Reklama

Nie uważam się za znawcę kobiet, chociaż czasami chciałbym umieć przewidywać ich reakcje czy potrzeby. Szczerze mówiąc, od kiedy zacząłem się spotykać z Olą, codziennie przekonuję się, jak daleko mi do tego, by zasłużyć na taki tytuł. Zbliżały się walentynki i bardzo chciałem zrobić na niej wrażenie, zaplanować coś wyjątkowego, co na długo zostanie w jej pamięci. Niestety, nie miałem pojęcia, że własnymi rękami niemal wszystko schrzanię.

Mój plan miał być prosty: kolacja, drobny prezent i spacer po mieście. Nie przewidziałem jednak, że drobiazgi, które wydają się nie mieć znaczenia, mogą zepsuć atmosferę i wpędzić mnie w poważne tarapaty. Gdyby nie pomoc Bartka, mojego kumpla od dzieciaka, ten wieczór mógłby się zakończyć zupełną katastrofą dla mojego związku. Jednak zanim do tego doszło, musiałem przeżyć najbardziej nerwowe walentynki w swoim życiu.

Spojrzała na mnie z lekkim wyrzutem

Wiedziałem, że Ola nie lubi przesadnych romantyczności. Dla niej walentynki mogłyby nie istnieć, o czym wielokrotnie wspominała, kiedy przypadkiem mijała w sklepie półki pełne różowych serduszek. Mimo to bardzo chciałem, żeby ten wieczór był choć trochę wyjątkowy. Przez kilka dni głowiłem się, co zrobić, żeby było inaczej niż zwykle, a jednocześnie nie przesadzić. W końcu zdecydowałem się na kolację w restauracji, o której Ola kiedyś wspomniała, że „może kiedyś warto by tam pójść”. Zarezerwowałem stolik i uznałem, że już połowa sukcesu za mną.

Przez chwilę myślałem o kwiatach, ale miałem wrażenie, że to zbyt banalne. Wybór prezentu okazał się najtrudniejszy. Po długim namyśle wybrałem bransoletkę z grawerem „Zawsze razem”. Teraz, z perspektywy czasu, wiem, że to był pierwszy zły ruch. Gdy zapakowałem ją w pudełko i schowałem do kieszeni kurtki, byłem przekonany, że wszystko jest pod kontrolą.

Tymczasem wieczór zaczął się od drobnego spięcia. Ola spóźniła się dziesięć minut, a ja, zamiast przywitać ją z uśmiechem, nerwowo zerkałem na zegarek.

— Już jesteś… — rzuciłem bez przekonania.

Ola spojrzała na mnie z lekkim wyrzutem.

Przepraszam, korki były. Jesteśmy tu razem, to się liczy, prawda?

Poczułem, że atmosfera od początku jest dziwna.

Zrobiło mi się gorąco

Usiedliśmy przy stoliku pod oknem, w miejscu, które teoretycznie powinno być romantyczne. Tylko że przez szybę padało światło z migającego, rażącego neonu sklepu obok. Ola patrzyła na mnie wyczekująco, jakby chciała, żebym powiedział coś śmiesznego albo przynajmniej ciekawego. Ja zaś, kompletnie spięty, zastanawiałem się, kiedy najlepiej wręczyć jej ten nieszczęsny prezent. Zamiast zwykłej rozmowy, zapanowało niezręczne milczenie, które przerywały tylko kelnerki pytające, czy chcemy coś jeszcze zamówić.

— Fajnie, że tu jesteśmy, dzięki za zaproszenie — odezwała się Ola, ale jej uśmiech wydawał się wymuszony.

— Myślałem, że może ci się spodoba — wyjąkałem, a ona przytaknęła z grzeczności.

Jedzenie przyszło szybciej niż się spodziewałem. Nagle poczułem, że muszę już teraz wyciągnąć pudełko z kieszeni, żeby mieć to z głowy. Wsunąłem jej w dłonie upominek.

— Dla ciebie, z okazji… no, walentynek — powiedziałem, nie patrząc jej w oczy.

Ola otworzyła pudełko, uniosła brwi i milczała przez dłuższą chwilę.

— Bransoletka z napisem „Zawsze razem”? — spytała cicho. — No nie wiem, czy to nie za poważnie, jak na nasz wspólny czwarty miesiąc...

Zrobiło mi się gorąco.

Nic nie działało

Ola odłożyła bransoletkę z powrotem do pudełka, a ja miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Chciałem dobrze, a wyszło jak zawsze. Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało. Czułem, że jej milczenie mówi więcej niż tysiąc słów. Zacząłem w myślach analizować, czy naprawdę aż tak przestrzeliłem z tym napisem. Może gdybym wybrał coś mniej zobowiązującego?

— Nie chciałem, żebyś poczuła się nieswojo — odezwałem się w końcu, nerwowo mieszając herbatę.

— Nie, to nie tak… Po prostu zaskoczyłeś mnie — odpowiedziała, próbując się uśmiechnąć, ale wyglądało to trochę smutno.

Od tej chwili wszystko, co mówiłem, brzmiało jak seria nieudanych żartów albo niepotrzebnych tłumaczeń. Starałem się ratować sytuację, więc przeszedłem na tematy codzienne, pogody, pracy, nawet zapytałem o jej kota, który nie znosi obcych. Nic nie działało. Ola odpowiadała półsłówkami, a ja czułem narastającą frustrację.

— Może przejdziemy się na spacer? — zaproponowałem, chcąc wyrwać nas z tej matni.

— W sumie… czemu nie — zgodziła się bez entuzjazmu.

Wyszliśmy na chłodne, lutowe powietrze. Cisza była coraz bardziej przytłaczająca. Zacząłem podejrzewać, że wszystko jest już nie do odratowania.

Uśmiechnęła się szczerze

Szliśmy obok siebie w stronę rynku, a ja miałem wrażenie, że idziemy jak dwoje ludzi, którzy już dawno przestali być parą. Ola co chwilę poprawiała włosy i chowała dłonie w kieszeniach płaszcza, jakby sama nie wiedziała, co zrobić z tym napięciem. Ja z kolei czułem, że każdy mój krok jest coraz cięższy, bo w głowie dudniło mi jedno pytanie: jak można tak zepsuć walentynki?

Nagle usłyszałem znajomy głos:

— Ej, Rafał! Ty tu?! — Bartek wyskoczył jak spod ziemi, z reklamówką w ręku, jakby właśnie wracał z jakiejś misji ratunkowej.

Spojrzałem na niego z ulgą, której nawet nie próbowałem ukryć.

— Cześć… no, wyszliśmy na spacer — odpowiedziałem, a Ola tylko skinęła głową.

Bartek od razu wyczuł atmosferę. Zmierzył mnie wzrokiem, potem Olę, i uśmiechnął się w taki sposób, jakby wiedział wszystko.

— Okej, czyli romantycznie, widzę — rzucił lekko. — Słuchajcie, tam za rogiem jest taka kawiarnia, robią genialną gorącą czekoladę. Wpadniecie? Ja stawiam.

Ola pierwszy raz tego wieczoru uśmiechnęła się szczerze.

Właściwie... chętnie.

W kawiarni Bartek gadał jak nakręcony. Opowiadał historię o tym, jak pomylił prezenty i dał swojej dziewczynie skarpetki z reniferem na urodziny. Ola zaczęła się śmiać, a ja poczułem, że wreszcie wraca między nami oddech.

Zostaliśmy z Olą sami

Atmosfera w kawiarni zmieniła się nie do poznania. Bartek po mistrzowsku potrafił rozładować napięcie i, nieświadomie wyciągnął mnie z impasu. Z każdą kolejną anegdotą o nieudolnych randkach czy wtopach z prezentami, Ola rozluźniała się bardziej, a ja przestałem analizować każde swoje słowo. W końcu włączyłem się do rozmowy, choć początkowo miałem wrażenie, że jestem tylko tłem.

Bartek opowiadał o tym, jak próbował ugotować kolację dla swojej dziewczyny i zamiast romantycznego wieczoru skończyło się na zamawianiu pizzy. Ola spojrzała wtedy na mnie i powiedziała:

— Wiesz, chyba nie tylko ty masz pecha do takich akcji.

Uśmiechnąłem się, czując, że wracamy na właściwe tory. Bartek pożegnał się po godzinie, rzucając nam jeszcze porozumiewawcze spojrzenie. Zostaliśmy z Olą sami, już bez tej krępującej ciszy. Zamówiliśmy jeszcze jedną czekoladę. Ola sama wzięła moją dłoń pod stolikiem.

— Słuchaj, ta bransoletka… może i za poważna, ale chyba nie chcę jej oddawać — powiedziała cicho.

Poczułem ulgę tak wielką, że aż rozbolał mnie brzuch. Wreszcie mogliśmy się śmiać z własnych nieporozumień. Ten wieczór miał być inny, niż planowałem, i taki właśnie był.

Pocałowałem ją w czoło

Wieczór skończyliśmy spacerem w stronę przystanku. Padał delikatny śnieg, a miasto wreszcie wydało mi się przyjazne — nie jak pole minowe, na którym każdy krok grozi katastrofą. Ola szła blisko mnie, a jej ramię dotykało mojego. Przez chwilę nie mówiliśmy nic, oboje chyba układając sobie w głowie to, co się wydarzyło. Czułem wdzięczność do Bartka, bo bez niego nie wiem, czy potrafilibyśmy się jeszcze przełamać. Zrozumiałem wtedy, jak bardzo przeceniłem znaczenie „idealnego” planu i jak łatwo można się w tym pogubić, zapominając, że najważniejsza jest druga osoba, a nie prezent, kolacja czy zaplanowany scenariusz.

Ola nagle zatrzymała się na środku chodnika, odwróciła się do mnie i uśmiechnęła.

— Wiesz, wolę takie niezręczne walentynki niż sztuczne fajerwerki.

Pocałowałem ją w czoło, śmiejąc się z własnej nieporadności. Wtedy już wiedziałem, że nie muszę być znawcą kobiet, by być z nią szczęśliwy. Wystarczyło odpuścić, nie próbować za wszelką cenę być „idealnym”, tylko po prostu być sobą. Do domu wracałem lekki, jakbym zgubił plecak pełen niepewności. W głowie kołatała mi tylko jedna myśl — czasem to, co wydaje się końcem, może być początkiem czegoś lepszego.

Rafał, 28 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama