„Nienawidzę swojej pracy, a nie mogę znaleźć nowej. Czuję się jak w klatce i nie wiem, jak stąd uciec”
„Po pracy wychodziłem na ulicę i patrzyłem na świat, który wydawał się pełen możliwości, a jednak nie dla mnie. Każda próba zmiany była tłumiona przez strach i brak perspektyw. CV, rozmowy, nadzieje – wszystko to wyglądało jak fikcja”.

Są dni, kiedy wstaję rano i pierwszą rzeczą, jaką czuję, jest ciężar. Nie fizyczny – ten jest gorszy, bo siedzi mi na klatce piersiowej i nie schodzi nawet przy głębokim oddechu. To praca. Ta sama od sześciu lat. Codziennie to samo biurko, ten sam szef, te same niedopowiedziane pretensje. Próbowałem się wyrwać. Wysyłałem CV, chodziłem na rozmowy. Bez skutku. Wróciłem tu, jak pies do budy. Nienawidzę tego miejsca, ale jestem w nim uwięziony. Bez wyjścia, bez planu awaryjnego. I z poczuciem, że nie mam już na nic siły.
Działam na autopilocie
Zadzwonił budzik. Trzeci raz w tym tygodniu go wyłączyłem i wcisnąłem „drzemkę” bez żadnej refleksji. Z zamkniętymi oczami znałem już kolejność porannych czynności – wstać, ubrać się, wypić kawę, nie patrzeć w lustro. Kiedy w końcu wyszedłem z mieszkania, miałem wrażenie, że ciągnę za sobą całe zmęczenie poprzedniego dnia, którego nie zdążyłem z siebie zrzucić.
W tramwaju ludzie wyglądali podobnie – szarzy, przygarbieni, zmęczeni. Tylko dzieci miały w oczach coś żywego. Pewnie szły do szkoły. Zazdrościłem im tej niewinności, tego braku świadomości, że dorosłość czasem wygląda jak więzienie, które sam sobie wybrałeś. Próg biura przekroczyłem jak zawsze – z naciągniętym uśmiechem, który nie sięgał nawet połowy twarzy. Szef stał przy ekspresie do kawy.
– Spóźniłeś się trzy minuty – zauważył chłodno.
– Tramwaj stanął – mruknąłem, nie szukając nawet przekonania w głosie.
– Nie interesuje mnie tramwaj. Punktualność to podstawa.
Skinąłem głową i poszedłem do swojego biurka. Zanim usiadłem, już czułem ból w karku. Jakby moje ciało wiedziało, że znowu je zawiodę, że nie dam mu dziś nic poza kolejną dawką stresu i zmęczenia.
Układ bez wyjścia
Siedziałem przy biurku, patrząc na ekran, który świecił jak małe okno do innego świata. Mail po mailu, zadanie po zadaniu, a ja czułem, jak wszystkie moje pomysły, motywacja i siła powoli odpływają. Szef przeszedł obok, rzucił krótkie „dobry poranek” i odszedł. Chociaż słowa brzmiały neutralnie, ich ton niósł podtekst oceny – każdy ruch był pod lupą, każda minuta niewykorzystana w pełni oznaczała, że zawiodłem. Nie mogłem się od tego uwolnić. To biuro było jak klatka, a klucz trzymał ktoś, kto nigdy nie pokazał współczucia.
Próbowałem planować kolejne kroki, przygotowywać aplikacje do innych firm, wysyłać CV, dzwonić na rozmowy. Efekt? Cisza. Każde odrzucenie, każdy brak odpowiedzi potęgował poczucie porażki. Nocami przewracałem się w łóżku, myśląc, że gdyby choć jedna szansa się udała, mógłbym wreszcie odetchnąć.
– Jak idzie raport? – zapytał współpracownik, wchodząc nagle za mną.
– Prawie gotowy – odparłem automatycznie, chociaż wiedziałem, że i tak nie zdążę przed terminem.
Czułem się uwięziony w tym schemacie: wstawać, pracować, wracać, planować ucieczkę, której nie mogłem przeprowadzić. Każdy dzień wyglądał tak samo, a ja coraz wyraźniej rozumiałem, że nie chodzi tylko o pracę. Chodziło o poczucie, że całe życie utknęło w miejscu, a ja stałem w miejscu jak cień samego siebie.
Szef ma oko na wszystko
Praca w tej firmie była grą, której reguły znał tylko szef. Nie było podręcznika ani jasnych zasad – tylko ukryte oczekiwania, subtelne sygnały i wciąż zmieniające się kryteria sukcesu. Czasami wydawało mi się, że jeśli tylko wykonam wszystkie zadania idealnie, może dostanę odrobinę spokoju. To było złudzenie. Każde osiągnięcie natychmiast zastępowało nowe wymaganie, nowe terminy, nowe oczekiwania.
– Raport musi być na jutro rano – rzucił szef, przechodząc obok biurka.
– Już prawie gotowy – odpowiedziałem, choć w środku czułem panikę.
Nie chodziło o sam raport, lecz o sygnał, że nigdy nie można odpocząć, że zawsze jest coś, czego nie zrobiłem wystarczająco dobrze. Próbowałem rozmawiać z kolegami, dzielić się frustracjami, ale każdy był tak samo zamknięty w swojej codziennej walce, że słowa ginęły w pustce biura.
Po pracy wychodziłem na ulicę i patrzyłem na świat, który wydawał się pełen możliwości, a jednak nie dla mnie. Każda próba zmiany była tłumiona przez strach i brak perspektyw. CV, rozmowy, nadzieje – wszystko to wyglądało jak fikcja, teatrzyk, w którym główną rolę grałem ja, a nikt nie przyglądał się scenariuszowi.
W domu czekał tylko cichy pokój i ekran laptopa, pełen kolejnych maili i propozycji, które nigdy się nie spełniały. Zasady tej gry były jasne: pozostajesz, bo nie masz dokąd pójść, i cierpisz, bo wiesz, że nikt nie pomoże ci wyjść.
Ile jeszcze wytrzymam?
Każdego dnia czułem, jak powoli topnieją moje siły. Czasem, gdy patrzyłem na kalendarz, miałem wrażenie, że dni zapisane w tym biurze są dłuższe niż wszystkie pozostałe chwile życia razem wzięte. Zmęczenie gromadziło się w barkach, a w głowie pojawiał się jeden pytanie: ile jeszcze wytrzymam? Nie mogłem przecież odejść bez innej pracy. Nie mogłem pozwolić sobie na ryzyko, bo kredyty, rachunki i poczucie obowiązku ciążyły jak kamienie przyklejone do stóp.
Współpracownicy milczeli, jakby też czuli niewidzialną klatkę, której nikt nie potrafił otworzyć. Niekiedy ktoś rzucił sarkastyczny komentarz, ktoś inny spojrzał wymownie, ale nikt nie zapytał wprost: „Czy chcesz z tego wyjść?”. Bo przecież nie ma odpowiedzi, która mogłaby od razu zmienić sytuację.
W domu czekały rachunki, pranie i cisza. Telewizor puszczał seriale o ludziach, którzy mieli wybór, możliwość zmiany życia jednym ruchem, a ja mogłem jedynie przesuwać dokumenty na biurku i udawać, że wszystko jest w porządku.
– Znowu siedzisz po godzinach? – zapytała sąsiadka przez drzwi.
– Tak, coś jest do zrobienia – odparłem automatycznie, bez przekonania.
Po chwili zrozumiałem, że nie chodziło już o pracę, lecz o więzienie w głowie. O codzienną walkę z poczuciem bezradności, którą musiałem ukrywać, żeby nikt nie zauważył, jak bardzo tracę kontrolę nad własnym życiem.
Tylko ściany mnie słuchają
Zacząłem zauważać, że coraz częściej mówię do siebie. Cicho, pod nosem, jakbym nie chciał, żeby ktokolwiek usłyszał te myśli. W biurze ściany były cienkie, ale ludzie grubi od obojętności. Każdy zamykał się w swoim świecie, w swoim strachu przed utratą jedynego źródła stabilności. Przerwy na kawę przestały być przerwami. Stały się chwilą, w której można było milczeć w innym miejscu niż przy biurku.
Pewnego popołudnia szef zatrzymał się przy moim stanowisku dłużej niż zwykle.
– Widziałem, że wysłałeś mniej raportów niż reszta zespołu – powiedział spokojnie, zbyt spokojnie.
– Pracowałem nad tymi trudniejszymi – odpowiedziałem, czując napięcie w gardle.
– Wszyscy mamy trudne zadania. Najważniejsze są liczby.
Skinąłem głową, wiedząc, że rozmowa jest zamknięta. Wracając do pracy, poczułem, że coś we mnie osiada na dnie. Nie bunt, nie złość. Rezygnacja. Najgorszy rodzaj zmęczenia, bo odbierał chęć walki. Wieczorem siedziałem w kuchni przy zgaszonym świetle. Telefon leżał na stole, ekran czarny, skrzynka mailowa pusta. Żadnej odpowiedzi na kolejne wysłane CV. Cisza była głośniejsza niż cały dzień w biurze.
Pomyślałem, że jeśli zostanę tu jeszcze dłużej, przestanę pamiętać, kim byłem, zanim ta praca stała się moim jedynym punktem odniesienia. Ściany mieszkania słuchały uważniej niż ludzie. Tylko one znały prawdę o tym, jak bardzo chciałem stąd uciec, nawet jeśli nie widziałem jeszcze drogi wyjścia.
Może kiedyś się uda?
Nie wydarzył się żaden przełom. Następnego dnia znowu wstałem, ubrałem się i pojechałem do pracy. Tramwaj był spóźniony, ludzie tak samo zmęczeni, a biuro przywitało mnie tym samym zapachem kawy i napięcia. Różnica była niewielka, niemal niewidoczna. Tym razem jednak wiedziałem już, że dłużej nie mogę udawać przed samym sobą. Ta praca mnie niszczyła, kawałek po kawałku, i chociaż nie miałem jeszcze planu ucieczki, miałem świadomość, że nie chcę tu zostać na zawsze.
Wieczorem ponownie usiadłem przy laptopie. Otworzyłem nowe ogłoszenia, poprawiłem CV, dopisałem kilka zdań, które wcześniej wydawały mi się zbyt odważne. Strach nadal był obecny, ale obok niego pojawiło się coś innego. Cicha determinacja, która nie krzyczała, nie obiecywała cudów, lecz pozwalała zrobić kolejny mały krok.
Nie wiedziałem, czy jutro coś się zmieni. Nie wiedziałem, czy ktoś w końcu odpowie na moje zgłoszenie. Wiedziałem jednak, że nie chcę umrzeć wewnętrznie w miejscu, którego nienawidziłem. Klatka nadal istniała, lecz przestałem wierzyć, że jest niezniszczalna. Może nie dzisiaj, może nie jutro, ale kiedyś znajdę szczelinę. A gdy ją zobaczę, spróbuję się przez nią przecisnąć, nawet jeśli będzie bolało.
Michał, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „21 stycznia noszę żałobę, bo 10 lat nie widziałam wnuczki. Synowa mnie odcięła, ale miłość babci jest silniejsza”
- „Na Dzień Babci zrobiłam dla wnuczki sweter z wełny alpaki. Serce pękło mi na pół, gdy zobaczyłam, co z nim zrobiła”
- „To miały być romantyczne ferie w górach, a mąż powiedział, że mnie zdradził. Szybko zadbałam o to, byśmy byli kwita”

