Reklama

Nie cierpię firmowych integracji. Od lat powtarzam, że wolę wieczór z książką niż wieczór z ludźmi, którzy na co dzień udają, że mnie lubią. Może to przez to, że zbyt dobrze wyczuwam fałsz. A może dlatego, że korporacyjna atmosfera — te wszystkie gry pozorów, uśmiechy nie z serca, a z obowiązku, zawsze mnie męczyły. Pracuję w dziale marketingu dużej firmy. Mam swoje biurko, swoją rutynę, swoje ulubione kubki na herbatę. Mam też święty spokój. I dobrze mi z tym.

Święta od kilku lat spędzam sama albo z siostrą, bez zbędnej pompy, bez wpychania się w nastroje, których nie czuję. Nie tęsknię za dawnymi związkami — były i minęły. Jeśli czegoś dziś szukam, to raczej szczerości niż wielkich porywów. Magda, koleżanka z działu, to moje przeciwieństwo. Żywa, wesoła, zawsze coś planuje, zawsze kogoś zna, do wszystkiego mnie namawia. Tym razem też nie odpuściła.

— Aneta, jedź z nami na ten wyjazd, no błagam cię! — powiedziała któregoś dnia, opierając się o moje biurko.

— Po co? Żeby słuchać, jak szef gra na gitarze i udaje, że jest duszą towarzystwa? — Uniosłam brew, nawet nie odrywając wzroku od ekranu.

— Ale będzie kulig! I ognisko! I śnieg! — rzucała hasłami. — Poza tym... przecież nie musisz się z nikim integrować. Pojedziesz, pośpisz w pokoju, wrócisz. Ale przynajmniej zmienisz otoczenie. No i nie każ mi tam być samej wśród tych szalonych ludzi...

Westchnęłam. Wiedziałam, że długo się nie odczepi. A może... może rzeczywiście dobrze mi zrobi krótki wypad za miasto?

— Dobra. Ale pod jednym warunkiem — powiedziałam. — Że nikt nie każe mi śpiewać kolęd.

— Obiecuję. — Uśmiechnęła się triumfalnie. — Tylko weź ciepłą czapkę. I buty na śnieg. Ma być kulig pod gwiazdami!

W milczeniu skinął głową

Nie miałam ochoty na ten wyjazd, ale kiedy już znaleźliśmy się w pensjonacie w górach, próbowałam nie okazywać niezadowolenia. Otaczała mnie banda rozentuzjazmowanych współpracowników, którzy cieszyli się z każdej okazji, żeby napić się grzanego wina i porobić sobie zdjęcia w świątecznych czapkach. Magda jak zwykle była w swoim żywiole. Co chwilę przybiegała do mnie z nowymi wieściami i planami.

— Aneta, chodź, już czekają konie! — zawołała, kiedy tylko zjedliśmy kolację.

Za oknem sypał lekki śnieg. Góry otulała cisza, a powietrze było tak świeże, że przez chwilę pożałowałam, że spędzam tyle czasu w mieście. Podeszliśmy do sanek ustawionych wzdłuż drogi. Po bokach zamocowane były pochodnie, które rzucały ciepłe światło na śnieżną drogę. Było coś magicznego w tej scenerii — jakbyśmy wchodzili do zupełnie innego świata. Wskoczyłam do pierwszych wolnych sań. Przez moment myślałam, że Magda siądzie obok, ale ktoś ją zawołał, a ona poleciała jak zawsze.

Usiadłam obok mężczyzny, którego twarz kojarzyłam z biura, ale chyba nigdy nie zamieniliśmy nawet słowa. Marek z IT. Zawsze wydawał mi się cichy, trochę zamknięty w sobie. W milczeniu skinął głową, jakby potwierdzał, że też nie ma ochoty na przesadne uprzejmości.

Sanie ruszyły, skrzypiąc pod nami, konie parskały rytmicznie. Pochodnie kołysały się w takt jazdy, śnieg skrzył się dookoła, a gdzieś z tyłu ktoś już zaczął fałszować kolędy. Marek poprawił szalik i spojrzał w bok, unikając mojego wzroku. W sumie mi to pasowało. Po kilku minutach ciszy to on się odezwał:

— Nigdy nie lubiłem takich wyjazdów — powiedział cicho.—– Czuję się na nich jakbym brał udział w jakimś przedstawieniu.

— Masz na myśli tę wieczną grę „kto się z kim lepiej zna”? — zapytałam, zaskoczona, że odezwałam się bez ironii.

— Właśnie. A jeszcze gorzej, gdy ktoś próbuje mnie wciągać do jakichś zabaw integracyjnych. — Uśmiechnął się, pierwszy raz mnie naprawdę zaskakując. — Pamiętasz tamto karaoke dwa lata temu?

— Udawałam, że mam zapalenie krtani, żeby nie śpiewać — parsknęłam. — Ale widziałam cię wtedy, siedziałeś przy drzwiach i chyba modliłeś się, żeby nikt cię nie zauważył.

— No to chyba wtedy cię zapamiętałem — przyznał i spojrzał na mnie spod czapki. — Bo jako jedyna wyglądałaś, jakbyś przyszła tam z przymusu.

Zaskoczyło mnie to, co powiedział. Nie dlatego, że trafił, bo miał rację, ale dlatego, że od tamtej pory naprawdę myślałam, że jestem dla niego całkiem niewidzialna. A on mnie wtedy zapamiętał. Nie wiem, czy się uśmiechnęłam, ale przez chwilę poczułam, że siedzi obok mnie ktoś, z kim naprawdę mogę porozmawiać.

Droga wiodła przez las, a potem przez otwartą przestrzeń. Było cicho, śnieg tłumił wszystkie dźwięki. Nasze sanie jechały z tyłu, więc nie docierały do nas już żadne śmiechy ani krzyki z przodu. Zostało tylko lekkie skrzypienie śniegu i oddechy koni.

— Gdy byłem dzieckiem, myślałem, że zima to najbardziej magiczna pora roku — powiedział Marek. — Ale potem człowiek dorasta i jakoś wszystko robi się mniej... wyjątkowe.

— Bo przestajemy patrzeć w śnieg jakby miał w sobie coś więcej niż tylko wodę — powiedziałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.

Spojrzał na mnie uważnie.

— Może właśnie dlatego lubię kuligi — odezwał się po chwili. — Bo przez te kilka minut, kiedy siedzę zawinięty w koc, mam wrażenie, że znowu mam siedem lat i zaraz tata mnie weźmie na barana.

Nie komentowałam, tylko spojrzałam przed siebie, na drogę, która przed nami skręcała w stronę małej polany. W oddali migotały już płomienie ogniska. Przez kilka minut żadne z nas się nie odzywało. Ale ta cisza nie była niezręczna. Była dokładnie taka, jaka powinna być.

Nie umiałam znaleźć słów

Na polanie płonęło ognisko, a wokół niego już zbierali się nasi koledzy z pracy. Ktoś próbował grać na gitarze, ktoś inny rozlał grzane wino do plastikowych kubków. Magda pomachała do mnie, ale tylko odwzajemniłam gest i nie ruszyłam się z miejsca. Zatrzymaliśmy się z Markiem nieco dalej od reszty, tuż przy drzewach, gdzie dźwięki śmiechów i rozmów były przytłumione. Płomienie rzucały pomarańczowe światło na jego twarz. Zapiął kurtkę pod samą brodę i rozmasowywał dłonie.

— Nie spodziewałem się, że będzie aż tak zimno — powiedział, wciągając głęboko powietrze.

— A ja, że będę z kimś rozmawiać. — Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się półgębkiem.

Usiadł na pieńku, zapraszając mnie gestem. Usiadłam obok. Przez chwilę wpatrywaliśmy się w ogień.

— Czasami mam wrażenie, że lepiej się czuję z przypadkowymi ludźmi niż z tymi, którzy znają mnie na co dzień — powiedział. — Może dlatego, że nie mają wobec mnie oczekiwań.

— Albo nie próbują cię dopasować do obrazu, który sami sobie wymyślili — dodałam.

Spojrzał na mnie z ukosa.

— Dobrze się z tobą siedzi, wiesz? — powiedział cicho. — Bez potrzeby tłumaczenia się z czegokolwiek.

Zamilkłam. Nie umiałam znaleźć słów, które by tego nie zepsuły. Siedzieliśmy w ciszy, wpatrzeni w ogień. W tle ktoś śpiewał fałszywie „Jest taki dzień”. A ja, choć nigdy nie znosiłam tej piosenki, teraz po raz pierwszy słuchałam jej bez irytacji.

Zaprosił mnie na kawę

Po powrocie z wyjazdu wszystko wróciło do normy. Te same poranki w kuchni, kawa w biurze, zebrania o niczym. Marek nie odzywał się przez pierwsze dwa dni, ale trzeciego wieczoru dostałam od niego wiadomość: „Zimno bez kuligu. Nawet w tramwaju już nie tak romantycznie”.

Uśmiechnęłam się. Odpisałam krótko: „Może to kwestia braku pochodni i koni”.

Od tamtej pory pisaliśmy codziennie. Najpierw o bzdurach: kto się spóźnił na zebranie, kto znowu przyniósł pączki zamiast raportu. Ale z czasem te wiadomości stały się inne. W jednej z nich Marek przyznał, że nie lubi wracać do pustego mieszkania. Ja odpisałam, że w ciszy łatwiej mi się zasypia. Napisał, że czasem zastanawia się, czy nie dał się zepchnąć w kąt świata. A ja, że może właśnie tam jest spokojniej.

W środę zaprosił mnie na kawę po pracy. Spotkaliśmy się w małej kawiarni, bez tłumu, bez pośpiechu. Był trochę zdenerwowany. Ja też.

— Nie wiedziałem, czy się zgodzisz — powiedział, przestawiając filiżankę z jednej strony stolika na drugą.

— A ja nie wiedziałam, że się tak cieszę, że napisałeś.

Rozmawialiśmy o rzeczach, które zwykle się omija: o tym, jak trudno się otworzyć, kiedy człowiek już kilka razy się sparzył. Marek mówił cicho, ale z pewnym zacięciem, jakby sam siebie próbował do czegoś przekonać. Był w tym wszystkim jakiś rodzaj nieporadności, który mnie poruszył. Kiedy wracałam do domu, złapałam się na tym, że sprawdzam, czy napisał z podziękowaniem za spotkanie. Napisał. Odpisałam. Potem jeszcze raz. I tak zostało.

Nasz świat był inny

Nie miałam planów na sylwestra. Magda zapraszała mnie na domówkę, ale odmówiłam. Wiedziałam, że będą tańce, alkohol, znajomi jej znajomych i sztywna atmosfera udawanej radości. Miałam zamiar po prostu zasnąć przed północą. Uciec w spokój. Około osiemnastej dostałam wiadomość od Marka: „Chcesz przejść się wieczorem? Tylko my i śnieg”. Zanim zdążyłam pomyśleć, co odpowiedzieć, już pisałam: „Tak. Gdzie i o której?”.

Spotkaliśmy się przy stacji metra. Nie przynieśliśmy szampana ani petard. Mieliśmy po prostu rękawiczki, ciepłe kurtki i ochotę, by spędzić ostatni dzień roku inaczej niż zwykle. Przeszliśmy się przez park, potem w stronę starówki. Ludzie powoli zbierali się na rynek, a my szliśmy bocznymi uliczkami. Śnieg cicho skrzypiał pod butami.

— Czasem mam wrażenie, że coś ważnego dzieje się właśnie wtedy, kiedy wszystko wokół jest cicho — powiedział Marek, patrząc na puste ławki przy zamarzniętej fontannie.

Szliśmy dalej, mijając zamknięte sklepy, puste tramwaje. Gdzieś z oddali słychać było pojedyncze wystrzały. Ale nasz świat był inny: spokojny, biały i tylko nasz. Nie rozmawialiśmy o uczuciach. W pewnym momencie Marek złapał mnie za rękę. Zrobił to bez pytania, jakby było to naturalne. Spojrzałam na niego. Uśmiechnął się lekko.

— To chyba był najlepszy sylwester w moim życiu — powiedział.

Nie odpowiedziałam, ale nie puściłam jego dłoni. Szliśmy dalej.

Nie potrzebowaliśmy słów

Pierwsze dni stycznia mijały spokojnie. Siedziałam w pracy, ale myślami byłam gdzie indziej. Marek wysyłał wiadomości codziennie. Nie pytał, czy tęsknię, nie pisał „dobranoc, kocham cię” ani nie sugerował, że między nami cokolwiek musi się dziać. A jednak czekałam na te wiadomości bardziej niż na cokolwiek innego. Tego ranka obudziłam się wcześniej niż zwykle. Zerknęłam na telefon. Była wiadomość: „Dzień dobry. Spałaś dobrze?”. Odpisałam: „Dobrze. A ty?”. Przeczytałam po chwili: „Lepiej niż przez większość roku”.

Zanim się ubrałam, uśmiechnęłam się kilka razy bez powodu. To nie było zakochanie, jakiego doświadczyłam wcześniej. To było coś delikatniejszego. Cichego, ale obecnego. W kuchni spotkałam Magdę. Zaparzała kawę, jak co rano.

— Ty coś taka zamyślona? — Spojrzała na mnie podejrzliwie. — Ktoś wypisuje do ciebie od rana?

— Możliwe — odpowiedziałam. — A co?

Ty się chyba zakochałaś.

Nie zaprzeczyłam ani nie potwierdziłam. Może to jeszcze nie było zakochanie. Może to po prostu był spokój, który pojawił się obok mnie i którego nie chciałam wypuścić. Marek nie mówił o związku. Ja też nie. I nie potrzebowaliśmy słów. Spotykaliśmy się, rozmawialiśmy, spacerowaliśmy bez planu. Wszystko działo się naturalnie, bez napięcia. Nie rozumiałam do końca, co czuję. Ale czułam się dobrze. I to wystarczało.

Aneta, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama