„Niedzielne obiady u teściowej to był dla mnie ciąg upokorzeń. Aż do dnia, gdy nad schabowym zrozumiałam, czyja to wina”
„Kolejne niedziele wyglądały podobnie. Teściowa opowiadała o wypiekach córki koleżanki. Teść wspominał, że w naszym wieku mieli już dwuletniego syna. – Czasy się zmieniły – odpowiadałam. – Zmieniły, ale pewne wartości są stałe – mówiła teściowa”.

Zawsze uważałam, że nasze małżeństwo jest zwyczajne. Mieliśmy pracę, kredyt, wspólne zdjęcia z wakacji ustawione na półce w salonie. Kłóciliśmy się o drobiazgi, godziliśmy szybciej, niż się obrażaliśmy. A jednak każda niedziela wprowadzała do mojego życia napięcie, którego nie potrafiłam nazwać. Obiad u teściów stał się rytuałem, w którym coraz trudniej było mi oddychać.
Nie cierpiałam niedziel
Dom teściowej, Haliny i teścia, Ryszarda zawsze pachniał rosołem i wypolerowanymi meblami. Stół nakryty był tak starannie, jakby spodziewali się ważnej delegacji, a nie tylko syna z żoną. Serwetki złożone w trójkąty, zastawa wyciągnięta z kredensu, cisza przerywana jedynie tykaniem zegara. Mateusz siedział obok mnie, wyprostowany, z rękami splecionymi pod stołem. Kiedy nasze kolana przypadkiem się stykały, nie reagował. Jakby fizyczna bliskość była czymś, co należało zostawić w domu.
– Wiesz, kochanie – zaczynała jego matka tonem, który brzmiał jak troska – dziś kobiety mają tyle możliwości. Kariera, podróże… Tylko trzeba umieć to pogodzić z domem.
Czułam, jak prostuję plecy.
– Staram się – odpowiadałam spokojnie.
– Oczywiście, że się starasz – wtrącał teść, nie odrywając wzroku od talerza. – Tylko Mateusz zawsze tak cenił ciepło domowe.
Spoglądałam wtedy na męża, czekając, aż zaprzeczy, że czegoś mu brakuje. On jednak poprawiał sztućce, jakby nagle stały się najważniejszą sprawą przy stole.
Po powrocie do mieszkania zdejmowałam płaszcz z poczuciem, że coś we mnie opada.
– Słyszałeś, co twoja mama mówiła? – pytałam.
– Lena, ona tak po prostu mówi. Nie doszukuj się drugiego dna.
– Ale to nie pierwszy raz.
Wzdychał.
– Oni chcą dobrze.
To zdanie powtarzało się jak refren. „Chcą dobrze”. A ja coraz częściej zastanawiałam się, czy w tym wszystkim jest miejsce dla mnie.
Kolejne niedziele wyglądały podobnie. Teściowa opowiadała o córce swojej koleżanki, która „mimo ambitnej pracy zawsze znajduje czas na domowe wypieki”. Teść pół żartem wspominał, że w naszym wieku mieli już dwuletniego syna.
– Czasy się zmieniły – odpowiadałam z wymuszonym uśmiechem.
– Zmieniły, ale pewne wartości są stałe – mówiła teściowa, a jej spojrzenie zatrzymywało się na mnie.
Zaczęłam analizować każdy swój ruch. Czy zbyt rzadko proponuję wspólne wyjścia? Czy za często sprawdzam służbową pocztę? Czy stałam się chłodniejsza? Najbardziej bolało mnie jednak milczenie Mateusza. W domu potrafił być czuły, potrafił przytulić mnie bez słowa. Przy stole u rodziców zamieniał się w kogoś obcego – wycofanego, jakby obserwował spektakl, w którym ja grałam rolę wymagającej poprawy żony.
Pewnej niedzieli, kiedy teściowa znów zaczęła mówić o „równowadze między pracą a rodziną”, poczułam ścisk w żołądku tak silny, że odłożyłam widelec.
– Może po prostu każdy z nas ma własny sposób na życie – powiedziałam głośniej, niż planowałam.
Zapadła chwila ciszy.
– Oczywiście – odparła uprzejmie teściowa. – Ja się tylko o was martwię.
O was. Nie o mnie. O nas, rozumianych jako projekt, który wymaga korekty. W drodze do domu patrzyłam przez okno samochodu i zastanawiałam się, kiedy zaczęłam czuć się jak uczennica, którą trzeba naprowadzić na właściwy tor. A może rzeczywiście coś ze mną było nie tak? Może zmęczenie pracą sprawiło, że oddaliłam się od Mateusza, nie zauważając tego? Im częściej o tym myślałam, tym mniej byłam pewna siebie. I tym bardziej bałam się kolejnej niedzieli.
Żyłam w ciągłym napięciu
Temat dziecka pojawił się niby przypadkiem. Teściowa podała deser, sernik z idealnie równą warstwą polewy, i spojrzała na mnie z uśmiechem, który nie sięgał oczu.
– Wiecie, moja koleżanka została właśnie babcią. Taka radość w domu… – westchnęła. – Dziecko wszystko zmienia.
Teść skinął głową.
– Porządkuje priorytety.
Czułam, jak sernik niemal staje mi w gardle.
– Na wszystko przyjdzie czas – odpowiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał naturalnie.
– Oczywiście – przytaknęła teściowa. – Ale czasem nie warto odkładać pewnych decyzji zbyt długo. Organizm też ma swoje prawa, a czas mija.
Spojrzałam na Mateusza. Wbił wzrok w talerz. Ani słowa sprzeciwu, ani jednej próby zmiany tematu. Tylko cisza. W drodze powrotnej nie wytrzymałam.
– Dlaczego nic nie powiedziałeś? – zapytałam.
– A co miałem powiedzieć? – odparł spokojnie.
– Cokolwiek. Że to nasza sprawa.
– Przecież to jest nasza sprawa – wzruszył ramionami. – Mama tylko wyraziła opinię.
– Opinię o mnie, Mateusz.
Zamilkł. W mieszkaniu zdjął buty i od razu włączył telewizor. Jakby rozmowa już się skończyła.
W kolejnych tygodniach komentarze teściowej stawały się coraz bardziej bezpośrednie.
– Może powinnaś trochę zwolnić w pracy – rzuciła Halina pewnej niedzieli. – Stres nie sprzyja planowaniu rodziny.
– Nie planujemy teraz dziecka – odpowiedziałam, czując, jak dłonie zaczynają mi drżeć.
– A rozmawiacie o tym w ogóle? – zapytała.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, teść wtrącił:
– Mateusz zawsze marzył o dużej rodzinie.
Odwróciłam się do męża.
– Tak, zawsze? – zapytałam.
Podniósł wzrok.
– Kiedyś o tym mówiłem.
Poczułam, że siedzę przy stole jak na przesłuchaniu. Każde pytanie było jak notatka zapisywana w niewidzialnym zeszycie: Lena – zbyt skupiona na pracy. Lena – niechętna macierzyństwu. Lena – chłodna egoistka.
Po powrocie do domu atmosfera była cięższa niż zwykle. Mateusz długo milczał, aż w końcu usiadł naprzeciwko mnie przy kuchennym stole.
– Wiesz… – zaczął powoli – mam wrażenie, że kiedyś byłaś inna.
– Inna? – uniosłam brwi.
– Bardziej obecna. Cieplejsza. Teraz ciągle jesteś zmęczona, zajęta.
– Pracuję tak samo jak trzy lata temu.
– Ale kiedyś potrafiłaś po pracy jeszcze coś zaplanować. Kolację, wyjście, cokolwiek.
– A ty? – zapytałam.
Zmarszczył czoło.
– Co ja?
– Ty coś planujesz?
Nie odpowiedział od razu.
– Ja… czekałem, aż wrócisz do dawnej siebie.
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż komentarze jego matki. Dawnej siebie. Jakby obecna wersja mnie była gorsza, niekompletna. W mojej głowie zaczęły łączyć się kropki. Coraz częstsze rozmowy o dziecku. Sugestie o zmianie trybu życia. Porównania do innych kobiet. A Mateusz – zawsze milczący, zawsze wycofany. Zaczęłam słyszeć w jego milczeniu coś więcej niż brak odwagi. Zaczęłam słyszeć zgodę, przyzwolenie.
Prawda wyszła na jaw
Tamtej niedzieli obudziłam się z ciężarem w klatce piersiowej. Wiedziałam, że znów usiądziemy przy tym samym stole, z tymi samymi pytaniami unoszącymi się w powietrzu jak zapach rosołu.
Teściowa przywitała nas uśmiechem, który był zbyt szeroki.
– Dobrze, że jesteście. Martwiłam się, że znowu praca was zatrzyma – powiedziała, patrząc na mnie.
Usiedliśmy. Przez pierwsze minuty rozmowa toczyła się wokół pogody i planów urlopowych. Potem, jak zawsze, nastąpiło przesunięcie tematu.
– Mateusz mówił, że ostatnio jesteś bardzo zapracowana – zaczęła teściowa, nalewając mi zupy. – Czasem nadmiar obowiązków odbiera człowiekowi radość z bycia w domu.
Zamarłam.
– Mateusz tak mówił? – spytałam zaskoczona.
Teść odchrząknął.
– On się po prostu martwi. Widzimy, że coś między wami się zmieniło.
Spojrzałam na męża. Siedział wyprostowany, jakby spodziewał się tej chwili.
– Co się zmieniło? – zapytałam, czując, jak serce bije mi szybciej.
Halina odłożyła łyżkę.
– Kiedyś byłaś bardziej zaangażowana. Teraz mam wrażenie, że jesteś gdzieś obok. A Mateusz potrzebuje wsparcia. Tak jest od dawna i…
– Rozmawialiście o mnie? – zwróciłam się bezpośrednio do męża. Milczał. – Mateusz? – mój głos zadrżał.
– Potrzebowałem wsparcia – powiedział w końcu cicho. – Nie umiałem z tobą porozmawiać. Bałem się, że się oddalamy.
W uszach zaczęło mi szumieć.
– I poprosiłeś rodziców, żeby mnie… co? Naprowadzili?
Teściowa uniosła dłonie w geście obrony.
– Kochana, to nie tak. On powiedział, że przestałaś się starać. Że nie jesteś już taka jak dawniej. Chcieliśmy wam pomóc.
Te słowa zawisły nad stołem jak ciężka zasłona. Przestałam słyszeć tykanie zegara. Widziałam tylko Mateusza, który unikał mojego wzroku.
– Przestałam się starać? – powtórzyłam cicho.
– Lena… – próbował.
– To dlatego te wszystkie uwagi? O pracy, o dziecku, o domu? To nie była troska. To była rozmowa kontrolna.
Teść spojrzał na syna z chłodnym spokojem.
– Mateusz uważał, że może zareagujesz, jeśli usłyszysz to z naszej strony.
Poczułam, jak coś we mnie się przełamuje.
– Zareaguję na co? Na to, że nie jestem wystarczająca?
– Nie o to chodzi – powiedział Mateusz, w końcu podnosząc wzrok. – Tęsknię za tobą. Za tym, jaka byłaś. Zawsze planowałaś wspólne wieczory, dbałaś o detale. Teraz jesteś zamknięta.
– Bo jestem zmęczona. Bo pracuję. Bo dorosłam – odpowiedziałam, czując, że głos mi się łamie. – A ty zamiast ze mną porozmawiać, wystawiłeś mnie na ocenę.
Teściowa próbowała złagodzić sytuację.
– Nikt cię nie oceniał.
– Właśnie, że to robiliście – powiedziałam stanowczo. – Tydzień po tygodniu.
Zapadła cisza tak gęsta, że słyszałam własny oddech. Po raz pierwszy od trzech lat nie starałam się być uprzejma. Nie wygładzałam słów.
– To nasze małżeństwo – dodałam. – Nie rodzinny projekt do poprawy.
Wstałam od stołu. Krzesło zaskrzypiało głośno w tej ciszy. Mateusz podniósł się chwilę później.
– Lena, poczekaj.
Spojrzałam na niego i zobaczyłam w jego oczach coś, czego wcześniej nie dostrzegałam – niepewność pomieszaną z ulgą. Jakby wreszcie powiedział na głos to, co długo w sobie nosił. Ja nie czułam ulgi. Czułam, że ktoś, komu ufałam najbardziej, oddał mnie pod cudzy osąd, bo zabrakło mu odwagi.
Każdy człowiek się zmienia
Do domu wróciliśmy w milczeniu. Mateusz zaparkował pod blokiem i przez chwilę siedział z rękami opartymi o kierownicę. Nie wysiadał.
– Nie chciałem, żeby to tak wyszło – powiedział w końcu.
– A jak miało wyjść? – zapytałam spokojnie, choć w środku wszystko we mnie drżało.
W mieszkaniu zdjęłam płaszcz i odłożyłam torebkę na komodę. Czułam się, jakbym wróciła z miejsca, w którym ktoś obnażył wszystkie moje słabości, choć tak naprawdę to ja usłyszałam cudzą prawdę.
Mateusz stanął naprzeciwko mnie.
– Bałem się, że cię tracę – powiedział. – Wracasz późno, jesteś zmęczona, nie odzywasz się. Kiedyś siadałaś obok mnie i opowiadałaś o wszystkim.
– Kiedyś dopiero wszystko zaczynałam. Wszystko było nowe. Teraz mam więcej odpowiedzialności.
– Ale my zeszliśmy na drugi plan.
Pokręciłam głową.
– My zeszliśmy na drugi plan wtedy, kiedy przestałeś ze mną rozmawiać. Zamiast powiedzieć: „Brakuje mi ciebie”, poszedłeś do rodziców po pomoc.
Usiadł ciężko na krześle.
– Oni mają doświadczenie. Myślałem, że mi doradzą.
– Doradzili ci, jak mnie zmienić – odpowiedziałam. – Albo raczej jak pogrążyć.
Zapadła cisza. W tej ciszy zaczęłam układać w głowie obraz naszej relacji. „Dawna Lena” – ta, za którą tęsknił – częściej rezygnowała z nadgodzin, żeby przygotować kolację. To ona proponowała wspólne wyjazdy, pamiętała o rocznicach, pilnowała, byśmy spędzali czas razem. Rezygnowała ze swoich planów, gdy coś kolidowało z jego schematem. I nie dostawała nic w zamian.
– Wiesz, kim była ta „dawna Lena”? – zapytałam.
Spojrzał na mnie pytająco.
– Kobietą, która bardzo chciała być idealną żoną. Tak bardzo, że odkładał siebie na bok.
– Nie chciałem… – powiedział szybko.
– Chciałeś, żebym była taka jak wcześniej. Spokojniejsza. Bardziej skupiona na domu. Idealna. Mniej… niezależna.
Nie zaprzeczył. To milczenie powiedziało więcej niż jakiekolwiek słowa.
– Ja się zmieniłam – dodałam ciszej. – Dojrzałam. Mam swoje własne ambicje, cele. Nie chcę rezygnować z pracy, żeby udowodnić komukolwiek, że jestem dobrą żoną.
Mateusz wstał i podszedł do okna.
– Myślałem, że jeśli usłyszysz to od kogoś innego, zobaczysz, że coś jest nie tak.
– Zobaczyłam – odpowiedziałam. – Tylko nie to, co planowałeś.
Odwrócił się powoli.
– Co to znaczy?
– Że mój mąż wolał mnie „naprawiać” przy rodzinnym stole, zamiast usiąść obok mnie na kanapie i powiedzieć, że jest mu trudno. Że w ogóle chciał mnie „naprawić”. A nie zaakceptować.
Te słowa zawisły między nami. Po raz pierwszy nie próbowałam ich złagodzić.
– Nie jestem projektem do poprawy, Mateusz. Jeśli coś między nami nie działa, rozmawiamy o tym we dwoje. Albo wcale.
W jego oczach pojawił się lęk.
– Rozumie, że nie chcesz już jeździć do moich rodziców? – zapytał cicho.
– Na razie nie.
Wiedziałam, że to więcej niż decyzja o niedzielnym obiedzie. Nie byłam tylko pewna, co to znaczy dla nas.
Odzyskałam niedziele i siebie
Kolejna niedziela przyszła szybciej, niż się spodziewałam. Od rana w mieszkaniu panowała napięta cisza. Mateusz krzątał się po kuchni, sprawdzając godzinę.
– Jedziesz ze mną? – zapytał w końcu.
Stałam przy oknie z kubkiem herbaty.
– Nie – odpowiedziałam spokojnie.
Spojrzał na mnie długo, jakby czekał, aż zmienię zdanie.
– Mama będzie pytać.
– To jej odpowiedz.
Nie było w tym złości. Była decyzja. Wyszedł bez słowa. Gdy drzwi się zamknęły, usiadłam na kanapie i poczułam coś, czego dawno nie czułam – ciszę, która nie była napięciem. Strach mieszał się z ulgą. Nie wiedziałam, czy ten krok oddali nas od siebie, czy wreszcie zmusi do prawdziwej rozmowy. Wiedziałam tylko, że pierwszy raz postawiłam granicę.
Mateusz wrócił wcześniej niż zwykle. Zdjął kurtkę i przez chwilę stał w przedpokoju.
– Było… inaczej – powiedział.
– To znaczy?
– Mama pytała, dlaczego nie przyjechałaś. Powiedziałem, że potrzebujesz przestrzeni. Tata nic nie mówił.
Usiadł obok mnie. Nie dotknął mnie od razu, ale tym razem nie było w nim tamtej obojętności.
– Nie chcę cię naprawiać – powiedział cicho. – Chcę cię zrozumieć. Tylko muszę nauczyć się mówić sam, bez pośredników.
Spojrzałam na niego uważnie. Nie był już chłopcem, który chował się za plecami rodziców. Wyglądał jak ktoś, kto właśnie zrozumiał własny błąd.
– To zacznijmy od tego – odpowiedziałam. – Od rozmowy we dwoje.
Nie obiecywaliśmy sobie cudów. Nie zapewnialiśmy, że wszystko będzie jak dawniej. Bo „dawniej” już nie istniało. Była tylko teraźniejszość i decyzja, że jeśli mamy coś budować, to bez widowni.
Tego wieczoru pierwszy raz od miesięcy rozmawialiśmy długo, bez ocen i porównań. Nie o dziecku, nie o oczekiwaniach. O nas. Zrozumiałam, że niedzielne obiady nie były początkiem problemu. Były jego lustrem. A ja przestałam się w nim przeglądać.
Lena, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa mnie nienawidziła i dopiekła mi nawet po śmierci. Mąż odziedziczy jej majątek, ale pod jednym warunkiem”
- „W oczach teściowej jestem najgorszą panią domu. Czara goryczy się przelała, gdy wzięła się u mnie za wiosenne porządki”
- „Teściowa zagląda mi do sypialni i do portfela. To moja prywatna sprawa, na co wydaję ciężko zarobione pieniądze”

