Reklama

Od rana łomot w kaloryferze nie dawał mi spokoju. Zapowietrzone, jak zawsze zimą. Nie mam za co zaprosić hydraulika. Zresztą, i tak nie mam komu narzekać. Mam 35 lat, mieszkam sama, pracuję na recepcji w przychodni. Z miesiąca na miesiąc modlę się, by starczyło do wypłaty. I jeszcze teraz ta kolęda.

Sąsiadki już plotkują, ile „wypada dać”. Jedna mówi: pięćdziesiąt, druga – stówka, bo „ksiądz młody, przystojny, nie wypada inaczej”. A ja? Ja w portfelu mam mało. Nawet koperty nie mam, żeby udawać.

Kiedyś to było wydarzenie. Mama nakrywała stół, tata szykował pieniądze, a ja w białych rajstopkach trzymałam kropidło. Dziś... siedzę wieczorami w ciemnym mieszkaniu i kombinuję, czy wyłączyć lodówkę, by zmniejszyć rachunek za prąd.

Boję się tego dnia. Boję się, że zapuka. Że nie będę umiała spojrzeć mu w oczy. Że znów udam, że mnie nie ma.

Musiałam to zrobić

Usłyszałam pierwsze „Szczęść Boże” już kilka pięter niżej. Głosy, kroki, śmiech dzieci. Potem dźwięk dzwonka, szuranie drzwi, głos sąsiadki z naprzeciwka:

– Niech ksiądz wejdzie. U nas jak zawsze – herbatka i placek drożdżowy.

Wstrzymałam oddech. Zgasiłam światło w pokoju i telewizor. Usiadłam na wersalce i milczałam.

Głosy zbliżały się. Dzieciarnia biegała po klatce, ktoś rzucił petardą. Wzdrygnęłam się. I wtedy – ciche pukanie. Dwa razy. Serce waliło mi jak młot.

– Przecież mogłam... mogłam chociaż... – szeptałam do siebie. – Nie, głupia jesteś. Co byś dała? Ksiądz by tylko spojrzał i... nie.

Za drzwiami znów głos:

– Dziękujemy, pani Wiesiu. Bóg zapłać.

– A bo to wiadomo, księże... inflacja taka, ale nie wypada bez niczego...

Zrobiło mi się wstyd. Jakby ktoś w tej ciszy słyszał moje myśli. Jakby wiedzieli, że siedzę tu po ciemku, udając, że mnie nie ma. Że się wstydzę pustej koperty bardziej niż samotności.

Okłamałam sąsiadkę

– No i co, przyszli w końcu? – zapytała Wiesia, siadając przy moim kuchennym stole jak u siebie.

Pachniała kremem do rąk i cebulą. Tylko ona jedna jeszcze wpadała bez zapowiedzi. Może dlatego, że wiedziała, że i tak nikt inny nie przychodzi.

Zaparzyłam herbatę z torebki już raz użytej.

– Kto? – udawałam zdziwienie.

– No jak to kto, Joasiu? Kolęda.

Zawahałam się.

Nie było mnie – mruknęłam.

Wiesia spojrzała na mnie.

– Nie było cię? Dziwne. Tak myślałam, że się zasiedziałaś cicho, bo to... no wiesz...

Zrobiło mi się gorąco. Zaczęłam nerwowo mieszać herbatę.

– Wiesia... To chyba moja sprawa, nie?

– No jasne, jasne. Ale wiesz, ludzie gadają. Że się od Kościoła odwróciłaś. Że teraz moda na niewiarę. A potem się dziwią, że w rodzinach się nie układa, że samotność...

– Wiesia. Wystarczy – powiedziałam ostrzej, niż zamierzałam. – Nie chcę o tym gadać. I nie zamierzam nikomu się tłumaczyć.

Przyznałam się siostrze

Z szafy wyjęłam stare pudełko po butach. Zakurzone, z paskiem taśmy, który już dawno stracił klej. W środku – zdjęcia. Czarno-białe, pożółkłe, jedyne, które przetrwały przeprowadzki i zawieruchy.

Na jednym jestem ja – może siedmioletnia, w białej sukience i opasce z kwiatkami. Pierwsza Komunia. Obok tata w garniturze i mama z wielką torebką, z której zawsze wyciągała chusteczki i landrynki.

Byłam wtedy dumna. Że mam rodzinę. Że jestem „przygotowana duchowo”. Że tata po kolędzie wstał i uśmiechnął się do księdza, mówiąc, że „to nasz skarb”. A teraz? Teraz siedzę sama na wersalce i wstydzę się, że nie mam 50 złotych.

Zadzwoniłam do siostry. Rzadko rozmawiamy, ale odebrała.

– Asia? Co się stało?

– Nic. Chciałam tylko pogadać.

– Z tobą nic nigdy się nie dzieje, a jak dzwonisz, to wiem, że coś jest nie tak. No gadaj.

Nie wpuściłam księdza po kolędzie.

– I?

– I siedziałam po ciemku jak... jak złodziej.

Usłyszałam jej westchnienie.

– Asia. To tylko koperta. Oni i tak mają dość. Zresztą co cię obchodzi, co kto pomyśli?

– Ale to nie o kopertę chodzi. Tylko o to, że ja... udawałam, że mnie nie ma. Przed księdzem. Przed ludźmi. Przed sobą.

– To nic wielkiego.

Rozłączyłam się, patrząc w ciemność za oknem. Tak. Jestem człowiekiem. Ale ostatnio czuję się, jakby mnie w ogóle nie było.

Poszłam do kościoła

Do kościoła szłam z obawą. Wtopiłam się w tłum, który wychodził z porannej mszy. Miałam nadzieję, że nikt mnie nie rozpozna, nikt nie zatrzyma, nikt nie zapyta „a pani to czemu tak dawno nas nie odwiedzała?”.

Usiadłam w ostatniej ławce. Czułam się jak nieproszony gość. A przecież nikt mnie stąd nie wyrzucił. Sama się wypisałam – cicho, bez deklaracji, po prostu przestałam przychodzić.

Po mszy zaczekałam, aż tłum się rozrzedzi. Z bijącym sercem poszłam do zakrystii. Stał tam – ten sam ksiądz, młody, z brodą, co ostatnio chodził po kolędzie. Spojrzał na mnie uważnie, ale nic nie mówił. To ja zaczęłam.

– Nie wpuściłam księdza po kolędzie. Siedziałam w ciemności. Bałam się, że ksiądz zobaczy pustą kopertę.

Milczał chwilę. Potem odłożył księgę i spojrzał prosto w oczy.

Nie przyszedłem po kopertę. Przyszedłem spotkać człowieka i z nim porozmawiać.

Zacisnęłam dłonie. Oczy miałam mokre, choć nie wiedziałam, od kiedy.

– A ja udawałam, że mnie nie ma.

– Ale przecież pani jest. Tu, teraz. A to... naprawdę więcej niż myśli pani sobie.

Kiwnęłam głową i wyszłam.

Nie poczułam ulgi

Nie wyszłam z zakrystii z uniesioną głową, jak bohaterka filmu. Wyszłam tak samo skulona, jak przyszłam, tylko z czymś pękniętym wewnątrz. Nie wiem, czym to było – pychą? wstydem? złością? Może wszystkim naraz.

Ale coś się zmieniło. Nie wielka rzecz. Nie spektakularna. Po prostu – kiedy następnego dnia mijałam panią Wiesię na schodach, spojrzałam jej w oczy i powiedziałam „dzień dobry” bez tego znajomego skurczu w żołądku. Odpowiedziała chłodno, ale już nie miało to dla mnie takiego znaczenia.

Kiedy patrzę na swoje odbicie w lustrze, wciąż widzę zmęczoną, samotną kobietę. Rachunki nadal czekają nieopłacone. W portfelu – 50 zł. Wiary nie odzyskałam. Przynajmniej nie takiej, jaką miałam kiedyś – w różowych rajstopkach, z opaską z kwiatuszków. Ale zrozumiałam coś ważniejszego. Pusty portfel to jeszcze nie powód do wstydu.

Joanna, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama