„Nigdy nie myślałam, że w Dniu Babci wnuki potraktują mnie tak okrutnie. Zamiast dać kwiaty, odebrali mi godność”
„Weszłam do sypialni i otworzyłam szufladę z dokumentami. Tam zawsze trzymałam wszystkie moje oszczędności – kilka stówek w kopercie na czarną godzinę. Pieniądze były... a raczej – ich nie było. Zrobiło mi się słabo. Stałam chwilę, próbując nie panikować”.

- Redakcja
Nie jestem typem babci, która siedzi tylko w fotelu i dzierga na drutach. Lubię życie, lubię ludzi, a najbardziej lubię moje wnuki. Odkąd zostałam sama, to właśnie one dawały mi najwięcej radości. Dlatego Dzień Babci zawsze był dla mnie wyjątkowy – nie przez prezenty, tylko przez ich obecność, uśmiechy, wspólne rozmowy.
W tym roku też się cieszyłam, chociaż coś we mnie szeptało, że to nie będzie jak dawniej. Nie sądziłam jednak, że ten dzień zapisze się w mojej pamięci nie słodyczą, a goryczą. I że po raz pierwszy w życiu poczuję się niepotrzebna. Pozbawiona godności. I że zostanę z tym wszystkim sama.
Byłam taka szczęśliwa
– No i co, gotowa na swoje święto? – zapytała sąsiadka, kiedy mijałyśmy się rano na klatce.
– Zawsze – uśmiechnęłam się. – Wnuki już zapowiedziały się na kawę.
To miało być moje małe święto. Od tygodnia piekłam, gotowałam, wszystko po to, żeby im sprawić radość. Wiem, że mają swoje życia, swoje sprawy, ale przecież ja już nie mam nikogo innego. Tylko ich. Trójka wnucząt – Ola, Filip i Damian – dzieci mojej córki, która wyjechała do Niemiec i jakoś nigdy nie miała czasu, żeby do mnie przyjechać.
Kiedy zadzwonili, że przyjdą razem, prawie się popłakałam. Upiekłam sernik, zrobiłam ich ulubione naleśniki z białym serem i wanilią. Z lodówki wyjęłam sok malinowy, domowy. O szesnastej byli już u mnie. Wpadli z hukiem, śmiejąc się i rzucając kurtki na krzesła. Ola nawet przytuliła mnie mocno. Zrobiło mi się ciepło na sercu.
– Babciu, ale pachnie! – krzyknął Damian. – Robisz najlepszy sernik na świecie!
Byłam szczęśliwa, przez chwilę. Nie przeczuwałam, że ten dzień skończy się łzami i policzkiem wymierzonym w moje serce.
Coś było nie tak
– A pamiętasz, babciu, jak kiedyś dziadek przebrał się za Mikołaja? – śmiała się Ola, pałaszując naleśnika. – Miałam wtedy chyba sześć lat!
– A Filip cię wtedy wystraszył, że to prawdziwy Mikołaj i że da ci rózgę – dodałam z uśmiechem. – A ty uciekłaś do łazienki i płakałaś przez godzinę!
Rozmowy płynęły lekko, śmiechu było dużo, może nawet za dużo. Damian, który zazwyczaj był najcichszy, też się rozgadał. Wydawało mi się, że w końcu znów jesteśmy rodziną, jak dawniej. Gdy ich mama jeszcze przyjeżdżała w święta, gdy graliśmy w karty i nikt nie zaglądał co chwilę w telefon.
W pewnym momencie Ola spojrzała na zegarek.
– Babciu, a masz może jakiś stary telefon? Potrzebuję drugiego numeru do pracy dorywczej.
– Może i mam, w szufladzie, zaraz poszukam – odpowiedziałam, podnosząc się z krzesła.
Weszłam do sypialni, otworzyłam szufladę z dokumentami. Tam zawsze trzymałam drobne oszczędności – kilka stówek na czarną godzinę. Pieniądze były... a raczej – ich nie było. Zrobiło mi się słabo. Stałam chwilę, próbując nie panikować.
– Babciu, wszystko okej? – zawołał Filip.
– Tak... zaraz wrócę – skłamałam.
Coś było nie tak. Bardzo nie tak.
Chciałam im wierzyć
Wróciłam do kuchni, próbując się uśmiechnąć, choć w środku wszystko mi drżało. Usiadłam i wzięłam łyk zimnej już herbaty. Pieniądze zawsze trzymałam w tej samej kopercie, między książeczką zdrowia a paszportem. Tysiąc dwieście złotych, na rachunki, na leki. Na życie. A teraz zniknęły.
– Nie mogę znaleźć tego starego telefonu – powiedziałam, patrząc prosto na Olę. – Chyba jednak go oddałam komuś, już nie pamiętam.
– Nic nie szkodzi – rzuciła. – Damian ma jeden stary, to mi da.
Chciałam im wierzyć. Chciałam. Do końca tej wizyty jeszcze się łudziłam. Przynieśli mi w końcu kwiaty, zjedli wszystko z apetytem, śmiali się, rozmawiali. Jak dzieci, które kochają swoją babcię. Jak wnuki, które przyszły z potrzeby serca. A potem... potem podnieśli się z kanapy i zaczęli się zbierać.
– Dziękujemy, babciu – powiedział Filip. – Super było, jak zawsze.
Odprowadziłam ich do drzwi, ucałowałam w policzki, machałam z progu. Kiedy zamknęłam drzwi, oparłam się o nie i osunęłam na podłogę. Łzy popłynęły same. Nagle przypomniałam sobie, jak Filip poszedł sam do łazienki. Jak Ola została chwilę sama w moim pokoju, „szukając ładowarki”. Nie... przecież nie mogli. Prawda?
Chciałam znać prawdę
Całą noc przewracałam się z boku na bok. Nie spałam prawie wcale. Może zgubiłam tę kopertę? Może wypłaciłam i wydałam, tylko zapomniałam? Zawsze byłam zorganizowana, ale przecież mam już swoje lata. Może to po prostu ja zawiniłam... Następnego dnia przeszukałam cały dom. Szuflady, szafki, poduszki, książki. Nic. Koperty nie było. A potem zobaczyłam, że w kredensie brakuje też srebrnego łańcuszka – jedynej pamiątki po moim mężu.
Zadzwoniłam do Oli.
– Babciu, wszystko w porządku? – odebrała pogodnie.
– Nie wiem, dziecko. Coś się u mnie nie zgadza. Miałam trochę pieniędzy w kopercie i... zniknęły. I łańcuszek, pamiętasz? Taki srebrny, po dziadku.
Po drugiej stronie nastała cisza.
– Może źle schowałaś? Albo ktoś wziął? – zapytała po chwili niepewnie.
– Ola, nikogo nie było. Tylko wy.
Zawahała się.
– To nie fair, że tak mówisz... Przyszliśmy z życzeniami, a ty teraz...
– Nie oskarżam – powiedziałam cicho. – Ja tylko pytam. Może coś widzieliście? Może ktoś wszedł, kiedy ja byłam w pokoju?
– Nic nie widziałam – rzuciła i się rozłączyła.
Patrzyłam w ekran z niedowierzaniem.
Serce mi pękło
Przez kolejne dni nie miałam od nich żadnego kontaktu. Nie zadzwonili, nie przyszli. Nawet nie odpisali na moje wiadomości. Jednak najbardziej bolało to, że nie byłam już pewna, co było prawdziwe – ich miłość czy tylko fasada dla czegoś, co chcieli mi zabrać. Na targu spotkałam sąsiadkę.
– Widziałam twoją wnuczkę w lombardzie przy dworcu – powiedziała cicho, jakby się wstydziła. – Nie wtrącam się, ale... miała w ręku srebrny łańcuszek. Chyba taki, jak ty nosiłaś.
Zrobiło mi się niedobrze. Nie chciałam wierzyć. Przez kilka godzin chodziłam jak w malignie. Po południu ubrałam płaszcz i pojechałam do lombardu. Poprosiłam o pokazanie srebrnych łańcuszków. Zobaczyłam go od razu.
– To moja własność – powiedziałam. – Pamiątka po mężu.
– Dziewczyna go tu zostawiła, mówiła, że na chwilę, że odda pieniądze w poniedziałek – mruknął właściciel. – Pokazała dowód. Wnuczka?
Pokiwałam głową.
– Tak.
Serce mi pękło. Nawet nie chodziło już o łańcuszek. Chodziło o to, że nic z tamtej miłości, którą do mnie czuli, nie było prawdziwe. Tylko interes.
To nie są już moje wnuki
Odzyskałam łańcuszek. Oddałam pieniądze, które Ola dostała w zamian. Było mi wszystko jedno, że pożyczyłam od sąsiadki. Nie mogłam pozwolić, żeby coś po moim mężu leżało w szklanej gablocie między starymi zegarkami a używanymi telefonami. Nie odezwali się do dziś.
Nie zadzwonili, nie przyszli, nie wytłumaczyli się. Chociaż dobrze wiedzieli, że wiem. Być może im wstyd, może im głupio, a może po prostu uznali, że nic się nie stało. Że babcia swoje już przeżyła i nie trzeba się z nią liczyć. Że można jej coś zabrać, bo i tak nie zrobi afery. Nie zrobiłam, nikogo nie zawiadomiłam, choć przecież mogłam.
Zamiast tego spaliłam zdjęcia, które stały na komodzie. Te z przedszkola, z wakacji, z komunii. Nie chcę ich już widzieć. To nie są już moje wnuki. To jacyś obcy ludzie. Przebrani za rodzinę. Za tych, którym ufałam.
Dzień Babci już zawsze będzie dla mnie najsmutniejszym dniem w roku. I już nigdy nie otworzę drzwi nikomu z uśmiechem. Zostałam pozbawiona godności. I nie chodzi tylko o pieniądze. Chodzi o coś znacznie cenniejszego. O zaufanie. I o serce.
Halina, 72 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zabraliśmy teściową na ferie w góry, a ona zrobiła nam z urlopu pielgrzymkę. Zamiast term miałam kółko różańcowe”
- „Wyhaczyłam w lumpeksie piękną kurteczkę dla wnusi. Ale moja kochana synowa jak zwykle musiała wtrącić swoje 3 grosze”
- „Ferie w Tatrach miały przypieczętować naszą miłość. Po powrocie czekała mnie góra rozczarowań i bolesna prawda”

