ja? Wróciłam do domu i usłyszałam:

– Znowu coś pada. Dach przecieka, trzeba będzie wezwać kogoś. Zrobisz herbatę?

Zrobiłam. Postawiłam filiżankę obok jego gazety i poszłam do łazienki. Zamknęłam się tam na pół godziny. Nie płakałam. Po prostu siedziałam w ciszy. Przez ścianę słyszałam, jak stuka łyżeczką o kubek. Później, wieczorem, powiedział:

– Taka pomidorowa jak dzisiaj to powinna być częściej. Dobra była.

I choć to był pierwszy komplement od lat, nie poczułam nic. Bo był za późno. Nie można podlewać uschniętego drzewa i liczyć, że zakwitnie.

Rozmowa przy drzwiach

Drugiego stycznia wstałam wcześniej niż zwykle. Umyłam się, ubrałam w szarą sukienkę i płaszcz. Bez śniadania. Cisza w domu była gęsta, nieprzyjemna. On jeszcze spał. Przeszłam przez korytarz, zatrzymałam się przy drzwiach. Założyłam buty. Wtedy usłyszałam jego kroki.

Gdzie ty się wybierasz? – zapytał zaspanym głosem.

Odwróciłam się, spojrzałam mu prosto w oczy.

– Do sądu.

Uniósł brwi, zmrużył oczy.

– Sąd? Teraz?

– Tak. Składam pozew o rozwód.

Zamarł. W pierwszej chwili myślałam, że zaraz wybuchnie śmiechem albo zlekceważy, jak wszystko. Ale milczał. Po chwili podszedł bliżej.

Przecież nic się nie stało.

Pokręciłam głową.

– Stało się. Trzydzieści lat stało się. Trzydzieści lat samotności, milczenia i bycia przezroczystą. Może dla ciebie to nic, ale dla mnie to całe życie.

Przez chwilę wyglądał na zdezorientowanego. Jakby pierwszy raz w ogóle zobaczył, że coś między nami jest nie tak.

– Przesadzasz – rzucił w końcu. – Każdy ma jakieś problemy.

– To nie są problemy – powiedziałam cicho. – To brak miłości, szacunku, czułości. Brak mnie w twoim życiu.

Stał jeszcze chwilę, po czym bez słowa wrócił do sypialni. A ja otworzyłam drzwi i wyszłam. Powietrze było chłodne, ale świeże. Na ulicy nie było nikogo. Wsiadłam do autobusu i patrzyłam przez okno. Nikt mnie nie zatrzymał.

Podpis i ulga

Sąd był pusty, tylko jedna starsza kobieta w czerwonym szaliku siedziała pod ścianą i trzymała w dłoniach teczkę. Spojrzała na mnie, uśmiechnęła się lekko. Może widziała w mojej twarzy coś znajomego. Poszłam do okienka, podałam dokumenty. Urzędniczka nie podniosła nawet wzroku, tylko odczytała nazwisko i pokiwała głową.

– Dobrze. Proszę podpisać tutaj i tutaj.

Pióro zadrżało mi w ręku. Przez chwilę myślałam, że się cofnę. Że może jeszcze wrócę do domu, ugotuję rosół, a on powie coś miłego i wszystko się zmieni. Ale przecież wiedziałam, że się nie zmieni. Nagle poczułam coś dziwnego – nie strach, nie żal, tylko spokój. Cichy, mocny spokój. Podpisałam.

Wyszłam z budynku i przez chwilę stałam na schodach. Ludzie gdzieś biegli, ktoś jadł drożdżówkę, jakaś para kłóciła się o coś przy przystanku. Świat biegł dalej. A ja poczułam się lżejsza. Jakby z ramion spadł mi ciężar, którego nawet nie zauważałam przez lata. Po południu zadzwoniłam do córki. Nie od razu, musiałam chwilę posiedzieć w ciszy.

– Mamo? – usłyszałam jej zaskoczony głos. – Wszystko w porządku?

– Tak – odpowiedziałam spokojnie. – Złożyłam dziś pozew o rozwód.

Zamilkła.

– Czekałam na ten telefon od dziesięciu lat – powiedziała w końcu. – Jestem z ciebie dumna.

Nie płakałam. Uśmiechnęłam się do siebie. Wreszcie ktoś to powiedział.

Nowy początek, bez niego

Wróciłam do domu późnym popołudniem. Drzwi były zamknięte, a w kuchni unosił się zapach smażonych jajek. On nie zapytał, gdzie byłam. Nie patrzył na mnie. Siedział przy stole, jakby nic się nie wydarzyło. Wzięłam z szafy walizkę i zaczęłam pakować ubrania. Nie dlatego, że kazał mi wyjść. Po prostu wiedziałam, że już nie chcę tu być.

– Gdzie ty się z tym wszystkim wybierasz? – zapytał po chwili, stojąc w drzwiach sypialni.

– Do siebie. Do życia, w którym jestem kimś więcej niż gospodynią.

Pokręcił głową, jakby nie wierzył. Jakby to wszystko było jakimś nieporozumieniem, które zaraz minie.

– Przeszło ci coś przez głowę. Przecież mamy swoje lata.

– Właśnie dlatego – odpowiedziałam. – Ile mi jeszcze zostało? Nie chcę tego marnować.

Wyszłam z domu bez krzyków, bez dramatów. Wzięłam taksówkę do wynajętego mieszkania na drugim końcu miasta. Małe, z kuchnią połączoną z pokojem i balkonem, na którym stały dwie puste doniczki. Patrzyłam na nie przez chwilę, po czym poszłam do sklepu i kupiłam ziemię, nasiona i małą konewkę.

Wieczorem usiadłam na kanapie z kubkiem herbaty. Cisza była inna. Nie bolała. Była moją ciszą, spokojem, przestrzenią. Już nie musiałam czekać na dziękuję, kocham cię, jak się czujesz. Sama sobie to powiem. I w końcu, po tylu latach, uwierzę.

Zofia, 56 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama