„Nigdy nie chciałam mieć dzieci, ale uległam mężowi. Syn ma już 4 lata, a ja nie potrafię go pokochać”
„Czułam tylko zmęczenie i rozdrażnienie. Nie tęskniłam za nim, kiedy spał. Czułam ulgę. Gdy płakał – miałam ochotę wyjść z mieszkania i nie wracać. Myślałam, że to minie. Że może to baby blues, że może hormony. Ale miesiące mijały, a we mnie nie pojawiało się nic oprócz pustki i złości”.

Zawsze wiedziałam, że nie jestem stworzona do bycia matką. Nigdy nie czułam potrzeby noszenia w sobie nowego życia, nie wzruszałam się na widok dziecięcych ubranek ani nie marzyłam o kołysce przy łóżku. Mój mąż miał jednak inne pragnienia. Chciał syna. Rodzinę. Uległam. Przekonał mnie, obiecywał, że wszystko będzie dobrze. Że mnie odciąży, że pokocham to dziecko, gdy tylko je zobaczę. Minęły cztery lata. Nasz syn rośnie, mówi „mamo”, a ja wciąż czuję, że nie potrafię być jego matką.
Zgoda przez zaciśnięte zęby
– Kochanie, może już czas? – zapytał, gdy jedliśmy kolację. – Tyle par walczy o dziecko latami, a my moglibyśmy mieć je tak po prostu...
Nie odpowiedziałam od razu. Udawałam, że przełykam zbyt duży kęs, chociaż w rzeczywistości próbowałam ukryć złość. Rozmawialiśmy o tym już tysiące razy. A raczej – on mówił, ja milczałam.
– Mówiłeś, że rozumiesz, że nie chcę dzieci – rzuciłam w końcu chłodno.
– Rozumiem. Ale może… może coś się zmieniło? Jesteś wspaniała, byłabyś cudowną mamą, tylko daj sobie szansę – powiedział z tym miękkim, czułym tonem, który kiedyś mnie rozczulał, a teraz budził we mnie frustrację.
Nie chciałam dziecka. Nie czułam, że jestem na to gotowa. Ani psychicznie, ani emocjonalnie. Nie miałam w sobie tej czułości, tej miękkości, o której mówiły moje znajome matki. Macierzyństwo brzmiało dla mnie jak klatka, jak pułapka. Jak coś, z czego się nie da wycofać.
Zgodziłam się tydzień później. Przez zaciśnięte zęby, przez łzy, których on nie widział. Zgodziłam się, bo go kochałam. Bo chciałam, żeby był szczęśliwy. Nie wiedziałam jeszcze, że to będzie początek mojego wewnętrznego upadku.
Ciąża bez radości
Gdy zobaczyłam dwie kreski na teście, nie poczułam nic. Ani ekscytacji, ani strachu, ani wzruszenia. Patrzyłam na ten plastikowy pasek jak na bilet do miejsca, do którego nie chciałam jechać.
– Udało się? – zapytał, gdy wrócił z pracy. W jego oczach pojawił się błysk, którego nie widziałam od miesięcy.
– Tak – odpowiedziałam. Tylko tyle.
Podniósł mnie w ramionach i kręcił po kuchni jak w romantycznym filmie. A ja? Stałam w tej scenie jak statystka. Ciało miałam spięte, serce obojętne. Wiedziałam, że nie powinnam tak czuć. Że coś jest ze mną nie tak.
Wszyscy mówili, że ciąża to cudowny czas. Że kobieta promienieje, że nosi w sobie życie i to najpiękniejsze, co może się jej przydarzyć. Ja czułam się jak inkubator. Nie mogłam spać, bolały mnie plecy, wymiotowałam niemal codziennie, a do tego udawałam przed całym światem, że się cieszę.
Mąż kupował ubranka, czytał poradniki, głaskał mój brzuch. A ja zamykałam się w łazience i siadałam na kafelkach z głową między kolanami. Wmawiałam sobie, że po porodzie będzie lepiej. Że pokocham. Że instynkt się obudzi. Bo przecież musi, prawda?
Nie umiałam przytulić syna
Poród był długi i bolesny. Gdy w końcu usłyszałam jego płacz, nie rozpłakałam się ze szczęścia. Patrzyłam na to pomarszczone, czerwone stworzenie i czułam, jakby to nie było moje dziecko. Jakby ktoś położył mi na piersi obce niemowlę.
– Jest piękny – wyszeptał mąż, wpatrując się w naszego syna z łzami w oczach.
Skinęłam głową. Nie potrafiłam nawet udawać zachwytu. Po prostu chciałam, żeby wszyscy dali mi spokój. Byłam wyczerpana i przerażona. Czułam się, jakbym właśnie przekroczyła granicę, zza której nie ma powrotu.
W domu wszystko działo się jak w filmie, w którym nie grałam głównej roli. Mąż nosił synka na rękach, zmieniał pieluchy, wstawał w nocy. Mówił do niego ciepłym głosem, którego nigdy wcześniej nie słyszałam. A ja? Karmiłam mechanicznie, patrzyłam w ścianę, liczyłam minuty do końca dnia.
Czułam tylko zmęczenie i rozdrażnienie. Nie tęskniłam za nim, kiedy spał. Czułam ulgę. Gdy płakał – miałam ochotę wyjść z mieszkania i nie wracać. Myślałam, że to minie. Że może to baby blues, że może hormony. Ale miesiące mijały, a we mnie nie pojawiało się nic oprócz pustki i złości.
Udawałam dobrą matkę
Nauczyłam się uśmiechać. Przed teściową, która przychodziła co kilka dni i w zachwycie całowała małego po policzku. Przed koleżankami, które wysyłały pluszaki i pisały: „Jak cudownie! Jak się czujesz jako mama?”. Przed obcymi, którzy zaglądali do wózka i mówili, że to śliczny chłopiec.
– Tak, rośnie jak na drożdżach – odpowiadałam z wymuszonym entuzjazmem.
W środku byłam zimna. Czułam się jak aktorka, która gra rolę, ale gubi scenariusz. Przestałam się łudzić, że coś się zmieni. Wiedziałam już, że nie jestem matką z tych opowieści. Nie czułam z nim więzi. Gdy się uśmiechał, czułam wyrzut sumienia, nie czułość. Gdy wyciągał do mnie rączki – chciałam się cofnąć.
Mąż nie zauważał niczego. Może nie chciał. Był dumny z siebie, z nas, z naszej nowej rodziny. Często powtarzał:
– Jesteś wspaniałą mamą. On cię uwielbia.
A ja wieczorami siedziałam w łazience i zastanawiałam się, jak długo jeszcze wytrzymam. Jak długo da się żyć, mając dziecko, którego się nie kocha. I czy jestem już potworem, czy dopiero nim będę.
Dłuże nie wytrzymałam
Pierwszy raz powiedziałam to na głos, gdy syn miał trzy lata. Siedzieliśmy w kuchni, on bawił się klockami na podłodze, a ja bez sensu mieszałam herbatę, która dawno wystygła.
– Ja sobie nie radzę – powiedziałam cicho.
Mąż podniósł na mnie wzrok znad telefonu. Uśmiech zniknął mu z twarzy, jakby ktoś zgasił światło.
– Z czym? Przecież wszystko ogarniasz – odpowiedział z przekonaniem.
– Nie czuję tego, co powinnam. Jestem zmęczona cały czas. I pusta – dodałam, nie patrząc na niego.
Zapadła cisza, ciężka i lepka. Słyszałam tylko uderzenia klocków o podłogę.
– Każda matka tak ma czasem – rzucił w końcu. – Przesadzasz. Potrzebujesz urlopu, snu, może rozmowy z kimś.
Chciałam krzyczeć, że to nie chwilowe. Że to nie zmęczenie. Że ja naprawdę nie potrafię kochać naszego dziecka. Zabrakło mi odwagi. Zabrakło słów. Od tamtej rozmowy coś między nami pękło. On zaczął mnie obserwować, ja jeszcze bardziej się zamykałam. Syn rósł, mówił coraz więcej, przytulał się do mnie coraz śmielej. A ja czułam coraz większy ciężar. Wiedziałam już, że tej prawdy nie da się zakopać na zawsze.
Nie czuję ulgi
Najtrudniejsze było zrozumienie, że nie wydarzy się żaden cud. Że nie obudzę się któregoś dnia z nagłym przypływem miłości, która wszystko naprawi. Syn miał cztery lata, gdy po raz pierwszy spojrzałam na niego bez oczekiwań. Bez nadziei, że coś się we mnie zmieni. Zobaczyłam dziecko, które nie było winne mojej decyzji ani mojej słabości.
Kochał mnie po swojemu, bezwarunkowo. Przynosił rysunki, opowiadał historie, przytulał się wieczorami. Przyjmowałam to wszystko, ale jak przez szybę. Wiedziałam, że nigdy nie będę matką, o jakiej się pisze i marzy. Byłam tą, która spełnia obowiązki, ale nie potrafi dać ciepła.
Mąż w końcu zrozumiał, że coś jest nie tak. Poszliśmy na terapię. Powiedziałam tam wszystko. Bez upiększania. Bez usprawiedliwień. On płakał. Ja nie. Było już za późno na łzy.
Nie odeszłam. Zostałam. Z poczucia odpowiedzialności, nie z miłości. Uczę się żyć z tym, kim jestem, a nie kim powinnam być. Macierzyństwo nigdy nie było moim marzeniem i już wiem, że nie każda kobieta musi je spełniać. Największym moim grzechem nie było to, że nie pokochałam dziecka. Tylko to, że zgodziłam się na coś, czego od początku nie chciałam.
Alicja, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chciałam dostać perfumy na walentynki. W pudełku z prezentem znalazłam jednak drogą niespodziankę”
- „Na walentynki pojechałam do sanatorium. Liczyłam na romantyczne randki z seniorami i może jakiś romans”
- „Nie sądziłem, że na starość wnuk będzie mi udzielał porad sercowych. Dzięki jego wskazówkom nie spędzę walentynek sam"

