Reklama

Zawsze uważałam, że matka widzi więcej. Nie dlatego, że jest mądrzejsza, tylko dlatego, że patrzy z boku, bez tego całego zakochania, które potrafi skutecznie przesłonić wzrok. Kiedy moja córka przyprowadziła go pierwszy raz do domu, już wtedy coś mi nie pasowało. Był uprzejmy, aż za bardzo. Uśmiechał się w odpowiednich momentach, mówił to, co należało powiedzieć, ale ja czułam, że to nie jest człowiek, który zostanie na zawsze. Przez lata małżeństwa mojej córki trzymałam ten dystans, czasem zbyt wyraźny. Ona mi to wypominała, on udawał, że nie zauważa.

Kiedy się rozwiedli, poczułam ulgę, choć wstydziłam się tego uczucia. On przestanie pojawiać się na rodzinnych spotkaniach, ja nie będę już musiała pilnować języka i własnych reakcji. Byłam pewna, że to zamknięty rozdział. On zniknie z naszego życia, a ja wrócę do spokojnych dni, w których wszystko jest na swoim miejscu.

Nie przewidziałam jednego – że los postawi go jeszcze raz na mojej drodze. I że nie będzie już zięciem, mężem mojej córki ani częścią rodziny. Zobaczę w nim kogoś obcego. Mężczyznę z własnymi słabościami, zmęczeniem w oczach i historią, której nigdy wcześniej nie chciałam poznać. To spotkanie uruchomiło we mnie myśli, których nie powinnam mieć i emocje, na które nie byłam gotowa. A przede wszystkim zmusiło mnie do zadania sobie pytania, czy naprawdę znałam go tak dobrze, jak przez lata sądziłam.

To był czysty przypadek

Spotkałam go w miejscu, w którym najmniej się tego spodziewałam. W osiedlowej kwiaciarni, tej samej, do której chodziłam od lat. Stał przy ladzie, trochę zgarbiony, jakby próbował zniknąć między doniczkami. Przez chwilę myślałam, że się mylę, ale kiedy się odwrócił, nie było wątpliwości.

Dzień dobry, pani Irmino – powiedział cicho.

Zabrzmiało to inaczej niż kiedyś. Bez tej pewności siebie, bez udawanego luzu. Skinęłam głową, gotowa wyjść, ale kwiaciarka akurat zapytała mnie o wybór kwiatów i utknęłam obok niego.

– Dla kogo? – zapytała.

Dla… siebie – odpowiedział po chwili wahania.

Spojrzałam na niego zaskoczona. Kiedy był mężem mojej córki, zawsze kupował kwiaty „na okazję”. Dziś trzymał w ręku pojedynczą doniczkę ze zwyczajną, zieloną roślinką.

– Od kiedy lubisz rośliny? – wyrwało mi się, zanim zdążyłam ugryźć się w język.

Uczę się je lubić – odpowiedział i lekko się uśmiechnął. – Cisza w domu jest… głośna. Roślina trochę ją zagłusza.

To zdanie uderzyło mnie bardziej, niż powinno. Zapłaciłam i wyszłam razem z nim. Przez kilka kroków szliśmy w milczeniu, aż w końcu odezwał się pierwszy.

Jak ona się trzyma?

– Dobrze – skłamałam automatycznie.

Zatrzymał się, ale nie drążył. Skinął tylko głową.

– Rozumiem.

Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam w nim nie byłego zięcia, nie problem, nie czyjś błąd. Zobaczyłam zmęczonego mężczyznę, który nie wie, gdzie teraz jest jego miejsce. To było niepokojące.

Byłam tylko ciekawa

Przez kilka dni po tamtym spotkaniu próbowałam wyrzucić go z myśli. Bezskutecznie. Im bardziej sobie powtarzałam, że to tylko chwilowe zaskoczenie, tym częściej wracał obraz jego twarzy w kwiaciarni, jego słów i zachowania. W końcu sama przed sobą przyznałam, że ciekawi mnie, co się z nim dzieje. Ta myśl powinna była mnie zawstydzić.

Spotkaliśmy się ponownie przypadkiem, pod blokiem, w którym mieszkała moja córka przed rozwodem. Właśnie wracałam z zakupów, kiedy usłyszałam swoje imię.

– Dzień dobry, pani Irmino.

Odwróciłam się. Stał kilka kroków dalej, bez tej nerwowości, którą widziałam wcześniej.

Też tu coś pani załatwia? – zapytał.

– Nie – odpowiedziałam zbyt szybko. – Tylko przechodzę.

Przez moment oboje wiedzieliśmy, że to nie do końca prawda. Zawahałam się, po czym dodałam:

– A ty?

– U sąsiadki zostało kilka moich rzeczy. Długo nie miałem odwagi po nie wrócić.

Szliśmy razem w stronę przystanku. Rozmawialiśmy o sprawach zupełnie zwyczajnych: o pogodzie, o pracy, o tym, jak zmieniła się okolica. Złapałam się na tym, że słucham uważnie. Że nie szukam w jego słowach potwierdzenia dawnych zarzutów.

– Wiesz – powiedział nagle – zawsze miałem wrażenie, że mnie nie lubisz.

Zatrzymałam się.

– Bo nie lubiłam – odpowiedziałam szczerze. – Jako męża mojej córki.

Nie zaprzeczył. Uśmiechnął się krótko, jakby to było coś oczywistego.

A teraz?

To pytanie zawisło między nami jak w próżni. Nie potrafiłam na nie odpowiedzieć. Pierwszy raz pomyślałam o nim nie jak o części rodzinnej historii, ale jak o kimś, kogo dopiero poznaję. To było bardziej niepokojące niż cała reszta.

Nie planowałam tego

Nie zdziwiłam się, gdy zadzwonił. Raczej zdziwiło mnie to, że odebrałam od razu.

– Cześć, Irmino… tu Paweł.

– Wiem – odpowiedziałam spokojniej, niż się czułam.

Zapadła chwila ciszy, tej niewygodnej, w której obie strony zastanawiają się, czy nie popełniły błędu.

– Pomyślałem, że może… wypilibyśmy razem herbatę, porozmawiali. Jeśli nie masz nic przeciwko.

Powinnam odmówić. Zamiast tego spojrzałam na pusty kalendarz i powiedziałam:

– Dobrze. Za godzinę?

Przyszedł punktualnie. Bez pośpiechu, bez nerwowego rozglądania się. Usiadł przy stole, który pamiętał jeszcze z czasów rodzinnych obiadów, ale dziś wyglądał przy nim jak ktoś obcy.

– U ciebie niewiele się zmieniło – zauważył.

Ja się zmieniłam – odpowiedziałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Rozmawialiśmy ostrożnie. O pracy, o codzienności. Dopiero po chwili odważył się spojrzeć mi prosto w oczy.

– Wiesz, że nigdy nie chciałem jej skrzywdzić.

– Wiem – powiedziałam cicho. – Ale to nie znaczy, że było łatwo.

Nie bronił się. Nie tłumaczył. Tylko słuchał. To było nowe i trudne. Po raz pierwszy poczułam, że ta rozmowa nie dotyczy mojej córki, tylko nas dwojga. I że granica, którą uważałam za nieprzekraczalną, zaczyna się niebezpiecznie rozmywać.

Widywałam go coraz częściej

Spotykaliśmy się jeszcze kilka razy. Zawsze pod jakimś rozsądnym pretekstem. Zakupy, dokumenty, rozmowa „na chwilę”. Każda z tych chwil była dłuższa, niż planowaliśmy.

– Zawsze bałem się twojego spojrzenia – przyznał któregoś dnia. – Czułem się przy tobie jak uczeń bez pracy domowej.

– A ja byłam przekonana, że wszystko grasz, udajesz – odpowiedziałam. – Że jesteś kimś innym, niż pokazujesz.

Uśmiechnął się gorzko.

– Może oboje mieliśmy rację. Tylko w złym czasie.

Te słowa długo dźwięczały mi w głowie. Zaczęłam zauważać rzeczy, które wcześniej ignorowałam. Jego cierpliwość, uważność. To, że nie przerywał, gdy mówiłam. Pytał, a nie oceniał. Jednocześnie narastał we mnie niepokój. Co ja właściwie robię? Kim on dla mnie jest? Byłym zięciem? Znajomym? A może kimś, kogo dopiero poznaję, bez ciężaru dawnych ról?

To nie jest w porządku – powiedziałam w końcu.

– Wiem – odpowiedział bez wahania. – Dlatego niczego nie oczekuję.

To sprawiło, że zrobiło się jeszcze trudniej. Po raz pierwszy od dawna ktoś nie próbował mnie do niczego przekonać. Zaczęłam się bać nie jego obecności, ale własnych myśli.

Niczego sobie nie obiecywaliśmy

Decydująca rozmowa przyszła niespodziewanie. To ja ją zaczęłam.

Musimy to jakoś nazwać – powiedziałam. – Bo inaczej zgubimy się oboje.

Spojrzał na mnie uważnie, jakby naprawdę bał się mojej odpowiedzi.

– Dla mnie jesteś Irminą. Nie teściową. Nie częścią przeszłości. Po prostu kobietą, którą szanuję.

Te słowa nie były wielkie, ale zrobiły na mnie duże wrażenie. Poczułam ulgę, ale i smutek. Zrozumiałam, jak bardzo przez lata patrzyłam na niego przez pryzmat lęków o córkę, a nie przez to, kim naprawdę jest.

Nie wiem, co będzie dalej – powiedziałam szczerze. – I nie obiecuję niczego.

– Mnie to wystarczy – odpowiedział.

Nie było w tym triumfu. Raczej spokój. Zmiana o sto osiemdziesiąt stopni nie polegała na nagłym zachwycie. Polegała na tym, że przestałam go osądzać. Zaczęłam widzieć. Wiem, że dla wielu to, co się wydarzyło, byłoby nie do przyjęcia, ale czasem największe pomyłki rodzą się nie z uczuć, ale z uprzedzeń. A największe zmiany – z jednego, szczerego spojrzenia.

Przyznałam się córce

Najtrudniejsza rozmowa odbyła się nie z nim, tylko z moją córką. Odkładałam ją tygodniami, aż w końcu zrozumiałam, że milczenie zaczyna ciążyć bardziej niż prawda.

Spotykam się z Pawłem – powiedziałam wprost, siedząc naprzeciwko niej przy kuchennym stole.

Nie podniosła głosu. To było gorsze. Patrzyła na mnie długo, jakby próbowała znaleźć w mojej twarzy kogoś obcego.

– Dlaczego mi to mówisz? – zapytała w końcu.

– Bo nie chcę niczego ukrywać – odpowiedziałam. – Sama nie wiem jeszcze, co to znaczy.

Wstała, podeszła do okna. Przez chwilę myślałam, że wyjdzie bez słowa. Zamiast tego odwróciła się powoli.

– Mamo… on już nie jest częścią mojego życia. Ale nadal jest częścią mojej przeszłości. Rozumiesz to?

Skinęłam głową. Tego właśnie się bałam.

– Wiem. I jeśli powiesz, że mam to zakończyć, zrobię to.

Zaśmiała się krótko, bez radości.

Nie mam prawa ci mówić, co masz robić. Ale potrzebuję czasu.

Dałam jej ten czas. A jemu? Jemu dałam prawdę, gdy znowu się spotkaliśmy.

Nie możemy iść dalej – powiedziałam spokojnie, choć w środku wszystko mi drżało. – Nie teraz. Może nigdy.

Nie protestował. Spojrzał na mnie tylko poważnie.

Dziękuję, że byłaś uczciwa – odpowiedział tylko.

Nie wiem, czy to koniec naszej historii, czy tylko przerwa. Wiem natomiast, że coś we mnie się zamknęło, a coś innego otworzyło na zawsze. Przestałam widzieć świat w czerni i bieli. Przestałam myśleć, że moja rola kończy się na byciu matką. Zrozumiałam, że jestem też kobietą. Taką, która może się mylić, zmieniać zdanie i patrzeć na ludzi inaczej, niż planowała. Nawet jeśli już nigdy się nie spotkamy, jedno wiem na pewno – tamto spotkanie po rozwodzie zmieniło mnie bardziej, niż chciałabym przyznać.

Irmina, 58 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama