Reklama

Najbardziej na świecie nie znoszę gotowania. Sam zapach smażonej cebuli potrafił wyprowadzić mnie z równowagi, a dźwięk bulgoczącego rosołu działał mi na nerwy bardziej niż alarm budzika w niedzielny poranek. Nie miałam do tego ani serca, ani cierpliwości. Gotowanie było dla mnie jak kara, którą trzeba jakoś przetrwać. Niestety, mój mąż uważał zupełnie inaczej. Według niego to obowiązek kobiety – codzienny, niezbywalny i oczywisty. Próbowałam to ignorować, łagodzić, obracać w żart, ale jego uwagi zaczęły wbijać się we mnie jak drzazgi.

Zupę przyprawiałam wściekłością

– Czy ty w ogóle wiesz, jak się gotuje coś poza makaronem z ketchupem? – zapytał, podnosząc pokrywkę garnka z moją próbą zrobienia zupy pomidorowej.

Stałam przy kuchence, z łyżką w ręce i oddechem tak płytkim, że aż zakręciło mi się w głowie. To był piątek. Długi dzień pracy, głowa mi pękała, a dzieci kłóciły się w salonie. Próbowałam jakoś ogarnąć wszystko naraz, mimo że nienawidziłam tego całego gotowania z całego serca.

– Przecież miałaś cały dzień – rzucił z wyrzutem. – Naprawdę nie mogłaś się postarać?

– Cały dzień byłam w pracy, tak jak ty – odpowiedziałam cicho, nie chcąc wybuchnąć przy dzieciach.

– No ale ja nie mam obowiązku stać przy garach – powiedział, jakby to było najoczywistsze na świecie.

Spojrzałam na niego i poczułam, jak ręce mi drżą. Nie z wyczerpania, nie ze zmęczenia – z bezsilności. On naprawdę wierzył, że gotowanie to moja rola. Że tak powinno być. Że nie mam prawa czuć się zmęczona, zirytowana, zniechęcona. Zupa bulgotała dalej, jakby była obojętna na wszystko, co działo się wokół. Ja już nie byłam.

Za kogo on mnie ma?

Następnego dnia wstałam wcześniej niż zwykle. Nie z potrzeby zrobienia śniadania. Po prostu nie mogłam spać. W głowie wciąż słyszałam jego ton – pełen pretensji, jakby cały mój sens istnienia miał zależeć od tego, co postawię na stole. Przypomniało mi się, jak na początku naszego związku potrafił sam coś ugotować, nawet pizzę z mrożonki potrafił podać tak, jakby był szefem kuchni. Teraz patrzył na mnie jak na pracownika kuchni.

– Może byś w końcu zrobiła coś konkretnego do jedzenia? – mruknął przy śniadaniu, przeglądając telefon. – Dzieci też potrzebują normalnego obiadu, nie tylko kanapek.

– To może sam zrób – odpowiedziałam spokojnie, smarując chleb masłem. – Też masz ręce.

Zatrzymał się, spojrzał na mnie, jakby usłyszał coś kompletnie absurdalnego.

Żartujesz sobie? Ja pracuję.

– Ja też pracuję. I wcale nie mniej.

Wymieniliśmy spojrzenia. Nic już nie powiedział. Odsunął krzesło, wstał i wyszedł do pracy, zostawiając talerz na stole. Nie ruszyłam go. Przysięgłam sobie, że od dzisiaj kuchnia przestaje być moim więzieniem.

Tak wygląda mój strajk

Przez kolejne dni w domu unosił się zapach… pustki. Nie gotowałam. Dzieci dostawały proste śniadania, czasem zamawiałam obiad z pobliskiego baru, czasem jedliśmy razem jajecznicę. Nic wyrafinowanego, ale nikt nie narzekał – oprócz niego. Każdego dnia robił się coraz bardziej nerwowy. Chodził po kuchni, otwierał szafki, wzdychał teatralnie. Czekał, aż się ugnę. Nie doczekał się.

– To teraz już zawsze tak będzie? – zapytał któregoś wieczoru. – Będziemy żyć na gotowcach?

– A co w tym złego? – wzruszyłam ramionami. – Mamy ciepłe jedzenie, dzieci są najedzone. Nikt nie umarł.

– To nie jest normalne – syknął. – Kobieta powinna dbać o dom.

Wstałam powoli, spojrzałam mu prosto w oczy i powiedziałam:

Kobieta powinna dbać o siebie. I o dzieci. A nie spełniać twoje oczekiwania.

Zamilkł. Nie odpowiedział. Pierwszy raz od dawna zobaczyłam w jego spojrzeniu nie złość, ale coś na kształt zakłopotania. Może dotarło do niego, że miłość to nie codzienna zupa na stole. Miłość to szacunek. A tego w naszej kuchni było coraz mniej.

Niech się sam ruszy

W weekend dzieci pojechały do mojej mamy. Zostaliśmy sami w domu – ja, on i lodówka pełna… światła. Mimo to nie ruszyłam się z miejsca. Siedziałam na kanapie z książką, z kubkiem herbaty w dłoni, udając, że wszystko jest jak zwykle. Czekałam, aż zacznie się temat obiadu. I nie zawiódł mnie.

To co dziś jemy? – rzucił, jakby mimochodem.

– Co chcesz – odpowiedziałam, nie podnosząc wzroku znad książki.

– No ale… nic nie zrobiłaś?

– Nie. I nie planuję.

Usiadł naprzeciwko, wyraźnie poirytowany.

– Naprawdę nie rozumiem, o co ci chodzi. Kiedyś gotowałaś. Było normalnie. A teraz? Co to za bunt?

– To nie bunt. To zmęczenie. I rozczarowanie.

Patrzył na mnie chwilę w milczeniu, jakby próbował coś zrozumieć, ale nie wiedział, od czego zacząć. Po chwili wstał i poszedł do kuchni. Słyszałam, jak otwiera szuflady, przesuwa patelnię, krząta się. Po dwudziestu minutach poczułam zapach smażonych jajek. Po raz pierwszy to on zrobił kolację. Nie powiedział ani słowa. Po prostu postawił na stole talerz z jajecznicą – dla siebie. Ja już byłam po kolacji.

On też ma ręce

Od tamtej kolacji z jajecznicą minęły dwa tygodnie. Nie wróciłam do gotowania. Dzieci nauczyły się same robić sobie kanapki, on coraz częściej zamawiał jedzenie z dowozem albo improwizował z tym, co znalazł w lodówce. Przestałam się tłumaczyć, nie dawałam się prowokować. Wieczorami siadałam z herbatą i książką, jakbym od zawsze miała ten czas tylko dla siebie.

– Zmieniasz się – powiedział któregoś wieczoru, stając w drzwiach salonu.

– Może po prostu wracam do siebie – odpowiedziałam spokojnie.

– Czyli gotowanie to nie była miłość?

– To była presja. I rutyna.

Pokręcił głową, ale nie odpowiedział. Może nie miał już argumentów. Może wreszcie zauważył, że nie jestem robotem kuchennym, tylko człowiekiem. Że mam prawo nie lubić pewnych rzeczy, nawet jeśli wpisano je w jakiś domowy „kodeks obowiązków”.

Nie rozstaliśmy się. Nadal byliśmy razem, ale coś się zmieniło. Ja się zmieniłam. Odzyskałam kontrolę nad własnym czasem i siłami. A on? On chyba pierwszy raz musiał nauczyć się sam siebie nakarmić. Dosłownie i w przenośni. I zrozumieć, że nie wszystko w związku jest podane na tacy.

Jajecznica w samotności

Pewnego wieczoru wróciłam późno z pracy. W domu panowała cisza, tylko z kuchni dochodziły dźwięki stuku sztućców i delikatnego skwierczenia. Weszłam cicho i zobaczyłam go przy kuchence – stał w dresie, z potarganymi włosami, mieszał coś na patelni. Zobaczył mnie i bez słowa wrócił do smażenia. Na stole stały dwa talerze. Obok – miseczka z ogórkiem pokrojonym w plasterki.

– Jajecznica – powiedział cicho. – Wiem, że nie lubisz, ale… nie miałem pomysłu na nic innego.

Usiadłam naprzeciwko i spojrzałam na niego. Nie wyglądał jak mężczyzna, który właśnie wygrał walkę o „tradycyjny dom”. Wyglądał raczej jak ktoś, kto w końcu zrozumiał, że obiad nie zrobi się sam, a bliskość nie polega na staniu nad garnkiem. Zjadłam tę jajecznicę. Bez smaku, bez zachwytu, ale z jakimś dziwnym spokojem. Może to nie była kolacja marzeń, ale był w niej wysiłek. I to wystarczyło.

Nie wróciłam do codziennego gotowania. Dzieliliśmy się tym, jak wieloma innymi rzeczami w domu. Bo obowiązki nie mają płci. A miłość nie powinna pachnieć wymuszoną zupą.

Joanna, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama