Reklama

Czasem, kiedy wieczorem siadałam na kanapie, czułam, jakby wszystko mnie bolało – nie tylko ciało, ale i dusza. Od ponad trzydziestu lat byłam tą, która zawsze musiała – zrobić zakupy, ugotować obiad, wyprać, posprzątać, pomóc dzieciom w lekcjach, utulić do snu, potem pogodzić wszystkich, kiedy w domu wybuchały kłótnie. Mąż wracał z pracy i od razu siadał przed telewizorem, dzieci nie zauważały mojej pracy, a ja sama zapomniałam, kiedy ostatnio ktoś podziękował mi za to, co robię. Wszystko było oczywiste, niewidzialne. Byłam dla nich jak powietrze – niezbędna, ale niewidoczna.

Wszystkie obowiązki moje

Rano budziłam się pierwsza. Jeszcze zanim zadzwonił budzik, miałam już w głowie listę rzeczy do zrobienia. Przekradałam się do kuchni na palcach, żeby nikogo nie obudzić – kawa dla męża, kanapki do szkoły dla dzieci, potem szybkie ogarnięcie łazienki, bo przecież rano każdy się spieszy, a ja nie chciałam, żeby narzekali, że coś jest nie tak. Byłam jak cień w tym domu, wykonujący wszystkie zadania z wyuczoną precyzją. Mąż schodził po chwili na dół, rozczochrany, z miną, jakby świat był mu coś winien.

– Gdzie moje klucze? – burknął z kuchni, przeszukując szufladę.

– W twojej kurtce, jak zawsze – odpowiedziałam cicho.

Nawet nie spojrzał na mnie. Siadł przy stole i przewijał wiadomości na telefonie. Dzieci zbiegały ze schodów, nawet się ze mną nie witały, tylko wyciągały ręce po kanapki. Czasem próbowałam coś powiedzieć, zapytać, jak się spało, ale nie słuchały. Jakby mówiła do nich ściana.

– Nie ma musli?! – jęknęła młodsza córka, patrząc w pustą szafkę.

– Skończyło się, dzisiaj mogę kupić – tłumaczyłam się.

– No świetnie… – westchnęła, kręcąc głową.

Zawsze miałam być niezawodna. Wszystko, co zrobiłam dobrze, było przezroczyste. Gdy raz coś zawiodło – od razu widziałam ich niezadowolenie. Tak wyglądał każdy mój dzień. I coraz trudniej było mi znaleźć w tym sens.

Gorzki smak poświęcenia

Były dni, gdy naprawdę starałam się nie narzekać. Wmawiałam sobie, że przecież tak wygląda życie każdej matki, żony. Po południu biegłam z pracy do domu, byle szybciej ugotować obiad, zanim dzieci wrócą ze szkoły. Mąż wracał godzinę później i nawet nie pytał, jak mi minął dzień. Siadał do stołu, rzucał przelotne spojrzenie na talerz i zaczynał jeść, nawet nie czekając na resztę rodziny. Czasem chciałam porozmawiać, powiedzieć coś więcej niż „zupa stygnie”, ale on tylko wzdychał i patrzył na telewizor.

– Możesz ściszyć ten serial? – prosiłam.

– Przecież zaraz skończę jeść – odburknął, nie odrywając wzroku od ekranu.

Po kolacji zbierałam naczynia, dzieci rozchodziły się do swoich pokoi, a ja zostawałam sama w kuchni. Mycie garów, wytarcie stołu, szybki rzut oka na kalendarz – zakupy, zebranie w szkole, sprzątanie piwnicy. Nikt nie pytał, czy dam radę. Nawet nie przyszło im do głowy, żeby pomóc.

Czasem wieczorem, kiedy wszystko już było zrobione, siadałam w łazience na zamkniętej klapie sedesu i po prostu płakałam po cichu. Żeby nikt nie widział, nikt nie słyszał. Bałam się tylko, że pewnego dnia zabraknie mi sił, żeby wstać rano i zacząć od nowa.

Nie mogę mieć potrzeb

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ktoś zapytał, czego ja chcę. Wszystko zawsze musiało być „pod rodzinę”. W weekendy mąż decydował, czy jedziemy do jego matki na obiad, czy może na działkę. Nigdy nie pytał mnie o zdanie. Dzieci wolały swoje sprawy – starszy syn grał w gry komputerowe, córka ciągle pisała z koleżankami. Moje prośby schodziły na dalszy plan.

– Może pójdziemy razem na spacer? – zaproponowałam któregoś sobotniego popołudnia.

– Teraz? Mama, serio? – westchnął syn, nawet nie podnosząc wzroku znad ekranu.

– Ja się muszę pouczyć, mamo – rzuciła córka i zamknęła się w pokoju.

Spojrzałam na męża z nadzieją, ale on tylko wzruszył ramionami.

– Nie widzisz, że pada? Daj spokój, kobieto.

Czasem miałam wrażenie, że jestem im potrzebna tylko do obsługiwania ich wszystkich. Nawet gdy chorowałam, nie mogłam sobie pozwolić na chwilę słabości.

– Mama, gdzie są czyste koszulki? – krzyczała córka z łazienki.

– W szafce, tam gdzie zawsze – odpowiadałam słabo, leżąc z gorączką.

– A śniadanie? – dopytywał syn.

Mąż nawet nie zajrzał do sypialni, tylko rzucił z przedpokoju:

Weź coś sobie, jak ci niedobrze.

Poczułam się wtedy, jakby mnie nie było. Jakbym już przestała się liczyć nawet dla samej siebie.

Wtedy naprawdę zniknęłam

Ten dzień niczym się nie wyróżniał, a jednak zapamiętałam go aż za dobrze. Od rana wszystko szło nie tak. Zupa wykipiała, pralka stanęła w połowie prania, a ja już na starcie czułam zmęczenie cięższe niż zwykle. Mąż wrócił wcześniej z pracy i od progu zaczął narzekać.

– Co tu tak śmierdzi? – skrzywił się, zdejmując buty.

– Zupa się przypaliła, zrobię drugą – odpowiedziałam spokojnie.

– Zawsze coś – mruknął. – Człowiek wraca głodny, a tu taki widok.

Wtedy coś we mnie drgnęło, chociaż jeszcze się nie odezwałam. Dzieci zeszły do kuchni i od razu zaczęły swoje.

– Nie ma obiadu? – zapytał syn z pretensją.

– Zaraz będzie – powiedziałam, starając się nie podnosić głosu.

– Zawsze „zaraz” – rzuciła córka i przewróciła oczami.

Stałam przy blacie i kroiłam warzywa, a ręce mi się trzęsły. Nagle dotarło do mnie, że nikt nawet nie zauważył, że ja też tu jestem. Że jestem zmęczona, głodna, przytłoczona. Byłam tylko funkcją, nie człowiekiem.

– Moglibyście mi choć raz pomóc – powiedziałam cicho.

Zapadła cisza. Mąż parsknął śmiechem.

– Przesadzasz. Robisz z igły widły – stwierdził.

Wtedy poczułam, że coś się kończy. Nie krzyknęłam. Po prostu po raz pierwszy od lat przestałam się starać.

Myślałam, co z tym zrobić

Przez kilka kolejnych dni w domu było dziwnie cicho. Nie dlatego, że ktoś się nade mną zastanawiał, tylko dlatego, że przestałam przypominać, prosić i wyręczać. Robiłam tylko to, co musiałam. Nic więcej. Gdy mąż zapytał o kolację, spojrzałam na niego spokojnie.

– Dzisiaj nie gotowałam – powiedziałam bez emocji.

– Jak to nie? – zdziwił się. – To co mamy jeść?

– Nie wiem. Możesz coś zamówić albo zrobić – odpowiedziałam.

Patrzył na mnie, jakbym mówiła w obcym języku. Dzieci też szybko zauważyły zmianę.

– Mamo, nie ma wyprasowanych spodni – rzucił syn.

– Są tam, gdzie je zostawiłeś – odparłam.

– Ale są pogniecione…

– To je wyprasuj.

Czułam strach, ale też ulgę. Jakbym po raz pierwszy od lat oddychała pełną piersią. Nikt nie klaskał, nikt nie dziękował. Zamiast tego pojawiły się pretensje i obrażone miny.

– Co się z tobą dzieje? – zapytał mąż wieczorem.

– Zmęczyłam się – odpowiedziałam. – Przez dwadzieścia lat byłam dla was wszystkim. Teraz chcę być kimś także dla siebie.

Nie zrozumiał. Widziałam to w jego oczach. Ale ja już nie miałam zamiaru się cofać, nawet jeśli oznaczało to samotność.

Niech wezmą się do roboty

Na początku czuli się jakby obrażeni, jakby to ja zrobiła im coś złego. Przez kilka tygodni w domu panowała dziwna atmosfera. Mąż coraz częściej chodził rozdrażniony, dzieci przestały prosić mnie o drobiazgi, próbowały radzić sobie same, choć z trudem. Przestałam przypominać, prać ich ulubione koszulki na czas, gonić do apteki po ich lekarstwa czy czekać z obiadem aż wszyscy łaskawie zasiądą do stołu.

Było mi przykro, bo nagle zobaczyłam, jak bardzo byli do mnie przyzwyczajeni, jakby ich wygoda była moim obowiązkiem. Czułam żal, a czasem nawet poczucie winy – przecież byłam tą „dobrą duszą” przez tyle lat.

Ale w tym chaosie odkryłam, że mogę zadbać o siebie. Poszłam na spacer sama, pierwszy raz od lat. Zaczęłam czytać książki, na które nigdy nie miałam czasu, zapisałam się na jogę. Z początku czułam się winna, że pozwalam sobie na drobne przyjemności, ale z każdym dniem było mi lżej. Może nigdy nie usłyszę od nich podziękowania, może nigdy nie docenią tego, co robiłam – jednak przestałam żyć tylko dla innych. Nie wiem, czy rodzina nauczy się doceniać, ile dla nich znaczyłam. Ale wiem, że ja odzyskałam siebie. A to, po trzydziestu latach, było warte każdej łzy.

Renata, 54 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama