Reklama

Nie miałem potrzeby, by zostać ojcem. Nigdy mnie to nie ciągnęło, nie wyobrażałem sobie siebie z dzieckiem na rękach, nie widziałem sensu w całym tym rodzicielstwie. Chciałem mieć spokój. Potem spotkałem kobietę, której nie potrafiłem odmówić niczego. Miała dziecko z poprzedniego związku. Myślałem, że to przejściowa niedogodność, coś, co się jakoś ogarnie. Minęły lata, a ja nigdy nie powiedziałem mu, że go kocham. Teraz ma 20 lat. I kiedy mijamy się na ulicy, spuszcza wzrok. Jakby nigdy mnie nie znał. Może nigdy nie poznał.

Kobieta z bagażem

Poznałem Iwonę w najmniej odpowiednim momencie. Miałem wtedy czterdzieści dwa lata, rozwód za sobą, pracę w delegacjach i głowę zajętą sobą. Ona – młodsza o siedem lat, z dzieckiem i bagażem życiowym, który normalnie kazałby mi się wycofać. Ale była inna. Nie udawała, nie szukała sponsora, nie wypytywała, ile zarabiam. Miała w oczach jakiś upór, jakby życie już ją parę razy sponiewierało, ale ona wciąż wstawała z kolan.

– Mam syna, Filip ma cztery lata – powiedziała mi od razu, jeszcze zanim podała mi numer telefonu.

Wzruszyłem ramionami. Co miałem powiedzieć? Że dziękuję za szczerość i nie skorzystam? Że dzieci mnie nie interesują? Nie potrafiłem tak. Iwona była kobietą, którą chciałem poznać bliżej, nawet jeśli pakiet startowy zawierał przedszkolaka. Nie czułem się wtedy gotowy, by być dla kogoś ojcem. Ba, nie chciałem nim być w ogóle. Tyle że Iwona nie oczekiwała, żebym od razu wszedł w rolę taty. Przynajmniej tak mówiła.

– On ma swojego ojca – zapewniała. – Nie chcę ci niczego narzucać.

Była wdzięczna, kiedy odebrałem go z przedszkola, albo kiedy przyniosłem mu puzzle. Czułem, że tak naprawdę obserwuje mnie. Czy się nadaję. Czy da się ze mną stworzyć rodzinę. A ja, głupi, sądziłem, że chodzi tylko o nas dwoje.

To nie mój problem

Filip był cichy. Taki typ dziecka, które nie pyta, nie zaczepia, nie wchodzi na kolana, chyba że mu każesz. Czasem miałem wrażenie, że bardziej przypomina lokatora niż kilkulatka. Zawsze gdzieś obok, z jakąś zabawką, z książką, z tabletem. Nie płakał, nie domagał się uwagi. Iwona mówiła, że to po jej byłym – chłód i dystans.

– Nigdy nie wiedział, co z dzieckiem zrobić – mówiła, przewracając oczami. – Gdyby nie alimenty, pewnie zapomniałby, że Filip istnieje.

Mówiłem, że nie chcę wchodzić w tę relację, że nie zamierzam się wtrącać. Iwona kiwała głową, ale w oczach miała oczekiwanie. A ja… ja się wycofywałem. Może nie fizycznie, bo bywałem, pomagałem, zabierałem ich gdzieś na weekend. Emocjonalnie byłem poza. Nie czułem się odpowiedzialny. Nie czułem się potrzebny. Miałem własny świat, do którego Filip nie miał wstępu.

Pamiętam jedno popołudnie. Iwona nie mogła go odebrać z zajęć, zadzwoniła do mnie w panice. Pojechałem. Wyszedł ostatni, zapięta kurtka, cicho powiedział „cześć”. W aucie zapytałem:

– Jak było?

– Fajnie – mruknął.

I tyle. Żadnego pytania, żadnego „a ty?”. Jakbyśmy obaj zgodzili się na to, że nie jesteśmy sobie potrzebni. Zawoziłem go do domu i już w głowie miałem swoje sprawy. Może nawet odetchnąłem z ulgą, że Iwona wróciła. To nie był mój syn, więc, myślałem, to też nie był mój problem.

Chwile, które prawie coś zmieniły

Zimą Filip zachorował. Iwona była wtedy w delegacji, pierwszy raz od dawna. Uparła się, że pojedzie, bo miała ważną prezentację, a ja – naiwnie pewny, że to tylko lekka infekcja – zgodziłem się zostać z chłopakiem. Gdy rano obudził mnie jego kaszel, wiedziałem, że to nie przeziębienie. Cały się trząsł, oczy miał jak szkło. Wpadłem w panikę.

Zawinąłem go w koc i pojechałem do lekarza. Siedział w poczekalni, z głową opartą o moje ramię, bo nie miał siły siedzieć sam. Przez kilka godzin byłem tylko jego. I pierwszy raz, naprawdę pierwszy, poczułem, że nie jestem nikim w tym układzie.

– Dobrze, że go pan przywiózł – powiedziała lekarka.

Nie nazwała mnie ojcem. Nawet nie próbowała. A jednak poczułem wtedy coś dziwnego. Jakiś ciężar, którego wcześniej nie chciałem unieść. Odpowiedzialność. Strach. Może nawet coś w rodzaju… czułości? Filip spał mocno, a ja siedziałem przy jego łóżku, czując, że świat trochę się zmienił. Nie od razu, nie gwałtownie. Jakby ktoś lekko popchnął mnie w stronę, której unikałem.

Kiedy Iwona wróciła, uściskała mnie z wdzięcznością, której nie rozumiałem. Może wtedy uwierzyła, że coś z nas będzie. A Filip? Powiedział tylko „dzięki”, patrząc gdzieś w bok. Nie miałem odwagi zapytać, czy się bał. I czy cieszył się, że byłem przy nim. To mogło zbyt wiele zmienić.

Nie znałem tego chłopaka

Filip dorastał, a ja nadal stałem obok. Żyliśmy w jednym domu, jedliśmy te same obiady, mijaliśmy się w korytarzu. Wiedziałem, że lubi muzykę, bo słyszałem, jak po nocach gra coś na gitarze. Wiedziałem, że ma trzech kolegów – tych samych od podstawówki. Miałem świadomość, że chodzi na angielski, że chce iść do liceum z profilem humanistycznym, ale nigdy mnie o zdanie nie pytał. I nigdy nie powiedziałem mu, że jestem z niego dumny. Bo jak? Na jakiej podstawie?

Mój udział w jego życiu sprowadzał się do logistyki i opłat. A potem, kiedy był już prawie dorosły, zacząłem zauważać, że unika mnie bardziej niż wcześniej. Że wstaje od stołu, gdy tylko siadam. Że cichnie, gdy wchodzę do pokoju. Widziałem to. I zamiast zapytać, zamiast spróbować to naprawić – udawałem, że tego nie ma.

Iwona próbowała:

– Pogadaj z nim. Może czuje, że go nie akceptujesz?

– Przecież nie mamy żadnego konfliktu – odburknąłem. – Po prostu jest w wieku, w którym każdy facet się zamyka w sobie.

– To nie jest tylko kwestia wieku.

Nie chciałem jej słuchać. Bo gdybym przyznał, że coś zepsułem, musiałbym przyznać, że od samego początku robiłem wszystko źle. Że nie wystarczyło „nie przeszkadzać”. Był chłopakiem, którego znałem z wierzchu. Mieszkał ze mną kilkanaście lat, a ja nie potrafiłbym powiedzieć, czego się boi. Co go śmieszy. Co go naprawdę boli. Patrzyłem na niego jak na zadanie do wykonania. A on – jak na kogoś, kogo nie było.

Tego nie powiedzieliśmy nigdy

Miał osiemnaście lat, kiedy się wyprowadził. Zrobił to cicho, bez krzyków, bez demonstracji. Po prostu pewnego dnia spakował plecak, wyjął z szuflady dokumenty i oznajmił:

– Mama wie. Dogadaliśmy się. Jadę do Radomia, tam, gdzie Mateusz. Mam pracę i kąt.

Iwona płakała, ja stałem w progu i udawałem, że to mnie nie dotyczy. Że tak miało być. Młody chłopak, nowa droga. Tylko że to nie była dorosłość – to była ucieczka. Ucieczka od kogoś, kto miał być jego punktem oparcia. Zadzwonił może dwa razy przez ten pierwszy rok. Formalnie. Nigdy nie mówił do mnie „tato”. Nigdy też nie powiedział, że mnie nie lubi. To nie była nienawiść. To była cisza.

Czasem myślałem, że wystarczyłoby jedno słowo, by wszystko zmienić. Jedno: „przepraszam”, albo „żałuję”. Czasem nawet próbowałem. Pisałem mu krótkie wiadomości – „trzymaj się”, „mam nadzieję, że dobrze się czujesz” – ale nigdy nie dostałem odpowiedzi. Widziałem go raz przypadkiem na dworcu. Szedłem sa, on z jakąś dziewczyną. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, odwrócił głowę. Tak, jakby mnie nie znał.

Może naprawdę mnie nie znał. A może znał mnie aż za dobrze – i właśnie dlatego nie chciał już nigdy patrzeć mi w oczy. Nie wiem. I nie wiem, czy kiedykolwiek się dowiem.

Spóźnione ojcostwo

Czasem wyobrażam sobie, że siedzimy razem przy stole. Ja i on – nie jako ojciec i syn, ale po prostu dwaj dorośli faceci. Że pytam: „Jak się masz?” i naprawdę chcę wiedzieć. Że on odpowiada bez złości, bez tej kamiennej twarzy, którą nosił od lat. I że w końcu mówi coś, co pozwala mi odetchnąć – nawet jeśli to miałoby być: „Byłeś, ale cię nie było”.

Nigdy nie chciałem być ojcem. Tego nie ukrywałem. Uważałem, że to nie moja rola, nie moja odpowiedzialność. Potem, kiedy okazało się, że jednak jestem – nie przez więzy krwi, tylko przez codzienność – nie zrobiłem z tym nic. Czekałem, aż wszystko samo się ułoży. Aż on przyjdzie i poprosi o uwagę, o rozmowę, o cokolwiek. Nie przyszedł.

Teraz jest już za późno. Nie dlatego, że nie można czegoś naprawić. Można, ale trzeba zacząć. A ja przez dwadzieścia kilka lat nawet nie zrobiłem pierwszego kroku. Iwona mówi czasem, że Filip dobrze sobie radzi. Że jest odpowiedzialny, że pracuje, że pomaga znajomym. Uśmiecham się wtedy, ale wewnątrz coś mnie ściska. Bo wiem, że nie mam w tym żadnego udziału.

Jeśli kiedykolwiek usiądziemy naprzeciwko siebie, jeśli będzie jeszcze taka szansa – nie będę się tłumaczył. Nie powiem: „nie wiedziałem, jak”. Powiem tylko: „przepraszam, że nie próbowałem”. A jeśli spojrzy na mnie choć raz – nie odwracając wzroku – to może wystarczy.

Może tyle właśnie może dostać spóźniony ojciec.

Marcin, 63 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama